Role teatralne i filmowe kiedyś się kończą, brawa cichną, ale to, jakim byliśmy człowiekiem dla swoich najbliższych, zostaje na zawsze. Paradoksalnie właśnie aktorstwo nauczyło mnie, iż nie można żyć dla oklasków. Oklaski są piękne, ale realizowane są chwilę. Gasną światła, kurtyna opada i wraca się do domu. I to właśnie tam jest prawdziwe życie. Dzisiaj znacznie bardziej cenię spokojny wieczór z Agnieszką, wspólną kolację, rozmowę czy planowanie przyszłości niż kolejną premierę. To są chwile, które zostają z człowiekiem na zawsze – mówi Jacek Kopczyński aktor teatralny, telewizyjny, filmowy i dubbingowy.
Panie Jacku, przekroczenie pięćdziesiątki dla wielu mężczyzn bywa momentem kryzysu, bilansu zysków i strat. Dla Pana okazało się ono otwarciem zupełnie nowego, niezwykle intensywnego rozdziału. Co dzisiaj, z perspektywy 54 lat życia, uważa Pan za definicję prawdziwej, dojrzałej męskości?
Jacek Kopczyński : Muszę na początku sprostować jedną rzecz – mam już 55 lat. (śmiech) I chyba właśnie dlatego patrzę na życie jeszcze spokojniej niż kilka lat temu. Kiedy byłem młodszy, wydawało mi się, iż mężczyzna powinien być twardy, niezłomny i zawsze mieć odpowiedź na każde pytanie. Chciałem udowadniać sobie i światu, iż dam radę w każdej sytuacji. Dzisiaj wiem, iż prawdziwa siła wygląda zupełnie inaczej. Dojrzały mężczyzna nie musi już nikomu niczego udowadniać. Powinien być przede wszystkim odpowiedzialny, uczciwy wobec siebie i obecny dla ludzi, których kocha. Powinien umieć powiedzieć „przepraszam”, „dziękuję” i „kocham”. To świadczy o sile charakteru, nie o słabości.
Z wiekiem człowiek zaczyna rozumieć, iż życie nie polega na wyścigu. Nie porównuję się już z innymi. Najważniejsze jest dla mnie to, czy każdego dnia jestem trochę lepszym człowiekiem niż wczoraj. Myślę, iż również mój zawód mnie tego nauczył. Jako aktor przez lata wcielałem się w ludzi o zupełnie różnych charakterach, doświadczeniach i historiach. To daje ogromną pokorę. Zaczynasz rozumieć, iż każdy człowiek niesie własny bagaż i bardzo łatwo jest kogoś ocenić, nie znając jego życia. Dzisiaj znacznie częściej staram się słuchać − to chyba jedna z najważniejszych lekcji, jakie dostałem od życia.
Mówi się, iż młody mężczyzna ciągle musi coś udowadniać – światu, kobietom, innym mężczyznom. Kiedy poczuł Pan, iż ten przymus zniknął i pojawiła się wolność bycia po prostu sobą?
Jacek Kopczyński : To nie wydarzyło się jednego dnia. To był proces, który trwał latami. Przez większość życia funkcjonowałem w zawodzie, w którym człowiek jest nieustannie oceniany. Raz jesteś na planie, za chwilę grasz w teatrze, później telefon milknie i nagle zaczynasz się zastanawiać, czy przez cały czas jesteś wystarczająco dobry. Gdybym budował swoje poczucie wartości wyłącznie na opinii innych ludzi, pewnie nigdy nie zaznałbym spokoju.
Paradoksalnie właśnie aktorstwo nauczyło mnie, iż nie można żyć dla oklasków. Oklaski są piękne, ale realizowane są chwilę. Gasną światła, kurtyna opada i wraca się do domu. I to właśnie tam jest prawdziwe życie. Dzisiaj znacznie bardziej cenię spokojny wieczór z Agnieszką, wspólną kolację, rozmowę czy planowanie przyszłości niż kolejną premierę. To są chwile, które zostają z człowiekiem na zawsze.
Nie muszę już nikomu udowadniać, iż jestem silny, iż jestem dobrym aktorem, iż odniosłem sukces. Wystarczy, iż jestem w zgodzie z samym sobą i z ludźmi, których kocham. To daje prawdziwą wolność.
Pod koniec ubiegłego roku pożegnał Pan swojego ojczyma, dziękując mu publicznie za trud wychowania i serce. Jakie najważniejsze lekcje męskości, wartości czy zasad przetrwały w Panu z tamtego rodzinnego domu?
