Hollywood Vampires po raz trzeci w Polsce! Rockowe legendy zawładnęły Atlas Areną

strefamusicart.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: IMG_6416(1)


Są koncerty, na które idzie się przede wszystkim dla muzyki. Są też takie, na których sama obecność artystów na scenie jest wydarzeniem. Koncert Hollywood Vampires w łódzkiej Atlas Arenie zdecydowanie należał do tej drugiej kategorii. Alice Cooper, Joe Perry i Johnny Depp po raz trzeci odwiedzili Polskę i po raz kolejny pokazali, iż rockowa energia nie ma metryki.

Hollywood Vampires powstało w 2015 roku z inicjatywy Alice’a Coopera, Johnny’ego Deppa i Joe Perry’ego z Aerosmith. Sama nazwa zespołu nie jest przypadkowa nawiązuje do klubu, który Alice Cooper założył w latach 70. dla rockowych muzyków. Dziś formacja łączy własne utwory z klasykami, oddając hołd artystom, którzy na zawsze zapisali się w historii muzyki.

W Polsce pojawili się już po raz trzeci. Pierwszy koncert odbył się w czerwcu 2018 roku w warszawskim COS Torwar, następnie w lipcu 2023 roku zagrali w Dolinie Charlotty w Strzelinku. Tym razem przyszedł czas na Łódź i Atlas Arenę.

I trzeba przyznać – panowie przez cały czas potrafią zrobić show.

W Atlas Arenie pojawili się zarówno wieloletni fani rocka, jak i osoby, które po prostu chciały zobaczyć te nazwiska na jednej scenie. Nie zabrakło również tych, dla których największą atrakcją był oczywiście Johnny Depp. Nie będę ukrywać sama również chciałam zobaczyć go na żywo.

Frekwencja była naprawdę dobra. Choć pojedyncze miejsca pozostały wolne, zdecydowana większość hali została wypełniona publicznością. Już przed koncertem było czuć, iż tego wieczoru może wydarzyć się coś wyjątkowego.

Sama organizacja wydarzenia przebiegała bardzo sprawnie. Bramki otworzyły się około pół godziny później, niż pierwotnie planowano, ale nie wpłynęło to na dalszy przebieg koncertu. Osoby, którym zależało na dobrym miejscu, nie musiały przychodzić wiele godzin wcześniej. Wystarczyło pojawić się chwilę przed otwarciem i spokojnie można było znaleźć miejsce z naprawdę dobrym widokiem na scenę.

Zanim na scenie pojawili się główni bohaterowie wieczoru, publiczność rozgrzali Smolik i Kev Fox.

Może nie wszyscy pod sceną znali ich utwory, ale gwałtownie udało im się nawiązać kontakt z publicznością. Było klaskanie, były uśmiechy i przede wszystkim dobra atmosfera. Idealny początek wieczoru. A potem światła przygasły.

Hollywood Vampires rozpoczęli koncert kilka minut wcześniej, niż zakładano. Zanim jednak muzycy pojawili się na scenie, publiczność zobaczyła film zapowiadający ich wejście. Już wtedy można było poczuć, iż za chwilę wydarzy się coś dużego. Scena zaczęła wypełniać się dymem. I nagle pojawili się oni.

Pierwsze dźwięki „I Want My Now” i „Raise the Dead” od razu ustawiły odpowiedni klimat. Później Alice Cooper zabrał publiczność w podróż do swoich początków, wykonując „I’m Eighteen”. Nie zabrakło również „My Dead Drunk Friends” oraz „The Boogieman Surprise”. A później rozpoczęła się prawdziwa podróż przez historię rocka.

Johnny Depp stanął przy mikrofonie podczas „Venus in Furs” The Velvet Underground oraz „People Who Died” The Jim Carroll Band. Joe Perry otrzymał natomiast swój moment przy „You Can’t Put Your Arms Round a Memory” Johnny’ego Thundersa.

I choć oczywiście największą uwagę przyciągał Depp, gwałtownie można było zauważyć, iż każdy z muzyków ma tutaj swoje miejsce. Nie był to koncert jednej gwiazdy. To był zespół, w którym każdy dokładał swoją cegiełkę do całego widowiska.

Na scenie pojawił się również Chris Wyse, który zaprezentował swoje umiejętności podczas solowego popisu na basie. Chwilę później muzycy wrócili do wspólnego grania.

„Who’s Laughing Now”, „Livin’ on the Edge” Aerosmith, „Baba O’Riley” The Who czy „Bright Light Fright” każdy kolejny utwór przynosił coś innego.

