Widzowie po raz pierwszy zetknęli się ze scenariuszem Jakuba Korolczuka w serialu „Kruk”, który podobnie jak debiutujące właśnie „Ołowiane dzieci”, stworzył we współpracy z reżyserem Maciejem Pieprzycą. W grudniu premierę miała produkcja „Niebo. Rok w piekle” inspirowana działalnością zboru Bogdana Kacmajora. Rozmawiamy o serialach odnoszących się do prawdziwych zdarzeń, pracy scenarzysty i odpowiedzialności wobec osób żyjących, na których budowani są bohaterowie.
Małgorzata Major: Zacznijmy od serialu „Niebo. Rok w piekle”, który już w całości można obejrzeć w ofercie HBO. Czy praca nad scenariuszem inspirowanym książką Sebastiana Kellera, czyli osoby mającej za sobą doświadczenie życia w zborze Bogdana Kacmajora, była dzięki niej łatwiejsza? A może materiał literacki niczego nie ułatwiał? Jest specyficzny, surowy, nieokiełznany.
Jakub Korolczuk: Zacznę od tego, iż pomysł na zrobienie serialu pochodzi od Marka Kłosowicza, który jest producentem „Nieba”. Marek musiał przejść trudną drogę, ponieważ książka pierwotnie ukazała się w małym nakładzie, w niszowym wydawnictwie, musiał więc znaleźć autora, który ukrył się pod pseudonimem [Sebastian Keller to pseudonim autora książki „Niebo. Pięć lat w sekcie” – przypis red.] i przekonać go, iż warto przełożyć tę historię na serial.

A jeżeli chodzi o samą książkę, to pełna zgoda, iż to jest bardzo specyficzna literatura, rodzaj strumienia świadomości: „w tym momencie coś poczułem, mam jakąś myśl w głowie, więc usiądę i ją zapiszę”, ale często te myśli i wątki się ze sobą nie łączą. Nowa wersja książki została zredagowana, podzielona na rozdziały i uzupełniona o wiersze autora, a pierwsza wersja, na bazie której pisałem scenariusz, pozostało bardziej surowa. Więc praca nad adaptacją zaczęła się od wielu decyzji – które elementy historii pomogą widzowi zrozumieć, co przeżywał Sebastian, a które są powtórzeniem i może sprawdziły się w książce, ale kilka wniosą do serialu.
MM: Jakie emocje towarzyszyły Ci podczas pierwszego kontaktu ze wspomnieniami Kellera?
JK: Miałem szok poznawczy czytając po raz pierwszy wspomnienia Sebastiana. Był to nieuporządkowany strumień świadomości. Po pierwszym szoku, uznałem iż to jest walor, coś interesującego, ponieważ struktura tekstu pokazuje, co dzieje się w głowie autora. Skakanie po wątkach, dokładanie swoich przemyśleń tu i tam, a gdzie indziej pozostawienie spraw bez komentarza, pokazuje co dzieje się w głowie człowieka, który był w sekcie i wyszedł z sekty, ale choćby wiele lat po odejściu jego umysł pracuje trochę inaczej niż mój. Chciałem przefiltrować całą historię przez jego spojrzenie. Taka była decyzja artystyczna już na samym początku. Uzgodniłem z Markiem Kłosowiczem, iż chcemy oddać klimat tych paru lat w sekcie. Klimat, który będzie spotkaniem rzeczywistości racjonalnej z rzeczywistością ponadnaturalną, wiarą iż może się wydarzyć coś, czego nie doświadczają „zwykli” ludzie w normalnych warunkach. Sebastian i w książce, i w serialu, wierzy iż ręce Piotra [takie imię nosi serialowy guru grany przez Tomasza Kota – przypis red.] leczą, iż można przywrócić do życia osobę, która umarła.

