Jak „europejska modna nowość” prawie rozbiła nasze małżeństwo – czyli jak mąż zaproponował mi otwarty związek „dla ożywienia relacji”… a ja naprawdę się na to zgodziłam

newskey24.com 2 godzin temu

Podgrzali małżeństwo

Słuchaj, Iwonka… A może spróbujemy otwartego związku? zaproponowałem ostrożnie.

Że co? Iwona nie od razu załapała. Naprawdę mówisz poważnie?

A co w tym dziwnego? Przecież w Europie to normalne wzruszyłem ramionami, starając się zachować pozorny spokój. Wszyscy twierdzą, iż taka zmiana ożywia związek. Sama przecież mówiłaś, iż kawałek czekolady na diecie nie zaszkodzi, a pomaga nie rzucić wszystkiego. O to mi właśnie chodzi różnorodność.

Iwona zamrugała powoli, jakby próbowała przetrawić, co usłyszała. Porównanie kochanki do słodyczy wydawało się żenująco głupie. Albo bardzo bezczelne.

Witek… zaczęła. Jak chcesz odejść, to po prostu odejdź. Dam ci wolność, ale mnie w twoje brudne sprawki nie mieszaj.

No, nie denerwuj się od razu! Przecież cię kocham. Po prostu… brakuje iskry. Ogień przygasł, śpimy już plecami do siebie, rozmowy coraz częściej tylko o zakupach i rachunkach za prąd. Przewidywalnie trochę, dałoby się to rozruszać. Przecież ciebie nie ograniczam. Poznasz kogoś, rozerwiesz się. Trudno chyba?

Iwona się zmrużyła. Zobaczyłem w jej oczach, iż mi nie wierzy. Włóczący się wzrok, nerwowe palce stukające po blacie Tak, chodziło o wolność. Ale nie dziś, nie jutro potrzebna była już wcześniej.

Powiedz szczerze, Witek. Masz już kogoś? I teraz to proponujesz, żeby mieć czyste sumienie?

O, zaczyna się! machnąłem ręką. Gdybym znalazł, po co bym cię pytał? Już choćby żałuję, iż zacząłem. Klasyka jesteś jak dama z poprzedniego wieku. Dobra, zapomnij…

Uniosłem się z udawaną godnością i wyszedłem do drugiego pokoju. Iwona została sama ze swoimi myślami.

Dwadzieścia pięć lat razem. Oddała mi najlepsze lata, znosiła wzloty i upadki, brak pieniędzy, ciągłe moje nadgodziny, które teraz wyglądały zupełnie inaczej… Teraz, najedzony i zadowolony, proponuję jej, żeby została wspólniczką zbrodni przeciwko naszej rodzinie. Rozerwać się Wygodne słowo.

Tamtej nocy spaliśmy w osobnych pokojach. Spaliśmy to za dużo powiedziane ja przewracałem się z boku na bok i zastanawiałem, jak do tego doszło. Przecież kiedyś obdarowywałem ją naręczami bzu, harowałem, żeby zorganizować wymarzone wesele, cieszyliśmy się razem z narodzin córki. A dziś lepiej byłoby po prostu odejść.

Gdzie była ta chwila, z której nie było powrotu? Może kiedy przestała malować się w domu, żeby mi się podobać? Może kiedy pierwszy raz zapomniałem o rocznicy i zwaliłem winę na pilne sprawy w pracy? A może to już bez znaczenia?

Z jednej strony chciałem rozwodu i mieć wszystko z głowy. Z drugiej jak wyrzucić niemal połowę życia na śmietnik?

Nie mieliśmy może wielkiego płomienia, ale była codzienność, wspólny dorobek, wypracowane rytuały. Wydawałem się jej zawsze bezpiecznym schronieniem. Córka już dawno wyfrunęła, a nas czekała starość razem potrafiliśmy się wspierać jak nikt inny. Raz choćby zaciągnąłem kredyt, by pomóc jej matce. Niewielu by się tego podjęło.

W Iwonie kipiały mieszane emocje: złość, lęk i żal. Może uważa, iż już nikogo nie znajdę? pomyślała. Że jestem starą babą, co nikomu niepotrzebna? Będę mu gotować zupy, dziergać skarpetki dla wnuków i z pokorą czekać, aż raczy wrócić z kolejnej wolności?

