Idź stąd! Mówię ci, zmykaj! Co się tu pałętasz?! Pani Jadwiga Łukasiewicz postawiła z hukiem na stole pod rozłożystą jabłonią duży półmisek gorących pierogów i popchnęła chłopaka z sąsiedztwa. A sio! Kiedy twoja matka w końcu się tobą zajmie?! Leniuch i nicpon!
Chudy jak szczapa Karolek, którego naprawdę nikt nie wołał po imieniu, bo wszyscy już dawno przywykli do jego przezwiska, spojrzał na srogą sąsiadkę i powlokł się do swojego ganku.
Ogromny dom, podzielony na kilka mieszkań, był częściowo zaludniony. Mieszkały tu adekwatnie dwie i pół rodziny: Nowakowie, Dąbrowscy i Wiśniewscy Irena z Karolkiem.
Ostatni byli tą połówką, której raczej nie brano pod uwagę i woleli ignorować, o ile nie pojawiała się jakaś pilna potrzeba. Irena nie uchodziła za istotną osobę, więc i czasu w nią nikt nie marnował.
Irena miała tylko syna. Ani męża, ani rodziców. Radziła sobie jak umiała, a ludzie patrzyli na nią krzywo, choć nie zaczepiali, chyba iż musieli przegonić Karolka, którego zwali Konikiem za jego chude, długie nogi i ręce oraz głowę, która nie wiedzieć jak trzymała się na cienkiej szyi.
Konik był bardzo niepozorny, nieśmiały, ale miał złote serce. Nie mógł przejść obojętnie obok płaczącego dziecka, od razu pocieszał, za co często spotykały go złośliwości od matek, które nie chciały, by Straszydło bawiło się koło ich pociech.
Kim jest Straszydło, Karolek dowiedział się dopiero, gdy mama podarowała mu książkę o Dorotce. Wtedy już zrozumiał, czemu go tak wołają.
Ale nie zamierzał się obrażać. Uznał, iż skoro tak nazywają, to znaczy, iż czytali tę książkę i wiedzą, iż Straszydło był mądry i dobry, wszystkim pomagał, a na końcu został władcą pięknego miasta.
Irena, słysząc wnioski syna, nie poprawiała go. Uznała, iż nie będzie nic złego, jeżeli chłopiec będzie wierzył w dobroć ludzi.
Świat i tak jest pełen zła, a jej syn jeszcze zdąży się napatrzeć na zło. Niech chociaż dzieciństwo ma szczęśliwe
Irena kochała syna bez granic. Przebaczyła ojcu Karolka jego odejście i zdradę, samotnie wzięła na barki swój los, kończąc kłótnię z położną, która coś przebąkiwała, iż dziecko nie takie.
Nie wymyślajcie! Mój syn jest najpiękniejszym dzieckiem na świecie!
Nikt nie mówi tylko już rozumnym to nie będzie
Jeszcze zobaczymy! głaskała buzię synka i płakała.
Przez pierwsze dwa lata jeździła z Karolkiem po lekarzach i dopięła swego chłopcem ktoś się wreszcie poważnie zajął. Jeździła do Poznania, trzęsącym się autobusem, mocno przytulając zamotanego po uszy synka.
Litościwe spojrzenia ignorowała, a jeżeli ktoś chciał doradzać lub ją uspokajać, zmieniała się w lwicę:
Oddaj swojego do domu dziecka! Nie chcesz? No to daj mi spokój! Sama wiem, co robić!
Przed drugimi urodzinami Karolek wyrównał rozwój i prawie nie różnił się od innych dzieci. Ale piękny nie był. Duża głowa, chude rączki i nóżki, szczupłość, z którą Irena walczyła na wszelkie możliwe sposoby.
Odbierając sobie, synowi oddawała wszystko, co najlepsze i to przyniosło efekty. Lekarze już prawie nie zawracali sobie nim głowy, a tylko kiwali nią ze zdziwieniem, patrząc, jak drobna, jak wróżka, Irena ściska swojego Karolka-Konika.
Takich matek to ze świecą szukać! A przecież mu groziła niepełnosprawność! Patrzcie na niego heros, mądrala!