MM: To jeden z tych ponadnaturalnych wątków?
JK: Napisałem to w sposób, który pokazuje, iż on w to naprawdę wierzy i jest to dla niego ważne, ludzie wokół niego z sekty również w to wierzą. Cała historia przefiltrowana jest przez spojrzenie Sebastiana i to, w jaki sposób on widzi świat. A to narzuca nam, co się może dalej wydarzyć. Widzowie, którzy oglądali „Kruka” [serial Canal+ autorstwa Jakuba Korolczuka i Macieja Pieprzycy – przypis red.], wiedzą iż lubię pokazywać spotkania różnych rzeczywistości.
MM: Czy poznałeś Sebastiana Kellera? Jako autor książki i bohater serialu cały czas pozostaje w ukryciu, nie chce pojawiać się w mediach.
JK: Poznałem Sebastiana, podczas spotkań opowiadał, jak się aktualnie czuje w kontekście jego doświadczeń z przeszłości. Mówił o tym, jak pamięta tamten czas emocjonalnie i racjonalnie. Widziałem, jak wiele kosztowało go opowiadanie swojej historii. Wyobrażam sobie, jak wiele kosztowało go też napisanie książki. Dla niego wciąż szalenie trudne jest wspominanie konkretnych sytuacji z życia zboru Kacmajora, wspominanie siebie w tych sytuacjach i swoich własnych wyborów. To było trudne do tego stopnia, iż nasze spotkania były ściśle ograniczone czasowo, a w ich trakcie robiliśmy przerwy, żeby emocje opadły.

MM: Co działo się później?
JK: Po kilku takich spotkaniach, kiedy zaczynałem już konstruować historię, powiedziałem Sebastianowi, iż to co napiszę będzie mocno oparte na jego wspomnieniach, ale ostatecznie chciałbym, żeby postać była od niego odklejona, również dlatego, żeby oglądając serial, mógł się wobec tej postaci zdystansować, żeby nie traktował serialu jako przedstawienie 1:1 jego własnych przeżyć. Wiedziałem, iż będą konieczne skróty, modyfikacje. Chciałem, aby oglądanie serialu nie było okupione przez niego dużym kosztem emocjonalnym. Stworzyłem, do pewnego stopnia, uniwersalną postać, która pokonuje całą drogę od wejścia do wyjścia z sekty.
Cała historia opowiedziana jest jako retrospekcja. Sebastian spotyka się z księdzem i opowiada o tym, co przeżył. Współczesna oś czasu, czyli rozmowa z księdzem, pełna jest wątpliwości i znaków zapytania. Ten wątek w ostatecznej wersji nie jest do końca moim wątkiem, został w całości przepisany przez reżysera.
MM: Czy wiesz, co działo się później z Bogdanem Kacmajorem?
JK: Rodzina Kacmajora się rozpadła, dzieci wręcz od niego uciekły, a on sam wyjechał do Wielkiej Brytanii. To jest jednak obiektywna rzeczywistość samego Kacmajora, a dla mnie bardziej interesujące było to, jak subiektywnie widział ją Sebastian. A w głowie Sebastiana – Kacmajor jest do dzisiaj. Nieważne więc, czy umarł w rzeczywistości, czy żyje, bo dla Sebastiana nadal, w pewnym sensie, istnieje.

MM: Jak wygląda życie „po sekcie”?
JK: Każda historia jest inna. Wszystko zależy od głębokości wejścia w sektę. Sebastian jest osobą, która trafiła do sekty w młodym wieku i mocno zaangażowała się w jej działalność. W sekcie była również jego żona oraz dziecko, a także figura ojca zastępczego, którą stanowił guru. Serialowy Sebastian odnajduje się w tym świecie, jest tam szczęśliwy. Prawdziwy Sebastian Keller mówił, iż naprawdę był tam szczęśliwy i były momenty, gdy gotowy był robić bardzo złe rzeczy byle tylko tam zostać. Gdy z nim rozmawiałem, wyraźnie słyszałem, iż ten temat przez cały czas w nim mocno tkwi. W serialu bohater nie wyszedł całkowicie z sekty, choćby po opuszczeniu domu guru. To przez cały czas jest dla niego potężne obciążenie.
MM: Odzywały się do Ciebie inne osoby z doświadczeniem bycia w sekcie?
JK: Doświadczenie bycia w sekcie jest bardzo stygmatyzujące. To nie są historie, którymi ludzie się chętnie dzielą. Te osoby [z sekty Niebo – przypis red.] bardzo się ukryły. Producent Marek Kłosowicz podzielił się ze mną ciekawym spostrzeżeniem: jeżeli jesteś alkoholikiem, narkomanem, siedziałeś w więzieniu, zrobiłeś coś złego, to rodzina przez cały czas cię przyjmie, ale jak jesteś byłym sekciarzem i chcesz wrócić, to jest bardzo trudne, bo ludzie się tego boją. Nie wiedzą, kim jesteś dzisiaj, co masz w głowie, jak sobie wyobrażasz świat?

