Na wstępie pragnę dokonać rozróżnienia na wernisaż swoich prac i taki, na który przychodzisz jako widz.
Jeśli jesteś widzem, to masz najłatwiej – po prostu nie chodź na wernisaże.
Przyjdź następnego dnia. Będzie pusto, bo poza wernisażami i tak nikt nie chodzi do galerii.
Jeden z problemów bywania na wernisażach to small talk. Jestem całkiem dobry w small talki, dopóki nie muszę ich prowadzić. Kiedy nagle się okazuje, iż trzeba przez pięć minut rozmawiać z kimś, kogo widziało się trzy razy w życiu, o tym, „co tam”, zaczynają się schody. Utrudnieniem jest też to, iż nie rozpoznaję twarzy i w 80% przypadków nie wiem, z kim rozmawiam. Dobra wiadomość jest taka, iż da się do tego przywyknąć.

Czasem pomagają kanapeczki. Trzeba tylko pilnować, żeby cały czas mieć czymś zapchaną buzię. Kiedy ktoś podchodzi i mówi: „Słuchaj, co to przedstawia…”, wystarczy wskazać na pełne usta i przepraszająco wzruszyć ramionami. Po chwili bierzesz następną kanapkę. Kanapeczki wernisażowe dostępne są jednak tylko w wybranych instytucjach (tych lepszych), więc nie zawsze tak się da.

Wypicie całego dostępnego na wernisażu wina raczej nie rozwiązuje problemu.
Najeba była cool w latach 90. i wcześniej.
Teraz grozi przede wszystkim tym, iż nie tylko będziesz musiał rozmawiać z ludźmi, ale jeszcze następnego dnia dowiesz się, o czym z nimi rozmawiałeś. Inna, trochę zbliżona metoda to konsekwentne granie debila, aż ludzie przestaną cię o cokolwiek pytać. Jest to strategia długoterminowa, ale podobno skuteczna.

Papierosy, choć równie oldschoolowe, mają jedną ogromną zaletę: są oficjalnie uznanym powodem, żeby co kilkanaście minut wyjść z galerii. Nie trzeba choćby specjalnie palić.
Można po prostu powiedzieć „idę na szluga” i zniknąć.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś odpowiada: „O, to ja też”.
Można próbować mówić tylko w języku obcym i udawać, iż kilka się rozumie. Niestety metoda nie działa, jeżeli wszyscy wiedzą, iż jesteś burakiem z Gdańska. Potem są pretensje.

Dobrze przygotować sobie wcześniej kilka wymówek. Na przykład: „Tak długo wczoraj wieszaliśmy, iż dzisiaj już nie mam siły”. Albo: „Wszystko się sprzedało, więc adekwatnie nie ma już o czym gadać”. Można też nagle przypomnieć sobie o psynu/psórce. Pies jest świetny, bo nie musi być choćby w galerii, a przecież wiadomo, iż często jest chory.

Na wystawach zbiorowych jest oczywiście łatwiej. Zawsze można się schować za bardziej wygadanymi osobami artystycznymi. jeżeli jest was dziesięcioro, szansa, iż ktoś akurat będzie chciał rozmawiać z tobą, drastycznie maleje. Wystawa indywidualna jest pod tym względem koszmarem introwertyka, ponieważ wszystkie drogi prowadzą do ciebie.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby oczywiście osiągnąć taki poziom zajebistości, żeby w ogóle nie trzeba było przychodzić na własne wernisaże. To jednak najtrudniejsza metoda, bo wymaga sporo lat ciężkiej pracy, szczęścia, odpowiednich znajomości i paradoksalnie wcześniejszego chodzenia na wiele wernisaży.

Pozostaje jeszcze brat bliźniak (nie musi być prawdziwy). Ten luksus mają np. Gilbert & George. Można sobie wyobrazić, iż jeden z nich wychodzi wcześniej, a drugi zostaje i większość gości przez cały czas ma poczucie, iż wszystko jest w porządku. Nikt na świecie nie wie, który to Gilbert, a który George.
Jeśli więc nie masz kuratora, kanapeczek, psa, papierosów, bliźniaka ani odpowiedniego poziomu zajebistości, pozostaje ostatnia i najprostsza metoda: przyjść, pokazać się na 20 minut, powiedzieć wszystkim, iż zaraz wracasz, i już nie wrócić.
NAGROBKI – zespół muzyczny współtworzony przez artystów wizualnych Maćka Salamona i Adama Witkowskiego. nagrobki. bandcamp.com