Nie zabrakło również solówki Glena Sobela na perkusji, po której zabrzmiało „Beck’s Bolero” Jeffa Becka. I wtedy już naprawdę trudno było stać spokojnie.

Dalsza część koncertu była mieszanką największych rockowych klasyków. „Roadhouse Blues” The Doors, „The Death and Resurrection Show” Killing Joke, „Heroes” Davida Bowiego – na ten utwór czekałam najbardziej, „Highway to Hell” AC/DC – bardzo podobało mi się ich wykonanie czy „Walk This Way” Aerosmith.

Dużą część tych utworów publiczność znała doskonale, więc Atlas Arena niejednokrotnie śpiewała razem z muzykami.

Szczególnie ciekawie było podczas utworów, w których główny wokal przejmował Johnny Depp. Patrząc na niego na scenie, łatwo było zapomnieć, iż dla większości świata jest przede wszystkim jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów. Tutaj był po prostu gitarzystą, który robił to, co od zawsze było jego wielką pasją.

Historia Deppa jest zresztą naprawdę ciekawa. Zanim pojawiły się wielkie role filmowe, marzył przede wszystkim o karierze muzycznej. W wieku 16 lat rzucił szkołę i dołączył do zespołu The Kids. Grupa przeniosła się z Florydy do Los Angeles, gdzie zaczęła zdobywać coraz większą popularność i występowała jako support między innymi przed Talking Heads i B-52’s. Depp chciał zostać gitarzystą i gwiazdą rocka. Los chciał jednak inaczej. Przez przypadek trafił na casting do „Koszmaru z ulicy Wiązów”, dostał rolę i jego życie potoczyło się zupełnie inną drogą.

Muzyka jednak nigdy naprawdę go nie opuściła. I chyba właśnie dlatego oglądanie go na scenie z gitarą jest czymś zupełnie innym niż oglądanie kolejnego aktora próbującego swoich sił jako muzyk.

Ten wieczór miał jeszcze jeden wyjątkowy moment. 10 września swoje urodziny obchodził Joe Perry. W pewnym momencie na scenie pojawił się tort, a łódzka publiczność zrobiła mu małą niespodziankę. Najpierw zabrzmiało „Happy Birthday”, a później polskie „Sto lat”. Był to jeden z tych momentów, które nie są zaplanowanym elementem wielkiego widowiska, a właśnie dlatego zostają w pamięci. Perry wyglądał na wyraźnie zadowolonego, a publiczność z przyjemnością włączyła się w świętowanie.

Kiedy wydawało się, iż koncert powoli dobiega końca, muzycy sięgnęli jeszcze po „School’s Out” Alice’a Coopera połączone z „Another Brick in the Wall, Part 2” Pink Floyd. Na sam koniec zabrzmiało „The Train Kept A-Rollin’” Tiny’ego Bradshawa. I tym utworem Hollywood Vampires zakończyli swój łódzki wieczór.

Światła, nagłośnienie, scenografia, dym i wszystkie elementy dodatkowe były przygotowane na bardzo wysokim poziomie. Ale chyba nie one zrobiły na mnie największe wrażenie. Najbardziej zapamiętam kontakt z publicznością.

Spojrzenia, gesty, uśmiechy, krótkie reakcje między muzykami. Było w tym coś bardzo naturalnego. Bez niepotrzebnego dystansu i bez poczucia, iż oglądamy odległe gwiazdy zamknięte na scenie. Była za to energia, doświadczenie i przede wszystkim ogromna miłość do muzyki. I chyba właśnie dlatego, mimo iż większość repertuaru stanowiły covery, trudno było się nudzić. Przy takich nazwiskach i takich utworach po prostu nie było na to miejsca.

Do tego dochodził Johnny Depp, Alice Cooper, Joe Perry i cała historia rocka, którą przez te prawie dwie godziny można było usłyszeć na żywo.

Czy osoby, które przyszły przede wszystkim dla Deppa, mogły wyjść rozczarowane? Zdecydowanie nie.

Czy fani rocka mieli na co czekać? Zdecydowanie tak.

Hollywood Vampires po raz trzeci odwiedzili Polskę i po raz kolejny pokazali, iż rock naprawdę nie zna wieku. A Łódź dostała tego wieczoru kawał naprawdę dobrego, starego rock’n’rolla. Mam nadzieję, iż Panowie gwałtownie do nas wrócą!

Lara (@_malaladypunk)

Idź do oryginalnego materiału