Jacek Kopczyński : To był jeden z najtrudniejszych momentów mojego życia. Dopiero kiedy odchodzi ktoś tak bliski, człowiek uświadamia sobie, jak wiele mu zawdzięcza. Dzisiaj bardzo często wracam myślami do naszego wspólnego życia i łapię się na tym, iż wiele rzeczy robię dokładnie tak, jak nauczył mnie on. Mój ojczym był człowiekiem niezwykle pracowitym. Nigdy nie bał się żadnej pracy i właśnie tego nauczył również mnie. Pokazał mi, iż nie ma rzeczy niemożliwych, jeżeli tylko człowiek chce się czegoś nauczyć. Dzięki niemu do dzisiaj nie boję się wziąć narzędzi do ręki. Potrafię wiele rzeczy zrobić sam, naprawić, znaleźć rozwiązanie problemu. To może wydawać się drobiazgiem, ale dla mnie to ogromna wartość. Daje poczucie samodzielności i uczy pokory wobec pracy.
Pamiętam też, iż zawsze powtarzał: „Cokolwiek robisz, rób to najlepiej, jak potrafisz”. To zdanie zostało ze mną na całe życie. Zarówno wtedy, kiedy pracuję na planie filmowym czy w teatrze, jak i wtedy, kiedy wykonuję zwykłe codzienne obowiązki.
Nauczył mnie również szacunku do ludzi. Nigdy nie oceniał człowieka po tym, ile zarabia, jaki ma zawód czy skąd pochodzi. Dla niego liczyło się tylko to, czy ktoś jest uczciwy i potrafi spojrzeć drugiemu człowiekowi prosto w oczy. Najważniejszą lekcją była jednak odpowiedzialność. Nie ta deklarowana. Ta codzienna. Bo rodzinę buduje się nie wielkimi słowami, ale obecnością. Dotrzymanym słowem. Pracą. Troską o najbliższych.
Dzisiaj staram się przekazywać te same wartości moim synom – Maksowi i Filipowi. Nie wiem, czy mi się to w pełni udało. Mam jednak nadzieję, iż kiedyś powiedzą o mnie to samo, co ja mogę dzisiaj powiedzieć o swoim ojczymie – iż zawsze można było na mnie liczyć.
Niedawno media obiegła wspaniała wiadomość o Pana ślubie z Agnieszką Kustosz. Czym różni się budowanie relacji, miłość i definicja partnerstwa po pięćdziesiątce od tych emocji, które towarzyszyły Panu 20, 30 lat temu?
Jacek Kopczyński : Wszystkim. Kiedy jesteśmy młodzi, często wydaje nam się, iż miłość to przede wszystkim wielkie emocje, motyle w brzuchu i spontaniczne decyzje. To piękny etap życia, ale z czasem człowiek odkrywa, iż prawdziwe uczucie dojrzewa razem z nami. Dzisiaj wiem, iż miłość to przede wszystkim spokój. To świadomość, iż wracasz do domu i czeka tam osoba, przy której możesz być sobą. Bez masek. Bez udawania. Bez potrzeby robienia na kimkolwiek wrażenia. Agnieszka jest dla mnie kimś znacznie więcej niż żoną. Jest moją partnerką, przyjaciółką i największym wsparciem. To kobieta, przy której odzyskałem wewnętrzny spokój. Potrafimy rozmawiać godzinami, śmiać się z drobiazgów, wspólnie planować przyszłość i po prostu cieszyć się codziennością.
Po pięćdziesiątce człowiek inaczej rozumie słowo „partnerstwo”. To nie jest rywalizacja ani próba zmieniania drugiej osoby. To umiejętność bycia razem również wtedy, kiedy życie stawia przed nami trudniejsze wyzwania. Wiem, iż mogę na Agnieszkę liczyć, a ona wie, iż zawsze może liczyć na mnie. Właśnie na tym polega dojrzała miłość.
Kiedyś wydawało mi się, iż największe szczęście to sukces zawodowy. Dzisiaj wiem, iż największym szczęściem jest wracać do domu, w którym czeka ktoś, kto naprawdę cieszy się z Twojej obecności.
