Postać lodziarza, kultowa głównie w Stanach Zjednoczonych, miała już swoje pięć minut w horrorze w latach dziewięćdziesiątych. Film Paula Normana z 1995 roku nie okazał się jednak warty zapamiętania. Od tamtego czasu horror w roli antagonisty umieszczał chyba każdą postać, która mogłaby nam przyjść na myśl. Powrócił również i on – Ice Cream Man – tym razem w najnowszej produkcji Eliego Rotha.
Niestety i tym razem nie dostaliśmy produkcji, o której będziemy długo pamiętać. A już na pewno nie w pozytywnym świetle. Początek Ice Cream Man nie zapowiadał jednak aż tak złego doświadczenia i zdecydowanie jest to najlepszy moment filmu. Miasteczko Bayleen Bay jawi nam się jako najspokojniejsze i najprzyjemniejsze miejsce na świecie. W tej małej mieścinie wszystkie dzieciaki się znają, a słoneczne popołudnia spędzają na wspólnej grze w baseball. Dopełnieniem tej scenerii jest samochód lodziarza, który, przejeżdżając obok parku, natychmiast pochłania uwagę wszystkich dzieciaków. Poznajemy tutaj głównego bohatera, Jareda, któremu od tej pory będziemy towarzyszyli aż do końca filmu. Jako jedno z nielicznych dzieci nie zjada smakołyków, które rozdaje nieco niepokojący lodziarz. Im dłużej furgonetka przebywa na drogach Bayleen Bay, tym budzi ona większy niepokój młodego chłopaka. Jego odczucia okazują się słuszne. Podarowane lody zamieniają dzieciaki w bezmyślne istoty, które tylko czekają na sygnał, aby rozpętać w miasteczku krwawe piekło.
Być może z tym najprzyjemniejszym miejscem na świecie trochę przesadziłem. Dzieciaki potrafią dać w kość, czego doświadcza Jared. Słowne konfrontacje z gnębiącym go Elliotem wypadają w większości naturalnie. Tak samo jak zwyczajne rozmowy pomiędzy rówieśnikami. Sporo tu przekleństw, wulgarnego humoru, ale w rezultacie ich interakcje nie są tak sztuczne jak zdarzają się być w innych produkcjach z dziećmi w roli głównej. Widać zresztą, iż aktorzy czuli się na planie zdjęciowym dobrze i całość z pewnością była dla nich ekscytującym doświadczeniem. niedługo nastaje noc, a wraz z nią dochodzi do pierwszych morderstw. Twórcy wpadają na najbardziej chore pomysły i nie oszczędzają nam widoku odcinanych kończyn i rozrywanych ciał. W ruch idą noże, a później również plecaki, ołówki, ciężkie encyklopedie. Wszystko to oczywiście efekty praktyczne. Twórcy nie idą jednak w realizm rodem z Piły, a bardziej w kicz i tandetę pełną gumowych rekwizytów. Całość pięknie dopełnia idiotyczne zachowanie większości z mordowanych dorosłych.
Główna część akcji to próba wydostania się Jareda i dwójki innych ocalałych ze szkoły okupowanej przez oszalałych rówieśników. Ice Cream Man to w zasadzie połączenie klasycznego filmu o zombie z Inwazją Porywaczy Ciał. Zresztą, gdyby ilość nawiązań do klasyków horroru decydowała o jakości filmu, byłby to jeden z najlepszych w tym roku. Mrugnięcia okiem do fanów kina grozy to za mało. Całość produkcji to po prostu przestrzeń, w której Eli Roth chce umieścić jak najwięcej najbardziej wymyślnych tortur i scen morderstw, przy których młodzi aktorzy będą się świetnie bawić. Przypomina to projekt tworzony z myślą o lokalnej społeczności, przy którym liczy się tylko to, aby najmłodsi dobrze spędzili czas. Odczucie potęguje amatorska realizacja. Kamera albo zamiera w bezruchu, albo trzęsie się jak gdyby niesiona przez jednego z nieletnich aktorów. Dodatkowo całość skąpana jest w odpychającym żółtym filtrze, który zlewa wszystko w jednolitą papkę i atakuje widza od pierwszych minut.
