Gitarzysta o niełatwych relacjach z frontmanem
Jack Owen opowiedział ostatnio o swoim odejściu z Cannibal Corpse w 2004 roku, a teraz podjął temat kilkunastu lat gry w kolejnym, bardzo ważnym dla death metalu zespole, czyli Deicide. Jak się okazuje, nie był to bezproblemowy czas.
– Było ciężko. On nigdy nie przebił się do mojej „bańki”, a ja nie chciałem tego robić w drugą stronę. Jesteśmy totalnie innymi ludźmi. Ja jestem stuprocentowym introwertykiem. Chcę wykonać jak najlepiej swoją pracę i iść dalej. Od początku było widać różnice między nami i to nie miało się prawa dłużej układać – twierdzi Owen.
Dodatkowo gitarzysta wymienił muzyków Deicide z którymi był w dobrych relacjach.
– Bardzo dobrze dogadywałem się ze Stevem Asheimem i Kevinem Quirionem. Tak samo z braćmi Hoffman (byłymi członkami Deicide). W zasadzie dogadywałem się ze wszystkimi, tylko nie z Glenem – mówi z uśmiechem.