Mój synek właśnie taki jest!
Tak, ale tobie, Irenko, to się należą brawa! Jesteś wyjątkowa!
Irena wzruszała ramionami, nie rozumiejąc komplementów.
Czy matka nie powinna kochać i dbać o syna? Gdzie tu zasługa? Robi swoje, jak każda
Gdy Karolek miał iść do pierwszej klasy, czytał, pisał i liczył, choć trochę się jąkał. To często niweczyło jego talenty.
Karolku, dość już, dziękuję! przerywała mu nauczycielka i przekazywała czytanie komuś innemu.
Potem narzekała w pokoju nauczycielskim, iż chłopak zdolny, ale słuchanie jego odpowiedzi jest niemożliwe. Na szczęście dla Karolka, wytrzymała w szkole tylko dwa lata. Wyszła za mąż i poszła na urlop macierzyński, a klasę przejęła inna nauczycielka.
Pani Maria Kwiatkowska była już starsza, ale trzymała dyscyplinę i kochała dzieci tak jak na początku kariery. gwałtownie zorientowała się, z kim ma do czynienia. Porozmawiała z Ireną i wysłała ją z Karolkiem do logopedy, a zadania prosiła robić pisemnie.
Tak ładnie piszesz! Aż miło czytać!
Karolek pęczniał z dumy, a pani Maria czytała jego odpowiedzi na głos całej klasie.
Irena płakała ze wzruszenia i najchętniej całowała by ręce pani Marii, ale ona prędko to ucięła:
Zwariowała pani!? To moja praca. Chłopak jest cudowny i wszystko mu się ułoży. Zobaczy pani!
Karolek biegł do szkoły podskakując, czym bawił sąsiadów.
O, nasz Konik już poskakał, to i my czas na dyżur! śmiali się.
Co myśleli ludzie o Irenie i jej synu, wiedziała dobrze, nie wdawała się jednak w kłótnie. Uznała, iż jeżeli człowiek nie ma w sercu ani trochę empatii, to i tak się nic nie wskóra.
Szkoda marnować czas, lepiej podlewać róże albo dosadzać kolejną przy wejściu.
Wielkie podwórko, z klombami pod każdym oknem i małym ogródkiem z tyłu, nie było ogrodzone, ale istniała niepisana zasada, iż kącik przy ganku należy do mieszkania, do którego prowadzą schody.
Kącik Ireny był najładniejszy. Kwitły tu róże, rosł duży krzak bzu, a schody wyłożyła potłuczonymi kafelkami, które wyprosiła u dyrektora domu kultury, gdzie trwał remont. Kafelki iskrzyły się na słońcu jak skarby.
Dajcie mi je! wpadła do gabinetu dyrektora.
Co chcesz?
Kafelki! Dla mnie!
Dyrektor się roześmiał, ale pozwolił. Irena, pożyczając od sąsiadów taczkę, do nocy wybierała odpowiednie kawałki.
Potem paradowała przez wieś z taczką, w której siedział dumny Konik.
Na co komu ten złom? dziwiły się sąsiadki.
Ale po kilku tygodniach wszystkie stały w osłupieniu, patrząc, co Irena stworzyła z tych kawałków…
Nigdy nie była w muzeum ani za granicą. Nie widziała greckich fresków, nie znała bizantyjskich świątyń. Ale miała wyczucie i schodki, które ułożyła, stały się dziełem sztuki, na które przychodziła patrzeć cała wieś.
Popatrz, arcydzieło!
Irena nie reagowała na zachwyty. Najważniejszy był dla niej tylko syn:
Mamo, jakie to piękne…
Siedząc na schodku, Karolek przesuwał palcem po mozaice był w niebie. Irena znów płakała.
Jedyna prawdziwa euforia w jego życiu… W szkole najwyżej ktoś go pochwalił, mama ugotowała coś pysznego i utuliła.
Przyjaciół Konik prawie nie miał, nie nadążał za chłopakami, wolał czytać niż grać w piłkę. Dziewczynki trzymały się z daleka, szczególnie mała rozrabiara sąsiadka Jadwiga, z trzema wnuczkami pięcioletnią, siedmioletnią i dwunastoletnią.
