IRON SLAUGHT - Metallic torments (2026)

powermetal-warrior.blogspot.com 11 godzin temu

Francuski Iron Slaught nie składa broni i po jedenastu latach wydawniczej ciszy rusza do kolejnej bitwy. Ten działający od piętnastu lat, wciąż stosunkowo mało znany zespół obrał sobie za cel pielęgnowanie klasycznego heavy/speed metalu z wyraźnymi wpływami thrashu. Muzycy czerpią inspiracje z dokonań takich formacji jak Razor, Exciter, wczesny Kreator czy Helloween, tworząc własną interpretację gatunku. Na 10 lipca zaplanowano premierę ich drugiego albumu studyjnego zatytułowanego Metallic Torments. Dla fanów klasycznego metalu jest to pozycja obowiązkowa.

Największą siłą albumu są riffy. Iron Slaught doskonale rozumie, iż to właśnie one stanowią serce i fundament tej muzyki. Każdy utwór zawiera przynajmniej jeden motyw, który pozostaje w pamięci długo po zakończeniu odsłuchu. Zespół nie próbuje odkrywać heavy i speed metalu na nowo. Zamiast tego wybiera podróż w dobrze znane rejony, odświeżając sprawdzone patenty i nadając im własny charakter. Efekt? Muzyka pełna energii, świeżości i znakomitych pomysłów kompozytorskich.

Na basie usłyszymy Nikrassa, natomiast za partie gitarowe i wokalne odpowiada Iron Jeremy – mózg całej operacji. To niezwykle utalentowany muzyk, który heavy i speed metal ma po prostu we krwi. Jego wyczucie melodii, umiejętność tworzenia chwytliwych riffów oraz naturalny talent kompozytorski budzą ogromny szacunek. Jeremy imponuje również jako wokalista. Śpiewa pewnie, z odpowiednią ekspresją i różnorodnością, dzięki czemu każda kompozycja zyskuje dodatkowy charakter. To właśnie za jego sprawą duch lat osiemdziesiątych jest tak wyraźnie obecny na tym albumie.

Surowe, lekko przybrudzone brzmienie oraz klimatyczna okładka stanowią kolejne ukłony w stronę złotej ery heavy metalu. Nie oznacza to jednak, iż mamy do czynienia wyłącznie z nostalgiczną podróżą w przeszłość. W kompozycjach słychać współczesną świadomość budowania napięcia i doskonałe wyczucie proporcji. Zespół wie, kiedy przyspieszyć do granic możliwości, a kiedy pozwolić gitarom wybrzmieć nieco dłużej. Dzięki temu Metallic Torments nie nuży, mimo iż przez większość czasu utrzymuje bardzo wysoką intensywność.

Na pochwałę zasługuje również produkcja. Brzmienie jest surowe i organiczne, ale jednocześnie pozostaje selektywne. Każdy instrument ma swoje miejsce w miksie, a całość sprawia wrażenie nagranej przez muzyków, którzy bardziej przejmują się siłą przekazu niż cyfrowym wygładzaniem każdego dźwięku.

Album trwa około 45 minut, czyli dokładnie tyle, ile powinien. Nie ma tutaj zbędnych eksperymentów, niepotrzebnych wypełniaczy ani prób na siłę poszerzania stylistycznych granic. Jest za to speed metal w najlepszym wydaniu.

Już od pierwszych sekund „Harbinger of Afflictions” wiadomo, iż nie będzie miejsca na oddech. Gitary tną powietrze niczym piły mechaniczne, sekcja rytmiczna pędzi przed siebie bez chwili zawahania, a wokal balansuje pomiędzy klasycznym heavy metalem a agresją speed metalu. To muzyka stworzona nie do analizowania, ale do maksymalnego podkręcania głośników.

Prawdziwy pokaz kompozytorskiego kunsztu Iron Jeremy prezentuje w „Ghastly Obsession”. Potężny riff, agresywne partie gitar i doskonale wyważone proporcje pomiędzy heavy, speed i thrash metalem sprawiają, iż utwór brzmi wręcz obłędnie. Nietrudno wychwycić tu echa Kreatora, Overkill czy klasycznej niemieckiej sceny metalowej.

Nie mniej imponująco wypada niezwykle melodyjny i zróżnicowany „The Executioner”. W jego strukturze można odnaleźć wpływy Stormwarrior czy wczesnego Helloween. To kolejny dopracowany do najmniejszych szczegółów killer, który pokazuje, jak dobrze Iron Slaught odnajduje się na styku agresji i melodyjności.

Na tym jednak emocje się nie kończą. Szczególne wrażenie robi bardziej rozbudowany i epicki „Soldier of Fortune”. Zespół eksploruje tutaj obszary heavy, speed i power metalu, tworząc utwór, który brzmi niczym zaginiony klasyk przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Ciarki wywołuje także rozpędzony „Condamné pour l’éternité”, oparty na zawrotnym tempie i bezkompromisowej agresji. To prawdziwa eksplozja energii i kolejny dowód na talent Iron Jeremy'ego.

Jednym z najdłuższych utworów na płycie jest „Charme Funeste”. Ponownie otrzymujemy bardziej epicką formę oraz bogatszą atmosferę. Kompozycja zachwyca rozmachem, świetnie prowadzonymi melodiami i znakomitym wyczuciem klimatu. Iron Slaught przekonuje tutaj do siebie nie tylko stylem, ale również dojrzałością kompozytorską. Dodatkowego uroku dodają partie wykonywane w języku francuskim.

Świetnie wypada również „Primal Conquest”, w którym słychać inspiracje NWOBHM oraz dokonaniami takich legend jak i . To utwór pełen przebojowości i doskonałego feelingu.

Finał albumu należy do „Fatal Retaliations”. Zespół po raz kolejny zachwyca jakością kompozycji, umiejętnie łącząc heavy, speed i thrash metal. To nie tylko kolejna porcja znakomitych riffów oraz gitarowych popisów, ale przede wszystkim muzyka tworzona z pasją, szczerością i autentyczną miłością do gatunku. Tak właśnie powinno się grać klasyczny metal.

Metallic Torments nie jest albumem, który zmieni historię metalu. Jest jednak czymś równie cennym – przypomnieniem, iż ten gatunek przez cały czas potrafi dostarczać czystej, nieskrępowanej energii. Iron Slaught nagrał płytę szczerą, bezpretensjonalną i niezwykle skuteczną. jeżeli szukacie muzyki pachnącej skórą, potem i rozgrzanymi lampami wzmacniaczy, trafiliście pod adekwatny adres. Speed metal w 2026 roku ma się znakomicie, a Metallic Torments jest tego kolejnym, bardzo mocnym dowodem.

Ocena: 9/10

Idź do oryginalnego materiału