Kadr ze zwiastunaNajwiększym mankamentem jest scenariusz. o ile tylko jeden film miałby zostać określony jako spisany na kolanie, byłby to właśnie Ice Cream Man. Obok głównego wątku śledzimy również siostrę Jareda, Lizzie. Z racji, iż jest nieco starsza, lody zadziałały na nią trochę inaczej. Scenariuszowi jest to potrzebne do jednej sceny, w której siłuje się ze swoimi rękami, nad którymi straciła władzę. Być może byłoby to zabawne, gdyby nie fakt, iż cały jej wątek nie wnosi absolutnie nic i twórcy nie mieli na niego żadnego pomysłu. Do pakietu dostajemy jej byłego chłopaka, jedną z najbardziej irytujących postaci, z najgorszymi żartami w całym filmie. Nieco czasu scenarzyści poświęcili również Lodziarzowi, postanawiając rozbudować jego historię. I napiszę tylko tyle: byłoby lepiej, gdyby nam tego oszczędzili. Nie pomaga fakt, iż antagonista sam w sobie jest nieciekawy. Niby twórcy mają jakiś pomysł na jego kreację, ale wypada to po prostu słabo.
Gwoździem do trumny jest zakończenie. Po raz kolejny pojawiło się uczucie obcowania z produktem amatorskim. Gdy zobaczyłem napisy końcowe, miałem wrażenie, iż obejrzałem jedynie bardzo krwawy i rozbudowany koncept na film. Swego rodzaju pilot, który miałby zachęcić ewentualnych producentów. Dodatkowo finał jest tak smutny i bezsensownie dołujący. Żal ci tych bohaterów i tego, iż spędziłeś z nimi tyle czasu. Rozumiem, iż nie każda historia musi mieć szczęśliwe zakończenie. Ale to coś zupełnie innego. Ponury żart, który pogrzebał resztki frajdy z początku filmu. Tym bardziej nie dowierzam, gdy słyszę, iż Ice Cream Man, to projekt, nad którym Eli Roth myślał przez ostatnie 20 lat. Rozumiem, iż to swego rodzaju spełnienie marzeń i zrealizowanie szalonego pomysłu w większości za swoje pieniądze i na własnych warunkach. Każdy z nas to doceni. Szkoda tylko, iż swoboda w działaniu nie poszła w parze z jakością i lepszą realizacją.
Kadr ze zwiastunaWierzę, iż aktorzy i twórcy bawili się świetnie na planie zdjęciowym. Wszystkie te brutalne i szalone sceny musiały sprawić zarówno dzieciakom, jak i reżyserowi masę euforii podczas ich realizacji. Szczególnie słychać to w wywiadach z samym Elim Rothem, który niezwykle entuzjastycznie wypowiada się o pracy z młodymi aktorami. Twórca bardzo chętnie dzieli się ciekawostkami i anegdotami związanymi z realizacją projektu. Mam wrażenie, iż zapoznanie się z nimi jest dużo lepszą rozrywką niż obejrzenie Ice Cream Mana. Cała ta pozytywna energia została na planie filmowym i nie dotarła do widzów, a przynajmniej nie do mnie. Dobry początek, który bardzo gwałtownie przegrywa w starciu z nieudolną próbą wciągnięcia nas w nieangażującą historię. Do tego beznadziejne zakończenie, które niweczy cały wcześniejszy wysiłek twórców. Na sam koniec wisienka na torcie w postaci wykorzystania AI do zrealizowania kilku scen, co jeszcze bardziej pogarsza odbiór. Darujcie sobie wizytę w kinie. Zamiast tego wybierzcie się na lody.
fot. główna: kadr ze zwiastuna
