Nie podchodź nawet! groziła mu palcem. Nie dla ciebie te jagódki!
Co siedziało w jej głowie, nikt nie wiedział, ale Irena nakazała synowi nie plątać się pod nogami Jadwigi.
Nie ma sensu jej zdenerwować. Jeszcze zachoruje
Konik się zgadzał i trzymał się z dala od sąsiadki.
To i tego dnia, gdy Jadwiga szykowała się do święta, tylko przechodził obok nie zamierzał brać udziału w zabawie.
O, moje ciężkie grzechy! westchnęła Jadwiga, przykrywając wielki półmisek haftowaną serwetą. Jeszcze powiedzą, iż jestem skąpa! Poczekaj!
Wybrała kilka pierogów i dogoniła chłopca.
Masz! I żeby mi cię na podwórku nie było! U nas święto! Siedź cicho do powrotu mamy! Rozumiesz?
Karolek pokiwał głową, dziękując, ale Jadwiga już była myślami przy czym innym. niedługo miały przyjechać dzieci, rodzina, czas zacząć świętowanie a jeszcze nie wszystko gotowe. Najmłodsza wnuczka, Basia, miała urodziny, a syn sąsiadki, wątły, wielkogłowy Karolek-Konik, był jej do niczego niepotrzebny!
Po co dzieci straszyć takim wyłupiastym! Będą źle spały! Jadwiga westchnęła, przypominając sobie, jak odradzała sąsiadce zostawienie dziecka.
Gdzie ci, Irena, dziecko?! Po co ci to?! Nie dasz rady. Zmarnuje się i tyle!
Widziałaś mnie kiedyś z kieliszkiem w ręku?
To nic nie znaczy! W twojej biedzie tylko jedno cię czeka. Ani tobie rodzice nie dali, ani dziecku nie dasz! Nie wiesz co to znaczy być matką! Oddaj, póki możesz!
I nie wstyd ci takich rzeczy mówić?! Sama matka jesteś!
Ja dla swoich wszystko! A ty co mu dasz? Nic! Pomyśl!
Irena od tej pory przestała ją witać. Chodziła z dumnym brzuchem, choćby nie zerkając na sąsiadkę.
No i złościsz się na mnie, głupia… Przecież ci dobrze radzę! kręciła głową Jadwiga.
Twoje dobro śmierdzi! A ja mam mdłości! burknęła Irena, głaszcząc brzuch i uspokajając jeszcze nienarodzonego Konika. Nie bój się, maleńki, nikt cię nie skrzywdzi!
O tym, co i kto mu zrobił przez niecałe osiem lat życia, Karolek nigdy mamie nie mówił. Oszczędzał ją jeżeli mocno go skrzywdzono popłakał w kącie, ale milczał. Wiedział, iż mama by przejęła się stokroć bardziej. Żale spływały po nim jak po kaczce, bez goryczy czy złości. Łzy dziecka zmywały go całkowicie, a po pół godzinie już choćby nie pamiętał, kto i co mu powiedział tylko żal mu było dorosłych, którzy nie rozumieją prostych rzeczy.
Bez żalu i złości żyje się lżej…
Karolek przestał się Jadwigi bać, ale nie przepadał za nią. Zawsze gdy groziła mu palcem i rzucała ostre, raniące słowa, uciekał daleko, by nie widzieć jej złych oczu i nie słyszeć ostrych jak brzytwa uwag. Gdyby zapytała, co naprawdę o niej myśli, zdziwiłaby się ogromnie.
Karolek jej żałował. Szczerze i po prostu. Żal mu było kobiety marnującej minuty na zło.
Minuty Karolek cenił najbardziej na świecie. Zrozumiał, iż nie ma nic cenniejszego; wszystko można odzyskać, naprawić tylko czasu nie.
Tik-tak! powie zegar.
I już
Nie ma minuty! Chwytaj nie złapiesz! Zniknęła Nie odzyskasz, nie kupisz za żadne pieniądze ani za najpiękniejszy papierek po cukierku.
