ICARUS - Rising from the ashes (2026)

powermetal-warrior.blogspot.com 2 godzin temu

Po niemal trzech dekadach działalności w cieniu undergroundu peruwiański Icarus wreszcie doczekał się pełnoprawnego debiutu. „Rising from the Ashes” to nie tylko album – to symboliczny powrót do życia zespołu, który przez lata pozostawał jedynie ciekawostką dla najbardziej oddanych fanów power metalu. Efekt końcowy pokazuje jednak, iż na niektóre płyty warto czekać bardzo długo.

To album skierowany do fanów melodyjnego power metalu spod znaku Helloween, Insanii, Edguy czy Gamma Ray. Miłośnicy klasycznego power metalu będą zachwyceni.

Muzycznie album jest głęboko zakorzeniony w europejskim power metalu końca lat 90. Nietrudno usłyszeć inspiracje Helloween czy wczesną Angrą, ale Icarus nie ogranicza się do kopiowania swoich mistrzów. Dużą rolę odgrywają tu neoklasyczne melodie, rozbudowane partie gitarowe i wyraźny nacisk na chwytliwe kompozycje zamiast technicznych popisów dla samego efektu. Zespół stawia przede wszystkim na melodyjność i przebojowy charakter utworów.

Mocną stroną wydawnictwa jest również produkcja. Materiał, którego korzenie sięgają choćby początku XXI wieku, brzmi świeżo i nowocześnie. Wokal Luisa Jíbaji Segury imponuje skalą i ekspresją, momentami przywodząc na myśl Michaela Kiskego czy André Matosa. Jego głos jest wręcz idealnie dopasowany do stylistyki, w jakiej porusza się zespół. Sekcja rytmiczna dodaje kompozycjom odpowiedniego ciężaru, dzięki czemu album nie wpada w pułapkę przesadnej cukierkowości, która często dotyka współczesny power metal. Filarem zespołu jest duet gitarowy Parra/Martin. Muzycy stawiają na klasyczne rozwiązania i efektowne solówki ocierające się o neoklasyczne klimaty.

Na pierwszy ogień idzie „Hero of the Light” – hołd dla klasycznego power metalu lat 90. To wyraźny ukłon w stronę dokonań Helloween czy Edguy. Utwór znakomicie definiuje styl zespołu oraz jakość materiału zawartego na albumie.

Klimaty Iron Mask można wyczuć w rozpędzonym „Fury of Angels”, gdzie neoklasyczne zagrywki robią ogromne wrażenie. Nie zabrakło również przeboju o bardziej rockowym charakterze – „Immortal Warrior” doskonale sprawdza się w tej roli.

Duch starego Helloween i Insanii wybrzmiewa w dynamicznym „Power of My Steel”. To kolejny killer na płycie i przykład, jak grać power metal na najwyższym poziomie. Kompozycja brzmi niczym zaginiony klasyk z lat 90. Wpływy Gamma Ray i Angry można usłyszeć w melodyjnym „Carry On”. Brzmi to znajomo, ale w żadnym wypadku nie jest wadą. Zespół gra z pomysłem i skutecznie odświeża dobrze znaną formułę. Nieco więcej mroku znajdziemy w „Desert of Pain”, który stanowi wypadkową stylistyki Gamma Ray i Helloween. To właśnie gitarowe solówki należą do największych atutów całego albumu. Podobne emocje wywołuje rozpędzony „The One”, przywodzący na myśl najlepsze dokonania Stratovariusa. Muzycy prezentują wysoki poziom umiejętności, a instrumentalny „Revelations” jest tego najlepszym dowodem. Finał płyty stanowi „Icarus” – prawdziwy powermetalowy hymn. To klasyczny power metal utrzymany w duchu Helloween z czasów „Keeper of the Seven Keys”.

Największym osiągnięciem „Rising from the Ashes” jest jednak jego ponadczasowość. Choć wiele utworów powstało lata temu, nie sprawiają one wrażenia muzealnych eksponatów. To płyta, która przypomina, dlaczego klasyczny power metal zdobył tak wielu fanów – dzięki świetnym melodiom, emocjom i autentycznej pasji.

„Rising from the Ashes” to udany debiut spóźniony o dwadzieścia lat, ale właśnie dzięki temu brzmi jak list miłosny do złotej ery power metalu. Dla fanów gatunku jest to pozycja zdecydowanie godna uwagi.


Ocena : 8.5/10

Idź do oryginalnego materiału