Istnieją relacje innych osób będących w sektach, ale historia Sebastiana jest bardzo specyficzna, mocna i wielowymiarowa. Czytając czy oglądając rozmowy z innymi członkami Nieba, którzy wywodzili się z alternatywy kulturowej Trójmiasta w latach 90., mogłem uzupełnić obraz tego, co działo się w środku, ale to nie zmieniło radykalnie opowiadanej przez nas historii.
MM: Stanisław Linowski mówiąc o swojej roli w serialu „Niebo. Rok w piekle” [aktor grał postać Sebastiana Kellera – przypis red.], podkreślał samotność bohatera. Czy ta samotność zostaje w człowieku, gdy wychodzi z sekty i jest wyobcowany z rzeczywistości?
JK: Abstrahując od Sebastiana, czy doświadczenie sekty i wyjścia z niej powoduje, iż mam ograniczony kontakt z innymi ludźmi, ponieważ nie są w stanie zrozumieć mojej perspektywy, bo nigdy nie doświadczyli tego co ja? Tak, myślę, iż wtedy pojawia się samotność, która trwa do końca. A jeżeli chodzi o samotność Sebastiana, to nie chciałbym wchodzić w ten temat, bo to jest intymna sprawa samego Sebastiana i chciałbym uszanować jego prywatność.

MM: Masz za sobą dwa seriale inspirowane faktami. Czy poza tym, iż to interesujące historie, towarzyszył Ci lęk, iż ktoś po obejrzeniu zgłosi pretensje, uzna iż to on jest sportretowany, a wcale się na to nie godził itp. W przypadku „Kruka” nie musiałeś się zastanawiać, czy ktoś powie: „ale to nie było tak”.
JK: To zabawne, ale również w przypadku „Kruka” pojawiały się komentarze dotyczące prawdziwości przedstawienia Podlasia. Każdy film czy serial, oparty na faktach czy nie, poddawany jest krytyce i narażony na złe humory oglądających. Więc jeżeli ktoś boi się uzasadnionych czy nieuzasadnionych pretensji, to nie powinien robić filmów. Ja nie boję się krytyki. Ale na pewno tworząc seriale inspirowane faktami, pojawia się większa odpowiedzialność. W przypadku „Nieba” odpowiadam przede wszystkim przed Sebastianem Kellerem, z którym mam kontakt. I choćby jeżeli ustaliliśmy, iż chcę opowiedzieć w miarę uniwersalną historię, to czuję się odpowiedzialny w stosunku do niego. Mimo iż w sekcie było wiele osób, to jest to kameralna opowieść.
MM: A jak było z „Ołowianymi dziećmi”?
JK: Choć „Ołowiane dzieci” są również inspirowane prawdziwą historią, to są kompletnie innym serialem niż „Niebo”. Oczywiście cała opowieść napędzana jest przez silną główną bohaterkę, ale istotną jej częścią jest kontekst polityczny, społeczny czy obyczajowy. Doktor Wadowska-Król musiała działać w państwie totalitarnym, na Śląsku, które było przemysłową perłą w koronie Polski Ludowej. Właśnie na Śląsku w latach 70. trwał konflikt między wojewodą Ziętkiem, a pierwszym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego Zdzisławem Grudniem, trwały też przygotowania do wizyty Breżniewa, co oczywiście tylko wzmagało napięcie. Kolejnym kontekstem jest sytuacja społeczna państwa policyjnego, gdzie SB używało wszystkich dostępnych narzędzi, aby kontrolować społeczeństwo. Jeszcze innym kontekstem jest sama huta Szopienice, która z jednej strony dawała pracę, a z drugiej truła. „Ołowiane dzieci” nie są tylko opowieścią o bohaterskiej postawie doktor Wadowskiej-Król, ale również są pejzażem epoki, więc odpowiedzialność jest zupełnie inna niż w przypadku serialu „Niebo”.

