Jechałam zimową trasą przez Mazury, gdy nagle drogę zagrodziła mi wataha wilków, jeden wskoczył mi n…

newsempire24.com 1 dzień temu

Pamiętam to, jakby to było wczoraj, choć minęło już tyle lat. Zima była mroźna, a ja wracałam do Warszawy długą szosą wśród mazowieckich lasów. Śnieg leżał grubą warstwą po obu stronach drogi, zupełna cisza, prawie żadnego ruchu. Czułam się spokojna, pozwoliłam sobie na chwilę odprężenia, cicho grało radio, a myśli odpływały daleko.

Nagle zobaczyłam ostre czerwone światła stopu przede mną.

Samochód jadący tuż przede mną zatrzymał się tak gwałtownie, iż musiałam z całej siły wcisnąć hamulec. O mały włos nie wjechałam mu w tył. Serce podeszło mi do gardła.

Co się tutaj dzieje wyszeptałam, próbując dostrzec, co się dzieje na trasie.

I wtedy zobaczyłam powód zatrzymania. Na środku drogi stały wilki. Nie jeden, nie dwa cała wataha.

Wyłaniały się z drzew powoli, bez pośpiechu, jakby wiedziały, iż są panami tego miejsca. Srebrzyste sylwetki rysowały się na białym śniegu, ich spojrzenia odbijały światła reflektorów.

Zastygłam za kierownicą. Wilki coraz śmielej zbliżały się do samochodów.

Największy z nich zatrzymał się tuż przed moją szybą i patrzył na mnie przenikliwie, jakby widział mnie aż do środka duszy. Nie mogłam oderwać od niego wzroku, utknęłam z nim w tym spojrzeniu na kilka wieczności.

Próbowałam cofnąć auto, ale w lusterku zobaczyłam jeszcze gorszy widok były wszędzie. Za mną, po bokach, wśród drzew. Otoczyły mnie kompletnie.

Oddech stał się płytki, ręce mi drżały, aż stawy pobielały od ściskania kierownicy. I nagle jeden z wilków zerwał się do skoku.

Z głuchym łoskotem wylądował na masce mojej skody. Łapy ześlizgnęły się po zimnym metalu, szpony zadrapały lakier. Uderzał w karoserię, nachylał łeb do szyby i wydawał z siebie niskie, przerażające dźwięki. Krew zamarzała mi w żyłach.

Krzyknęłam wtedy z przerażenia.

Gdy już byłam pewna, iż nie ma dla mnie ratunku, zdarzyło się coś, czego ani ja, ani nikt inny, by się nie spodziewał…

Byłam pewna, iż za chwilę szyba puści, wilki wtargną do środka i po wszystkim. W głowie kołatała się tylko jedna myśl: “To już koniec”.

I w tej właśnie chwili z głębi lasu rozległ się inny dźwięk. Głęboki, potężny, nie był to ani wycie, ani ryk raczej wołanie.

Był tak przejmujący, iż poczułam go aż w środku samochodu. Wilk na masce zamarł, jego uszy drgnęły. Raptownie podniósł głowę i spojrzał w głąb ciemnego boru. Spomiędzy drzew wyszedł wódz stada.

Był znacznie większy od reszty. Szło w nim coś spokojnego i potężnego. Każdy jego ruch świadczył o sile i pewności, nie było w nim agresji, tylko godność i respekt. Przystanął na środku szosy i rozejrzał się po wilkach.

Tylko jedno krótkie spojrzenie i wszystko się zmieniło.

Wilk z mojej maski zeskoczył na śnieg bez śladu wrogości. Pozostali członkowie watahy także zaczęli się cofać. Wódz wydał jeszcze jeden, krótki pomruk.

I nagle do mnie dotarło: to nie był atak, to był rozkaz.

Odbierałam to tak, jakby mówił: Nie wolno. Ludzie nie są zdobyczą, a samochody nie są zagrożeniem. Wilki były mu posłuszne bez oporu.

Odwróciły się i jedna po drugiej schodziły z szosy prosto w las. Na końcu zniknął sam wódz.

Przed tym, jak rozmył się wśród sosen, na moment jeszcze odwrócił się i spojrzał na mnie. Spotkaliśmy się wzrokiem. Nie widziałam w jego oczach złości tylko zimny spokój i coś jeszcze. Tak, jakby wiedział, iż właśnie ocalił komuś życie.

Potem już tylko cisza i pustka na drodze.

Siedziałam długo nieruchomo, ręce wciąż drżały. Zrozumiałam wtedy, iż gdyby nie on, mogło się to wszystko skończyć zupełnie inaczej.

Idź do oryginalnego materiału