Nie postanowiła.

Dobrze zakomunikowała mi rano. Niech będzie po twojemu.

Jak to?

Zgadzam się na otwarty związek.

O mało nie zakrztusiłem się herbatą. Oczekiwałem burzy, a ona powiedziała spokojne tak.

No… To dobrze. Może choćby ci się spodoba, rzuciłem na odczepnego. Dziś wrócę późno.

Kolejny ukłucie w sercu. Tak szybko?

Tamten wieczór był cichy, szary. Iwona czuła się odrzucona, samotna. Jakby ktoś uznał ją za niepotrzebny model telefonu.

Popatrzyła w lustro. Zmęczone oczy, zmarszczki przy kącikach, skóra już nie tak gładka jak kiedyś. Ale sylwetka wciąż zgrabna, włosy bujne może wciąż była atrakcyjna? Może to ze mną coś nie tak? Innym podobała się. Choćby Andrzej kierownik z sąsiedniego działu. Przyszedł do firmy miesiąc temu.

Przystojny facet z lekką siwizną, chrypką i figlarnym uśmiechem. Od razu zwrócił uwagę na Iwonę: prawił komplementy, otwierał drzwi, przynosił kawę. Raz zaprosił na obiad, a tydzień temu na kolację w restauracji.

Panie Andrzeju, jestem na diecie odpierała wtedy Iwona. Dieta nazywa się mężatka.

Iwonko, małżeństwo to tylko papier, nie wyrok uśmiechnął się Andrzej. Ale nie nalegam.

Witek chciał wolności? Chciał, żebym się rozerwała? No to czemu nie.

Dobry wieczór, Andrzeju. Twoja propozycja kolacji przez cały czas aktualna? Chyba znajdę czas i chęć, żeby złamać dietę napisała mu w komunikatorze.

To nie była zemsta. Iwona potrzebowała poczuć się kobietą. Odzyskać siebie, które mój mąż deptał już drugi dzień.

Reszta wieczoru towarzyszyła jej mieszanka emocji. Andrzej był wspaniałym partnerem: przesuwał krzesło, nalewał wina, słuchał z uwagą, patrzył tak, jakby była jedyną kobietą na tym świecie.

Iwona poczuła się trochę winna, ale w niej na nowo obudził się zapomniany dreszcz, chęć poczucia się ważną. Nareszcie choć przez chwilę liczyło się coś więcej niż naleśniki i brudne skarpetki.

Może pójdziemy do mnie? zaproponował Andrzej, gdy skończyła deser. Kupię dobre wino, coś pooglądamy… Przedłużymy ten miły wieczór.

Skinęła głową. Gdzieś w środku coś krzyczało Zastanów się!, ale wciąż pamiętała moją minę, gdy proponowałem rozrywkę.

Kiedy byli już u Andrzeja, telefon nagle zaczął dzwonić jak oszalały. Ja. Odrzuciła raz, drugi. Nic nie pomagało.

Tak? odebrała, starając się brzmieć normalnie.

Gdzie się włóczysz?! rzuciłem od razu. Dziesiąta, lodówka pusta, a ty? Zwariowałaś?

Iwona aż zdrętwiała. Andrzej, słysząc naszą kłótnię, cicho wycofał się do drugiego pokoju. Cały czar prysł.

Jestem na randce, Witku.

Słucham?! Na jakiej znowu randce?!

Naprawdę mam ci tłumaczyć? Sama wczoraj zaproponowałeś otwartość. Powiedziałeś rozerwij się. No to się rozrywam. Coś nie pasuje?

Zapadła cisza, którą przerywał tylko mój świszczący oddech. Potem puściły mi nerwy.

Ty naprawdę pojechałaś do kogoś?! To był żart! Chciałem cię sprawdzić! Ja… Ja Przecież ty tylko czekałaś na okazję? Urażona, jeden dzień nie odzywasz się i lecisz gdzieś?!

Iwona była w szoku.

A ty? U kogo byłeś?