MM: Czy polubiłeś się z doktor Wadowską-Król?
JK: Bardzo polubiłem główną bohaterkę i żałuję, iż nie miałem okazji jej poznać [Jolanta Wadowska-Król zmarła w 2023 – przypis red.]. Do dziś nazywam ją Jolą, ponieważ spędziłem z tą postacią wiele miesięcy i w moim scenariuszu była Jolą i stała się mi bliska.
MM: A nie doktórką?
JK: Nie, doktórką była dla ludzi z Targowiska [dzielnica Katowic przy hucie Szopienice – przypis red.], a Jolą była dla przyjaciół.
MM: Huta Szopienice jest drugą istotną bohaterką serialu.
JK: Huta zatrudnia, ale musi też dbać o swoich pracowników. To nie jest przedsiębiorstwo, które powstało dwa lata wcześniej. Huta działała od 1834 roku, więc funkcjonowała w świadomości ludzi od ponad 140 lat [akcja serialu rozgrywa się w roku 1974 – przypis red.]. Te wszystkie konteksty historyczne musiały znaleźć się w serialu, żeby opowiedzieć wielowątkową historię, która wydarzyła się w połowie lat 70. Pojawia się też nieco nadziei, bo jesteśmy po wydarzeniach grudniowych z 1970, Gierek doszedł do władzy z obietnicą, iż w końcu będzie żyło się lepiej.

MM: Skąd czerpałeś informacje o doktor Wadowskiej-Król?
JK: Nie miałem kłopotów ze znalezieniem źródeł. Zresztą cały projekt zaczął się od książki Michała Jędryki „Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia”. Michał Jędryka jest osobą, która była pacjentem doktor Wadowskiej-Król, zmagał się z ołowicą. Był dla mnie ważnym źródłem informacji. Jestem z Podlasia, a piszę o Śląsku, dlatego pewne elementy tej historii były dla mnie nieoczywiste. Sam pisałem scenariusze odcinków, ale na początku prac Michał był dla mnie wsparciem.
MM: Co było dla Ciebie nieoczywiste?
JK: Na przykład zastanawiałem się, jak doktor Wadowska-Król odkryła, iż to właśnie huta Szopienice truje i jak to przedstawić w serialu. Michał powiedział wówczas, iż na Śląsku wszyscy wiedzą, iż coś zawsze truje. Z jego perspektywy to było oczywiste, a dla mnie zaskakujące. Rozmowa o tym, iż „zawsze coś truje” znalazła się w scenariuszu. W drugim odcinku doktor Wadowska mówi do pielęgniarki Wiesławy Wilczek, iż coś truje dzieci, na co Wiesia odpowiada: „Nie no, na Śląsku każdy coś tam truje, wszyscy trują. Huta też truje, to wiadomo, ale ludziom daje pracę i jakoś żyją”.
Michał Jędryka pomógł mi zrozumieć, jak ludzie w Szopienicach wówczas żyli, jak ułożyli sobie w głowie świat. Bo przecież to jest bardzo nielogiczna konstrukcja – pracuję w hucie, która truje mnie i moją rodzinę i ja się na to godzę. Długo musiałem trawić tę myśl, żeby do mnie naprawdę dotarła. A jak już dotarła, to zmieniła moje myślenie o całej tej historii.

MM: Kto jeszcze pomagał?
JK: Pomagała mi także Agnieszka Cygan, czyli wnuczka doktor Wadowskiej-Król. Odpowiadała błyskawicznie na wszystkie pytania, przygotowała prezentację o swojej babci, co było niezwykle pomocne. W ogóle rodzina doktor Wadowskiej-Król była bardzo pomocna i zaangażowana. A to ważne, iż mieliśmy wsparcie rodziny, bo bez tego serial by nie powstał. Co ciekawe, komunistom tak bardzo zależało na wyciszeniu całej sprawy „ołowianych dzieci” i dokonań doktor Wadowskiej-Król, iż postanowili zablokować obronę jej doktoratu. Dlatego powstanie tego serialu i opowiedzenie, kim była i co zrobiła doktor Wadowska-Król, jest jej symbolicznym zwycięstwem nad Zdzisławem Grudniem, esbekami, nad całym państwem totalitarnym. Wspaniała puenta.
MM: Muszę zapytać o wizerunek głównej bohaterki. Jej sukienki, fryzury, buty na wysokich obcasach, czy to jest element wzięty z życia, czy fikcja? To jak wygląda bohaterka, jak się porusza, jakich piosenek słucha stanowi istotną część opowieści.
JK: Tak, taka była doktor Wadowska-Król. istotny był dla niej taniec, muzyka. choćby jej charakterystyczny kok znalazł się w scenariuszu. Dbała o swój wizerunek. I myślę, iż zostało to wspaniale pokazane. Jestem zachwycony scenografią i kostiumami.