A dorośli tego nie pojmują
Usiadłszy na parapecie swojego pokoju, Karolek gryzł pieroga, patrząc, jak na łące za domem biegają wnuczki Jadwigi i dzieci, które przyszły na urodziny Basi. Solenizantka mknęła w różowej sukience, a Karolek patrzył na nią jak zahipnotyzowany, wyobrażając ją sobie księżniczką lub wróżką z bajki.
Dorośli świętowali przy stole przy ganku Jadwigi, a dzieci, pobawiwszy się trochę, poleciały grać w piłkę pod starym wiaduktem, gdzie było więcej miejsca.
Karolek, gdy tylko dzieciaki wyleciały na łąkę, wybiegł do pokoju mamy. Z okna tej izby widać było wszystko jak na dłoni, oglądał grę i cieszył się szczęściem innych.
W pewnej chwili zauważył, iż dziewczynka w różowej sukience kręci się przy starym wiadukcie. Przypomniał sobie ostrzeżenia mamy.
Tam jest niebezpiecznie, Karolku! Wiadukt jest stary, zbutwiałe deski, połamane poręcze. jeżeli wpadniesz, nikt nie usłyszy! Pamiętaj, nie wolno ci tam iść!
Nie pójdę!
Moment, gdy Basia się poślizgnęła i zniknęła z oczu, Karolek przegapił. Zapatrzył się na inne dzieci, a gdy spojrzał znowu, różowej plamki już nie było.
Karolek wypadł na ganek, rozejrzał się Basi nie ma też przy stole dorosłych…
Czemu nie krzyknął, nie poprosił o pomoc, sam nie wiedział. Pognał na tyły domu na złamanie karku, nie słysząc nawet, jak Jadwiga krzyczy za nim:
Kazałam ci w domu siedzieć!
Dzieciaków nie interesował los Basi, choćby nie zauważyli jej nieobecności. Tak samo jak nie zauważyli Karolka, gdy dopadł do krawędzi wiaduktu i dostrzegł gdzieś w dole jasny kształt, krzyknął:
Trzymaj się brzegu!
Nie chcąc jej przestraszyć, Karolek położył się na brzegu, spuścił nogi i zsuwając się po próchniejących deskach, zanurzył się w ciemność.
Skoczył z myślą, iż Basia nie umie pływać.
Wiedział, bo nie raz brodzili na płytkiej wodzie na plaży, a Jadwiga złościła się, próbując nauczyć wnuczkę pływać.
Basia do dziś nie umie pływać, a Karolka bała się przez babcię. Ale, kiedy dała się wciągnąć, obiema rękami złapała chudego Konika za szyję.
Już dobrze, nie bój się! Jestem! Trzymaj się, będę wołał o pomoc!
Jego ręce ślizgały się po śliskich deskach, Basia ciągnęła na dno, ale Karolek zebrał powietrze i krzyknął, ile tchu:
Pomocy!
Nie wiedział, iż dzieci zniknęły z łąki tuż po tym, gdy ciemna woda pochłonęła go. Nie wiedział, czy starczy mu sił, nim przyjdzie pomoc. Wiedział tylko jedno mała śmieszna dziewczynka w różowej sukience musi żyć. Bo takiej jak jej uroda, tak samo jak minut nie jest na świecie zbyt wiele.
Słyszano go dopiero po chwili.
Jadwiga wynosiła półmisek z pieczoną gęsią, rozglądnęła się za wnuczką i zamarła:
Gdzie jest Basia?!
Goście, już dobrze podkręceni wódką, długo nie rozumieli, czemu pani domu wpadła w histerię. Ale w końcu wszyscy rzucili się na poszukiwania.
A Karolek, coraz słabszy, raz jeszcze wykrztusił:
Mamo…
Irena, wracająca z pracy, nagle przyspieszyła kroku, zapomniawszy choćby o zakupach. Przeleciała obok sklepiku, nie witając się z sąsiadkami, które tradycyjnie obrabiały plotki na ławce, i pobiegła do domu, czując, iż właśnie w tej chwili trzeba biec co tchu.
Na podwórko wbiegła, gdy Jadwiga osunęła się na schodki z sercem w dłoni. Nie wiedząc jeszcze, co się stało, Irena pognała na tyły domu i usłyszała głos syna.