Ostatnio wszyscy z podziwem obserwowali zdjęcia z 18. urodzin Pana młodszego syna, Filipa. Na jednym przyjęciu spotkał się Pan z żoną, byłą partnerką Patrycją Markowską i jej mężem. Pokazaliście Państwo niesamowitą klasę, kulturę i dojrzałość. Jak buduje się tak zdrowy, pełen szacunku świat patchworkowy?
Jacek Kopczyński : Nie ma jednej recepty na takie relacje. To proces, który wymaga czasu, cierpliwości i przede wszystkim dobrej woli wszystkich stron. Każdy z nas ma swoją historię, swoje emocje i swoje doświadczenia. Nie da się udawać, iż ich nie było, ale można zdecydować, co chcemy z nimi zrobić. W pewnym momencie zrozumiałem, iż najważniejsze pytanie brzmi nie: „Kto miał rację?”, tylko: „Co będzie najlepsze dla dzieci?”. Dla mnie odpowiedź była oczywista. Najważniejsi zawsze byli Maks i Filip.
Jeżeli jako dorośli potrafimy usiąść przy jednym stole i rozmawiać z szacunkiem, to przede wszystkim dlatego, iż chcemy dać dzieciom poczucie bezpieczeństwa i normalności. Jestem naprawdę wdzięczny, iż dzisiaj możemy spotkać się razem – Agnieszka, Patrycja, Tomek i ja – bez niepotrzebnych napięć. To nie znaczy, iż życie zawsze było łatwe. To znaczy tylko tyle, iż wszyscy uznaliśmy, iż dobro dzieci jest ważniejsze od własnych ambicji czy dawnych emocji. Myślę, iż właśnie na tym polega dojrzałość − potrafiliśmy zostawić przeszłość za sobą i zbudować coś dobrego na przyszłość. o ile ktoś widzi w tym klasę, bardzo mnie to cieszy. Dla mnie to po prostu naturalna konsekwencja miłości do moich dzieci.
Pojawiły się doniesienia, iż mimo dojrzałego wieku nie zamyka się Pan na przyszłość i marzy o powiększeniu rodziny. Skąd czerpać taką niezłomną wiarę w życie i odwagę do pisania zupełnie nowych scenariuszy?
Jacek Kopczyński : Nie wiem, czy nazwałbym to odwagą. Bardziej wdzięcznością za to, co daje życie. Z wiekiem człowiek zaczyna rozumieć, iż nie warto odkładać szczęścia na później. Przestaje mówić: „Kiedyś”, bo nagle okazuje się, iż najważniejsze jest dzisiaj. o ile mam marzenia, chcę je realizować. o ile kocham, chcę o tym mówić. o ile mogę spędzić czas z najbliższymi, nie szukam wymówek.
Ogromną siłę daje mi Agnieszka. Dzięki niej zrozumiałem, iż życie potrafi jeszcze pozytywnie zaskoczyć. Że można zakochać się dojrzalej, spokojniej, ale jednocześnie mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie zastanawiam się już, co wypada w określonym wieku. Zastanawiam się tylko, czy jestem szczęśliwy. A odpowiedź brzmi: tak. o ile los napisze jeszcze dla nas nowe rozdziały, przyjmiemy je z euforią i otwartym sercem. Najważniejsze nie jest to, ile mamy lat, ale to, z kim idziemy przez życie.
Ma Pan dwóch dorosłych synów – Maksymiliana i Filipa. Jak zmieniało się Pana ojcostwo na przestrzeni lat? Łatwiej było być tatą małych chłopców czy mentorem i partnerem dla dorosłych mężczyzn, którzy wchodzą we własne kariery i dorosłe życie?
Jacek Kopczyński : Ojcostwo zmienia się razem z dziećmi. Kiedy Maks i Filip byli mali, wydawało mi się, iż moim zadaniem jest nauczyć ich wszystkiego. Chciałem ich chronić przed błędami, rozwiązywać problemy i mieć poczucie, iż zawsze wiem, co będzie dla nich najlepsze. Dzisiaj patrzę na to inaczej. Dorosłe dzieci nie potrzebują ojca, który wszystko kontroluje, tylko takiego który potrafi wysłuchać, doradzić, kiedy o to poproszą, i który będzie obok niezależnie od okoliczności.
Nigdy nie chciałem, żeby moi synowie żyli w cieniu mojego zawodu. Chciałem przede wszystkim wychować dobrych ludzi. o ile ktoś kiedyś powie o Maksie albo Filipie, iż są uczciwi, lojalni i można na nich polegać, będę z nich bardziej dumny niż z jakiejkolwiek nagrody, którą sam mógłbym odebrać. Patrzę na nich z ogromną dumą. Każdy z nich idzie własną drogą, podejmuje własne decyzje i buduje swoje życie po swojemu. I o to chodzi. Rolą ojca nie jest przeżyć życie za dzieci, ale dać im korzenie i skrzydła.