MM: Scenografia i kostiumy zachwycają, stanowią istotny element całości. Widać to także w przypadku innych postaci. Esbek grany przez Michała Żurawskiego również jest bardzo stylowy (nazywam go roboczo „sexy esbekiem”). Czy Hubert Niedziala to postać fikcyjna, czy również inspirowana kimś żyjącym?
JK: To postać fikcyjna. Ten bohater jest trochę inny niż typowy filmowy esbek, który ma podwinięte rękawy koszuli, spocone czoło, a w domu maltretuje rodzinę. Tworząc antagonistę dla Joli, chciałem przełamywać schematy i skonstruować esbeka, którego widzowie będą musieli rozgryźć. Hubert Niedziela potrafi być miękki, ale bywa też brutalny i ostry. Ważne też dla mnie było oddanie klimatu epoki. Jak mówi Maciej Pieprzyca [reżyser „Ołowianych dzieci” – przypis red.]: „być może to się nie wydarzyło, ale mogło się wydarzyć”. Sądzę, iż właśnie prawdopodobieństwo wydarzeń jest kluczem do opowiadania historii inspirowanych prawdziwymi zdarzeniami. Pewne sceny muszą być dramatyzowane, żeby się dobrze puentowały, ale one mogłyby się wydarzyć w tym świecie, który opisujemy.

MM: Michał Żurawski to Twój aktor? Wspaniale wypadł w roli majora Huberta Niedzieli w „Ołowianych dzieciach”, „Kruk” na podstawie Twojego scenariusza znacząco rozwinął jego karierę, więc gdy widzę kolejny scenariusz Twojego autorstwa, zastanawiam się, czy w obsadzie zobaczymy Michała Żurawskiego. Zastanawiałam się jak wypadłby w roli guru w „Niebie”, co nie zmienia faktu, iż Tomasz Kot świetnie zagrał swoją rolę.
JK: Kiedy piszę postać silnego mężczyzny, który ma w sobie tajemnicę i głębię, to Michał Żurawski jest pierwszym nazwiskiem, które przychodzi mi do głowy. I nie tylko jestem przekonany, ale wręcz wiem, iż to nie jest nasza ostatnia kooperacja [śmiech].
Wracając do roli guru w serialu „Niebo” – to jest ultra specyficzna rola. Pisząc scenariusz od razu wiedziałem, iż musimy pokochać guru. To musi być bardzo sympatyczny człowiek. Dlatego gwałtownie wpadłem na pomysł obsadzenia Tomka Kota, którego charyzma nie opiera się na sile, ale na przyjazności. Tomek Kot ze swoim wizerunkiem zewnętrznym, z tym co przynosi nie tylko jako aktor, ale jako osobowość medialna funkcjonująca w popkulturze, daje sympatyczne i pozytywne wrażenia, dlatego idealnie pasował do postaci guru sekty. I sądzę, iż Tomek bardzo dobrze odnalazł się w tej roli.

