Iron Lung – recenzja filmu. Zamknięci w metalowej trumnie

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

19 maja 2022 roku Markiplier opublikował na swoim kanale gameplay z gry Iron Lung. To właśnie ten film zapoczątkował głęboką fascynację, która z czasem przerodziła się w pierwszy pełnometrażowy film youtubera.

Iron Lung to produkcja, której nie stworzyło hollywoodzkie studio, ale jeden człowiek z pasją do gier i tworzenia filmów. Efektem jego ciężkiej pracy, 300 000 litrów sztucznej krwi oraz budżetu wynoszącego około 3 miliony dolarów jest napięta historia człowieka zamkniętego w żelaznej trumnie na obcej planecie, w oceanie pełnym krwi. Mimo niemal pewnego wyroku śmierci bohater robi wszystko, by odmienić swój los.

Zobacz również: Powrót do Silent Hill – recenzja filmu. Zagubieni we mgle…

Jednym z największych zaskoczeń, a zarazem największym atutem Iron Lung, jest jego strona produkcyjna. Bez udziału dużego studia spodziewałam się filmu, który nie zachwyci wizualnie, a będzie opierał się głównie na fabule. Jest jednak zupełnie odwrotnie. Warstwa wizualna filmu jest niezwykle dopracowana i interesująca. Mimo iż cała akcja rozgrywa się w jednym pomieszczeniu, produkcji udaje się uniknąć nudy. To trudne do osiągnięcia, co jeszcze bardziej zdumiewa – zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż jest to pierwszy tego typu projekt Markipliera. Zamiast znużenia film buduje poczucie strachu przed tym, co kryje się w otaczającym oceanie. Zarówno my, jak i główny bohater desperacko chcemy wyjrzeć poza statek. Brak wiedzy potęguje napięcie, które towarzyszy nam przez cały seans.

Strach przed nieznanym doskonale współgra z klaustrofobią, która naturalnie pojawia się, gdy jest się zespawanym wewnątrz metalowej puszki. Sceny takie jak przeciskanie się Simona pod kratami pokładu statku sprawiały, iż sama wstrzymywałam oddech, jakbym chciała oszczędzać powietrze. Jedynym krótkim momentem wytchnienia są chwile, gdy małe okno w SM-13 zostaje odsłonięte. To przemyślane zabiegi, które sprawiają, iż ponowne odebranie nam widoku na świat staje się jeszcze trudniejsze do zniesienia.

fot. kadr z filmu Iron Lung

Zobacz również: Od strasznego klauna do mitu grozy: jak To Stephena Kinga straszy nas od pokoleń

Sceneria oraz klimat Iron Lung dobrze odwzorowują materiał źródłowy. W samej grze nie dowiadujemy się jednak zbyt wiele o głównym bohaterze – i właśnie tym aspektem próbuje zająć się film. Markiplier starał się jednocześnie zachować tajemniczość misji oraz losu ludzkości poza statkiem, a także zbudować emocjonalną więź z protagonistą. Musiał w pewien sposób wzbudzić w widzu współczucie lub niechęć wobec Simona. Niestety film robi to dość nieudolnie. Otrzymujemy jedynie szczątkowe informacje o stanie świata po wydarzeniu zwanym The Quiet Rapture.

Powód skazania bohatera na taką misję również pozostaje niejasny. Pojawiają się przebitki ze wspomnień Simona dotyczące wydarzeń na Filament Station, ale nie są one na tyle konkretne, byśmy mogli zrozumieć, co tak naprawdę się tam stało. Film celowo omija sedno tych wydarzeń. W pewnym momencie pada choćby bezpośrednie pytanie: Co stało się na Filament Station?, na które Simon decyduje się nie odpowiadać. Uważam, iż gdybyśmy wiedzieli, za co skazano głównego bohatera, łatwiej byłoby wczuć się w jego los.

Podobnie niejasny pozostaje cel samej misji. Bohater nieustannie słyszy, iż to, co znajduje się w oceanie krwi, jest większe od niego – a choćby od całej ludzkości – jednak faktyczny sens misji pozostaje niewyjaśniony. W pewnym momencie eksploracja nowej planety przeradza się w zadanie odzyskania informacji z wraku statku SM-8. Słyszymy, jak istotna jest ta misja, ale trudno zrozumieć, dlaczego wysłano jednego z ostatnich żyjących ludzi na obcą planetę bez jasno określonego celu. Iron Lung próbuje być tajemniczy i faktycznie skłania widza do zadawania pytań, jednak jednocześnie traci na spójności fabularnej, mimo dużego potencjału historii.

fot. kadr z filmu Iron Lung

Zobacz również: Good Boy – recenzja filmu. Horror oczami psa

Iron Lung to gra trudna do adaptacji filmowej, a dla niektórych jej rozgrywka może wydawać się momentami monotonna. Markiplier podjął się wymagającego projektu i udało mu się stworzyć dzieło, które pod względem wizualnym potrafi konkurować choćby z niektórymi hollywoodzkimi produkcjami. Choć fabularnie film ma pewne niedociągnięcia, skutecznie buduje strach w widzu. Nie znajdziemy tu tanich jumpscare’ów – zamiast tego napięcie utrzymuje się przez cały czas trwania seansu.


fot główna: grafika własna

Idź do oryginalnego materiału