U nikogo! W robocie siedziałem. Nie chcę żadnych syfów od ciebie. Pakuj się, albo ja się wynoszę. Rozwodzimy się!

Rzuciłem telefon. Iwona wpatrzyła się w ścianę, zraniona i upokorzona.

Wszystko dobrze? spytał Andrzej po chwili.

Tak To drobiazg wymusiła uśmiech.

Iwonko… spojrzał na zegarek. Chyba lepiej będzie, jak pojedziesz do siebie i wszystko sobie poukładasz.

Baśń się skończyła, kareta zamieniła się w dynię, a galanteria Andrzeja w chęć uniknięcia kłopotów. Trudno się dziwić nie po to się umawiał.

Może należało od razu złożyć pozew o rozwód, ale jak zwykle, człowiek mądrzeje po czasie.

Tej nocy Iwona nie wróciła do domu. Pojechała do hotelu. Nie chciała widzieć wściekłego męża, a i tak musiała sobie przemyśleć, iż starej wersji ich życia już nie będzie.

Minęły trzy lata
Życie jak dobry rzeźbiarz odcięło to, co zbędne, choćby jeżeli bolało.

Witek bardzo gwałtownie znalazł nową sympatię. Jeszcze przed oficjalnym rozwodem. Chociaż nowa wybranka uciekła wraz ze sprzedażą wspólnego mieszkania. Przy okazji zabrała jego część pieniędzy.

Z Andrzejem nic nie wyszło. przez cały czas widywali się w pracy, ale już bez cieplejszych gestów byli sobie obojętni. Iwona zrozumiała jedno: mężczyźni, którzy chętnie wskakują w rolę kochanka, gdy tylko pojawi się wakat partner życiowy czy choćby wsparcie na trudne chwile, po prostu znikają.

Ale Iwona już nikogo nie szukała. Sama w swoim nowym mieszkaniu zyskała mnóstwo czasu i energii. Kiedyś wszystko zabierała jej codzienność i dogadzanie zachciankom Witka. Teraz zadbała o siebie. Już nie dla kogoś dla siebie.

Poranne pływanie pomogło jej z kręgosłupem, kursy angielskiego trzymały umysł w formie. Obcięła się na krótko, zmieniła garderobę.

Co najważniejsze została babcią.

Córka, Marzena, urodziła pół roku temu. Na początku, gdy rozpętała się burza rozwodowa, była przeciwko matce. Witek świetnie grał ofiarę opowiadał jej, iż Iwona zrujnowała rodzinę dla kochanka, zdradziła go.

Ale czas pokazał prawdę. Marzena przyjechała pogadać prosto, szczerze, spojrzeć matce w oczy. Zobaczyła nie jakąś rozrywkową babę, o jakiej mówił ojciec, tylko zmęczoną, ale szczerą kobietę.

Iwona opowiedziała wszystko jak było. Że to Witek zaproponował otwarty związek. Że od dawna wracał coraz później. Że od dawna czuła się samotnie. Marzena, już wtedy mężatka, zrozumiała matkę. Zwłaszcza gdy Witek błyskawicznie zaczął romans, całkowicie przeszła na stronę Iwony.

Teraz Iwona siedziała przy stole w kuchni Marzeny, trzymając na rękach wnuczkę. Mała Sonia chwytała babcię za palec.

Tata znowu dzwonił… powiedziała Marzena, krzywiąc się. Chciał zajrzeć, zobaczyć Sonię.

I co odpowiedziałaś? spytała spokojnie Iwona.

Że nas nie będzie. Szczerze? Nie chcę go wpuszczać, mamo. Raz mówi o tobie złe rzeczy, raz pyta, czy nie pomogę was pogodzić. Wciąż się denerwuję, jak się pojawia. I nie chcę, żeby próbował też zniechęcić Sonię do ciebie. Niech dalej cieszy się swoją wolnością…

Iwona nic nie odparła, tylko mocniej przytuliła wnuczkę.

Witek dostał, czego chciał absolutnej wolności. Nikt już nie wymagał uwagi, nikt nie przeszkadzał przy telewizji. Tylko iż ta wolność, którą wymarzył, okazała się mieć gorzkawy posmak samotności Za późno to zrozumiałem.

Idź do oryginalnego materiału