MM: Wracając do „Ołowianych dzieci”, powiedz z kim współpracowałeś przy serialu.
JK: Kluczem udanej współpracy był Maciej Pieprzyca, ale także producent Wiesław Łysakowski oraz Kaśka Śliwińska-Kłosowicz, która jest producentką ze strony Netflixa. Nasza kooperacja rozpoczęła się już od pierwszej rozmowy telefonicznej, gdy Kaśka w jednym zdaniu opowiedziała historię doktor Wadowskiej-Król, o której wcześniej nie słyszałem. Kaśka była dla mnie znakomitą partnerką do pisania. Ja pisałem, ona czytała, dużo rozmawialiśmy o strukturze, gatunku i postaci, którą tworzymy. To było świetne doświadczenie. Gdy napisałem scenariusze wszystkich odcinków, do współpracy został zaproszony Maciej Pieprzyca. Maciek jest Ślązakiem, znał tę historię. Pracowaliśmy wcześniej nad „Krukiem”, więc mieliśmy już przetrenowaną współpracę. To była modelowa współpraca, w której scenarzysta nie ogranicza się tylko do napisania tekstu i oddania go reżyserowi. Mam wrażenie, iż z Maćkiem współpracujemy i tworzymy zgrany zespół.
MM: Pisząc scenariusze wiedziałeś, iż główną rolę zagra Joanna Kulig?
JK: To był pomysł Kaśki Śliwińskiej-Kłosowicz. Asia Kulig pojawiła się w naszych rozmowach na bardzo wczesnym etapie. Od razu wiedziałem, iż to świetny pomysł.
MM: W serialu wiele postaci posługuje się gwarą śląską. Jak pisze się takie dialogi nie będąc Ślązakiem?
JK: Muszę przyznać, iż choćby nie próbowałem pisać w gwarze. Czasem sięgałem do słownika, żeby wstawić pojedyncze słowo typu „bajtle”, ale wiedziałem, iż to jest bardziej dla mnie niż dla Ślązaków [śmiech]. W serialu jest scena, którą uważam za jedną z najlepszych, gdy Śliwa [w tej roli Robert Talarczyk – przypis red.] przy piwie rozmawia z Niedzielą. Michał Żurawski przed kręceniem tej sceny wysłał mi zdjęcie swoich zapisków pokazując, jak przepisał dialogi na gwarę. Wszystkie dialogi „gwarowe” były przepisywane przez aktorów i chwała im za to. To też był świetny pomysł żeby role śląskich kobiet i pracowników huty były zagrane przez Ślązaków. Dzięki temu język był żywy i autentyczny.
MM: Na koniec pytanie, jak widzisz swoją rolę w procesie powstawania serialu?
JK: Dużo jest rozmów w gildii [Gildia Scenarzystów Polskich – przypis red.], kim jest dzisiaj scenarzysta i gildia wykonuje ogromną pracę uświadamiającą wartość uczestniczenia scenarzysty w całym procesie powstawania filmu, czy serialu. Słysząc historie z rynku widzę, iż dla części filmowców scenarzysta jest osobą, która spisuje pomysły producenta i reżysera, a trochę dodaje od siebie. Po oddaniu tekstu scenarzysta jest już odklejony od całego procesu. Ja tak nie widzę swojej roli. Nie chcę brać udziału w takich produkcjach. Nie czuję się stenotypistą producenta czy reżysera. Tym bardziej, iż są reżyserzy, którym wydaje się, iż wiele potrafią, a na koniec po prostu nie dowożą albo dowożą bardzo średni film czy serial, który nie porusza.
MM: Jakieś konkretne przykłady?
JK: Słyszałem o reżyserze, który kręcąc serial powiedział, iż generalnie nie lubi seriali i ich nie ogląda. Dla mnie to jest niepoważne podejście do pracy. To jest nie w porządku wobec widza i wobec wszystkich pracujących przy produkcji. Myślę, iż każdy reżyser powinien być jak stolarz, który tworząc stół potrafi zrobić go tak, żeby przede wszystkim stał równo na czterech nogach, a dopiero potem, ten stolarz może ewentualnie dodać fikuśne zdobienia. Czasem niestety reżyserom się wydaje, iż jak zrobią dużo zdobień, to nikt nie zauważy, iż stół się chwieje. I takie efekty są wynikiem braku współpracy między reżyserem i scenarzystą. Sam kiedyś usłyszałem od reżysera, iż nie potrzebuje rozmowy ze mną o tekście, bo on sobie go zinterpretuje i sam przepisze, jak będzie chciał. Dla mnie to amatorka.
MM: Czego zatem pragnie scenarzysta?
JK: A jeżeli chodzi o moją rolę w procesie powstawania filmu czy serialu, to chcę mieć wpływ na kształt opowiadanej historii. Pracując z Maćkiem Pieprzycą wiem, iż jestem dla niego partnerem. Wiem, iż Maciek jest zainteresowany, dlaczego jakieś sceny ustawiłem koło siebie i dlaczego bohaterka idzie w lewo, a nie w prawo. I dzięki naszym długim rozmowom, w trakcie których rozbieramy nasz stół na części pierwsze, na montażu okazuje się, iż wszystkie elementy ze sobą klikają. Chciałbym, żeby wszystkie moje przyszłe współprace z reżyserami tak wyglądały.
O AUTORCE



















