Do polskich kin trafił właśnie film „Najbogatsza kobieta świata„, inspirowany historią milionerki Liliane Bettencourt, spadkobierczyni fortuny L’Oréal. O kulisach powstania filmu i swojej roli opowiedziała odtwórczyni głównej roli Isabelle Huppert.
„Najbogatsza kobieta świata” oparta jest na prawdziwej historii. Czy to było ważne podczas pracy nad tym filmem?
Isabelle Huppert: Starałam się o tym zapomnieć. Nie wymagało to zresztą większego wysiłku. Taka jest siła fikcji. Słynne stwierdzenie „na podstawie prawdziwej historii” zawsze wydaje się być obietnicą dla przyszłego widza. Ale aktorzy odnajdują wolność w fikcji. Można więc pozwolić sobie na wszystko, uznać tę historię za niepokojącą, szokującą, ale także szczerą, wzruszającą, budującą. Myślę, iż właśnie to określa charakter tego filmu. W końcu przywiązujemy się do relacji głównych bohaterów, do tego co między nimi zaistniało. W trakcie kręcenia filmu to stawało się coraz bardziej oczywiste. Zależało nam na wydobyciu emocjonalnej prawdy, bardziej intymnej, o zaproponowanie innego spojrzenia. Na planie zdałam sobie sprawę ze wszystkich możliwości, całej różnorodności, jaką oferowała postać Marianne.

Jak wyglądała kooperacja z reżyserem Thierry’m Klifą?
Dużo pracowaliśmy przede wszystkim nad kostiumami dla mojej bohaterki, która jest milionerką. Był to sposób na zewnętrzne oddanie bogactwa postaci, luksusu jakim była otoczona. Bogactwo musiało być wiarygodne, aby można było w nie w pełni uwierzyć. Odzwierciedlały to nie tylko ubrania, ale także scenografia, wielkość i przepych rezydencji. W tym celu starannie stworzono cały świat, w którym funkcjonuje Marianne. Nie wahaliśmy się czasami, aby posunąć się do pewnej przesady, o ile pozostawała ona wiarygodna i naturalna. Fotograf Pierre-Alain wnosi do życia Marianne energię, która wszystko wywraca do góry nogami, jak uderzenie w kręgle, wywołując czasami ekstremalne reakcje. Można powiedzieć, iż teatr wkracza w życie tej kobiety. Teatr to szaleństwo, ekstrawagancja, przemiana rzeczywistości. Formą radosnej, destrukcyjnej, uzależniającej przesady. Daje się uwieść temu chaosowi i czerpie z niego pełnymi garściami.
Co sądzisz o relacji między twoją postacią a Pierrem-Alainem, granym przez Laurenta Lafitte’a?
Szczerość tej relacji oznacza dla Marianne odkrycie uczucia, które nagle rozjaśnia jej życie, wyrywa ją z monotonii codzienności, pomimo oporu otoczenia. Jej córka w pewien sposób uosabia ten opór: jest to rodzaj emocjonalnego zniewolenia w obliczu szczęścia, które pojawia się w nieco bezczelny sposób. Marianne budzi się do życia. Wcześniej wszystko zostało stłumione przez pieniądze i związane z tym konwenanse.

Jedną z istotnych scen w filmie, jest ta rozgrywająca się w klubie nocnym. Co mogłabyś o niej opowiedzieć?
Ta scena wyraża prawdziwą radość, energię, życie, do których Marianne nie była dotąd przyzwyczajona. Poprzedzona jest wspaniale wykonaną przez Anne Brochet piosenką, w której wyczuwa się cień, dyskretną, ale głęboką emocję. To jakby ulotna dygresja, być może nostalgiczne wspomnienie, które powraca poprzez słowa piosenki. Piosenkarka w tym klubie symbolizuje perspektywę innych, możliwych scenariuszy życia.
Pod koniec filmu Marianne zostaje jednak sama i wydaje się być odizolowana od rodziny.
Sytuacja pozostawia ją wprawdzie w nieco trudnym położeniu, ale nie sprawia, iż widzowie chcą jej współczuć. Być może po prostu pragnie odpoczynku od tego, co się wydarzyło. Jej relacja z Pierrem-Alainem pogrążyła ją w pewnego rodzaju niepokoju: szaleństwie nowego, intensywnego życia, ale także pewnego rodzaju poddaniu się wydarzeniom. Opuszczamy ją nieco uspokojoną, mimo wszystko szczęśliwą, iż przeszła przez to wszystko. Z pewnością nie jest ofiarą, a tym bardziej kobietą zdesperowaną. Film nie wywołuje tego typu emocji. Moim zdaniem to właśnie stanowi o jego sile.















