
Ten film ma 2 h i 33 minuty. Czy widz da radę to wytrzymać?
Albo, czy nominacja do Oskara za najlepsze zdjęcia była zasłużona?
I gdzie się, u diabła, podziała warstwa komediowa?!
HARRY POTTER I KSIĄŻĘ PÓŁKRWI zaskakuje jednym, nieoczywistym elementem. Otóż: film płynie, pomimo iż ma dość duże wady fabularne. Ale może od początku…
Nasza ferajna spędza kolejny roczek w Hogwarcie i jest o tyle sympatycznie, iż wolno im już pić piwo. Jak zwykle kadra jest uzupełniana, a pani McGonagall (Maggie Smith) zadaje memowe pytanie: dlaczego zawsze, gdzie wy jesteście, zawsze się coś dzieje?!
No i właśnie, z tym dzianiem się w filmie to trochę tak na wyrost. Intryga jakby chciała, a nie mogła. Coś tam widać, iż Malfoy (Tom Felton) kombinuje z mrocznymi interesikami, ale coś tak niewyraźnie. Równie niewyraźnie się dzieje z tajemniczym podręcznikiem od magicznych mikstur. Znaleziony przez Pottera (Daniel Radcliffe)… no właśnie, poza tym, iż książka zdążyła mu się przysłużyć, to nic się nie dzieje.
W ogóle nic się nie dzieje, bo wpadliśmy w tryb opowieści obyczajowej, w której owszem, poznajemy rozterki młodych, ale wszelkie intrygi się zaczynają i rozpływają, jakby twórcom brakowało konkretnego pomysłu. Tak, niestety – brakuje energii fabularnej godnej poprzednika.
W kilku momentach się zaśmiałam i kilka brakowało, bym się wzruszyła na śmierci wiadomo kogo, ale się nie wzruszyłam. W ogóle ten film ma aż dwa zakończenia, ale nie męczą, jak w LOTR (filmowym).
I choć „HP i książę półkrwi” jest nagrany w ciemniejszych barwach, to jednak miło, iż akademia Oskarowa doceniła zdjęcia w tym dziele. Nie dlatego, iż są faktycznie miłe i ładne (a są!), tylko dlatego, iż ja też w jakiś sposób poddałam się ich urokowi.
Generalnie jest to film, który wciągniesz na oddechu, ale chwilę po seansie zapomnisz o nim.
PS.: I Broń Boże, nie zadawaj pytań, np. gdzie podziała się drużyna Pottera xD (ta, co trenowała w poprzednim odcinku).
PS.2: Dzień dobereł.