Tu jestem, mamusiu!
Nie musiała się zastanawiać, skąd głos. Od lat bała się tego nieszczęsnego wiaduktu, nie raz błagała w urzędzie gminy o zabezpieczenie bez skutku. Postawiony przez nią lichy płotek nic nie daje nikogo nie obchodzi los dzieci
Nie było czasu w myślenie. Irena pobiegła po sznur do suszenia bielizny, wyskoczyła z nim na ganek i wrzasnęła:
Pomóżcie! Trzymajcie linę!
Na szczęście jeden z zięciów Jadwigi był dość przytomny, żeby zrozumieć, o co chodzi. Zawiązał mocny węzeł, opleciono Irenę i opuścili ją w dół.
Basię chwyciła od razu. Dziewczynka objęła ją za szyję, niemal od razu osunęła się bezwładnie i tuliła do Ireny. Strach sparaliżował matkę.
Syna nie mogła znaleźć, krzyczała do utraty tchu:
Boże! Nie zabieraj mi go!
Bezwładną ręką szukała w ciemnej wodzie. Uderzał ją strach i rozpacz, przerażający moment ale musiała dalej.
Błagam…
W końcu poczuła coś cienkiego chwyciła Konika, wyciągnęła syna, bała się myśleć, czy Karolek żyje. Krzyknęła najgłośniej, jak mogła:
Wyciągajcie!
W górze usłyszała tylko ochrypłe:
Mamo…
Karolek po prawie dwóch tygodniach szpitala wrócił do wsi jako bohater.
Basię wypisano szybciej. Trochę się podławiła wodą, bała się okropnie, ale poza kilkoma zadrapaniami i podartą sukienką była zdrowa.
Karolek ucierpiał bardziej. Złamane nadgarstek, ciężko oddychał, ale mama była przy nim, a strach o Basię mijał dziewczynka i jej bliscy odwiedzali go w szpitalu. Karolek po prostu cieszył się, iż wraca do domu do swoich książek i ukochanego kota.
Mój złoty chłopczyku! Ach, jakby nie ty… płakała Jadwiga, obejmując opalonego Karolka. Wszystko, co chcesz!
Po co? Karolek wzruszył szczupłym ramieniem. Zrobiłem, co trzeba. Czy nie jestem mężczyzną?
Jadwiga nie wiedziała, co odpowiedzieć, znów go tylko przytuliła, choćby nie podejrzewając, iż ten chudy, niezgrabny chłopak, który już zawsze będzie Konikiem, za parę lat poprowadzi ambulans pełen rannych pod ostrzałem. A potem nie zważając, czyj to człowiek będzie ratował każdego, kto tak jak on kiedyś, wołał: Mamo
Gdy ktoś spyta, czemu to robi przecież sam nie był traktowany dobrze? Karolek odpowie krótko:
Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest słusznie!
***
Drogi Pamiętniku,
Matczyna miłość naprawdę nie zna granic. Irena, mimo wszystkich trudności i uprzedzeń, kochała mnie bezgranicznie. Jej wiara we mnie i upór pozwoliły mi wyrosnąć na dobrego, wrażliwego człowieka. Dobroć i odwaga są prawdziwą wartością człowieka to nie wygląd, ale serce ma znaczenie. Każdy ma chwilę, w której może zrobić coś, co zmieni życie, nie tylko swoje.
Ludzie, którzy mnie nie akceptowali, przekonali się dopiero, gdy uratowałem komuś życie. Przestałem się gniewać i żałowałem tych, którzy marnują swój czas na złość. Przekonałem się, iż choćby najmniejsza chwila może być najcenniejsza trzeba ją przeżyć z dobrocią. choćby jeżeli kiedyś cię nie rozumiano, nie warto nosić w sobie żalu. Życzliwość rodzi życzliwość, a najpiękniejsze rzeczy rodzą się z serca.
Dziś wiem, iż tak trzeba żyć robić to, co słuszne, bez względu na wszystko. To najlepszy sposób, żeby naprawdę być szczęśliwym.