Pana młodszy syn Filip stawia już pierwsze poważne kroki w świecie artystycznym – gra w serialu, tworzy muzykę. Czy jako doświadczony aktor próbuje Pan go chronić przed ciemnymi stronami show-biznesu, czy pozwala mu Pan na popełnianie własnych błędów?
Jacek Kopczyński : Każdy z nas ma swoją drogę i swoje doświadczenia. Oczywiście rozmawiam z Filipem, opowiadam mu o własnych błędach, o sukcesach i porażkach, ale wiem, iż nie mogę przeżyć tego za niego. Czasami, kiedy na niego patrzę, przypominam sobie siebie sprzed wielu lat. Widzę tę samą ciekawość świata i ten sam zapał. To piękne, ale wiem też, iż każda droga ma swoje zakręty. Najlepsze, co mogę zrobić jako ojciec, to być obok. Nie po to, żeby kierować jego życiem, ale żeby wiedział, iż zawsze może do mnie zadzwonić. Bez względu na to, czy będzie świętował sukces, czy przeżywał trudniejszy moment. Tak samo jest z Maksem. Chcę, żeby obaj mieli pewność, iż niezależnie od wieku zawsze będą mogli na mnie liczyć. To jest dla mnie prawdziwe ojcostwo.
Życie napisało dla Pana kolejną piękną rolę – oficjalnie został Pan teściem. Pana synowa pochodzi z Serbii, z bardzo artystycznej rodziny. Jak odnajduje się Pan w tej nowej rzeczywistości? Czy dom stał się teraz międzynarodową platformą wymiany kulturowej?
Jacek Kopczyński : To naprawdę piękny etap życia. Mój starszy syn Maks ma wspaniałą żonę, Angelię, która pochodzi z Serbii. Dzięki niej nasza rodzina stała się jeszcze bogatsza o nowe tradycje, zwyczaje i spojrzenie na świat. Bardzo lubię obserwować, jak nasze rodziny się poznają. Mimo iż wychowaliśmy się w różnych krajach i kulturach, bardzo gwałtownie okazało się, iż najważniejsze wartości są wszędzie takie same. Miłość, szacunek, rodzina życzliwość − to one budują prawdziwe relacje.
Dla mnie to ogromna euforia patrzeć, jak rodzina się powiększa i jak każdy wnosi do niej coś dobrego. To pokazuje, iż świat jest znacznie mniejszy, niż nam się czasem wydaje, a ludzie – niezależnie od miejsca, z którego pochodzą – pragną dokładnie tego samego: kochać i być kochanymi.
Gdyby miał Pan dzisiaj zostawić jedną, najważniejszą radę dla mężczyzn, którzy stoją na rozdrożu i boją się zmian po czterdziestce czy pięćdziesiątce, co by im Pan powiedział?
Jacek Kopczyński : Powiedziałbym przede wszystkim jedno: „Nie bójcie się żyć. Nie bójcie się zaczynać od nowa. Nie bójcie się kochać”. Bardzo często słyszę, iż po pięćdziesiątce najlepsze lata są już za nami. Według mnie jest odwrotnie. Dzisiaj przeżywam jeden z najpiękniejszych okresów swojego życia. Mam obok siebie Agnieszkę, kobietę, z którą chcę iść przez życie. Mam dwóch wspaniałych synów – Maksa i Filipa, z których jestem ogromnie dumny. Cieszę się, iż nasza rodzina się rozwija i iż każdego dnia mam za co być wdzięczny.
Przez całe życie zagrałem wiele ról. Jedne trwały kilka godzin, inne kilka lat. Każda czegoś mnie nauczyła. Ale dzisiaj wiem, iż najważniejszej roli nie dostałem od żadnego reżysera. Dało mi ją życie. To rola męża. Ojca. Człowieka. I właśnie te role staram się każdego dnia grać jak najlepiej. Role teatralne i filmowe kiedyś się kończą, brawa cichną, ale to, jakim byliśmy człowiekiem dla swoich najbliższych, zostaje na zawsze.
rozmawiała: Katarzyna Konofalska

















