Wielowarstwowy jubilat wciąż cieszy się popularnością. / autorka grafiki: Zuzanna PrusiewiczOd razu wiadomo, kto to powiedział i trudno się z filmowym Osłem nie zgodzić. W końcu do „Shreka” wracamy od lat. Od ćwierćwiecza, uściślając. W tym czasie zielony ogr zdobył Oscara, dwadzieścia innych nagród i aż trzydzieści siedem nominacji, został też uznany za dziedzictwo kulturowe USA. A co najważniejsze, skradł serca milionom widzów i to nie tylko tych najmłodszych. Co nas tak pociąga w jego bagnie?
22 kwietnia 2001 roku, światowa premiera. Na ekranie stara ilustrowana księga i odczyt opowieści o królewnie, na którą ktoś rzucił zły urok, czekającej w wieży na wyzwolenie i pocałunek prawdziwej miłości. Scena rodem z baśni, aż tu nagle BUM! Ogr opuszcza wychodek z kultowym „No to se jeszcze poczeka” na ustach, a w tle rozbrzmiewa głośno „All Star”. Ten przewrotny plot twist rozpoczyna jedną z najbardziej wciągających animacji w historii popkultury. Dalej jest tylko lepiej.
Reżyserzy Andrew Adamson i Vicky Jenson wrzucają widza w zaczarowany świat, w którym bajkowe postaci padają ofiarą prześladowań ze strony Lorda Farquaada. Wypędzeni na bagno Shreka sprawiają, iż ogr odwiedza zamek, a w konsekwencji podejmuje się zlecenia na rzecz władcy, by odzyskać swoją samotnię. Celem misji jest uwolnienie wspomnianej już księżniczki i dostarczenie jej na ślubny kobierzec. I trzeba przyznać, towarzyszenie Shrekowi za każdym razem brzmi jak świetny plan na wieczór.
Jazda bez trzymanki
Niemała w tym zasługa scenarzystów: Joego Stillmana, Rogera S. H. Schulmana, Teda Elliotta i Terry’ego Rossio. A z naszej perspektywy: również wybitnych dubbingowców. „Podoba mi się ten głaz, to naprawdę ładny głaz” – wystarczy usłyszeć z ust Osła i już wiadomo, iż przed nami komediowa jazda bez trzymanki. Za tym głosem w polskiej wersji językowej stoi nieoceniony Jerzy Stuhr, który dosłownie wsiąkł w wizerunek portretowanej postaci. Świetnie wypada w duecie z charyzmatycznym Zbigniewem Zamachowskim w roli Shreka, a nie mniej udaną kreacją może poszczycić się Agnieszka Kunikowska, która w punkt oddaje zarówno pozorną zwiewność, jak i niezwykle mocny charakter Fiony. No właśnie, bo to królewna, która nie trafia się w każdej bajce.
Nie przesadzę, nazywając „Shreka” królem intertekstualności. Trudno zliczyć, z iloma dokładnie baśniami film studia DreamWorks Animation wchodzi w przekorny i satyryczny dialog. Adaptuje i odwraca również utarte w kulturze schematy, wzorce księżniczki, rycerzy i baśniowych stworów. Tu królewna, owszem, czeka na księcia zamknięta w wieży. Wcale nie jest jednak krucha. To postać silna, charyzmatyczna, wyszkolona w sztukach walki i zdolna samodzielnie pokonać całą bandę leśnych łotrzyków. Z drugiej strony mamy Shreka. Ogr, postać stereotypowo odrażająca, straszna. Tymczasem twórcy zgłębiają jego zwyczaje, docierają do ukrytej przed światem wrażliwości, poczucia odrzucenia i dobrego przecież serca. Postać nie tylko bawi, otwiera też umysły i zachęca do uważniejszego poznawania świata i tych, z którymi go dzielimy. Bo choć sama historia jest niezwykle lekka, w konwencji ciągłego żartu przemyca cenne spostrzeżenia i poruszający, ponadczasowy morał, by nie oceniać wszystkiego na pierwszy rzut oka. Całość zgodnie ze sztuką najgłośniej wybrzmiewa w finale, gdy po pocałunku prawdziwej miłości i przełamaniu klątwy Fiona pozostaje w ciele ogrzycy. To równie wzruszające, co pouczające.
Historia „Shreka” zapada w pamięć jeszcze mocniej dzięki wysokiej jakości smaczkom budującym jej tło. Od strefy parkingowej „Lancelot” aż po epizody baśniowych i bajkowych postaci, takich jak trzy świnki z wilkiem, Czerwony Kapturek oraz Śnieżka z krasnoludkami. Całość wypada świetnie. Parafrazując klasyka, animacja w „Shreku” starzeje się jak dobre wino. Przede wszystkim postać Fiony zachwyca realistycznym wykonaniem. Oko koi z kolei natura ukazana w szerokich, ilustrujących podróż bohaterów kadrach. Twórcy zadbali także o detale takie jak falujące od krzyku ogra futro Osła czy pasta do zębów wyciskana z robaka. Podobnie jak humor i fabuła, obraz jest dopieszczony w każdej wykorzystanej warstwie.
– Cebula ma warstwy. Ogry mają warstwy – mówi tytułowy bohater produkcji DreamWorks Animation. Jak widać, cały film również ma warstwy składające się na jego sukces, które widz odkrywa ze sceny na scenę. A choćby z seansu na seans – w końcu fani niejednokrotnie zwracają uwagę na to, iż „Shrek” wręcz zyskuje na atrakcyjności wraz z upływem lat.
Gorący powrót
Spektakularny sukces „jedynki” doprowadził do powiększenia franczyzy o trzy kolejne filmy, odcinki specjalne i spin-offy. A iż w świecie „Shreka” emocje wcale nie przygasały, nie brakowało i plotek o piątym już pełnometrażowym powrocie zielonego ogra. Pogłoski te, podsycone finałem „Kota w Butach: Ostatnie życzenie”, DreamWorks potwierdził oficjalnie w lipcu 2024 roku. W lutym 2025 roku słowo stało się zwiastunem, na którym… fani nie zostawili suchej nitki. Krytykowano przede wszystkim animację, unowocześnioną na siłę, wypadającą jak parodia oryginalnego – a przecież wciąż świetnie wyglądającego – stylu. Niedługo później Studio Universal i DreamWorks przesunęli premierę z końcówki 2026 roku na czerwiec 2027.
„Shrek” powróci, to już pewne. Ale to, jak i kiedy, budzi wiele pytań i sprzecznych emocji. Dotychczasowy dorobek serii ustawił poprzeczkę na wysokości, do której nie doskakuje wiele powstających współcześnie animacji. Ja z uwagą, choć nie bez obaw, obserwować będę piąty skok „Shreka”. Niezmiennie z euforią będę za to wracać do tego pierwszego.
Marcin KLONOWSKI
















