Hollywood Rose w Falconie – węgierski hołd dla Guns N’ Roses rozgrzał warszawską niedzielę

strefamusicart.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: Hollywood Rose, Falcon Club, 22.03 (90)


Drugi dzień (22.03.2026) kalendarzowej wiosny przywitał Warszawę naprawdę przyjemną aurą. W ciągu dnia było ciepło, wręcz spacerowo, a wieczorem zrobiło się tylko odrobinę chłodniej – wciąż jednak na tyle komfortowo, iż można było spokojnie wybrać się na koncert bez zimowych kurtek. A powód był całkiem solidny: w klubie Falcon na warszawskiej Białołęce występował Hollywood Rose – węgierski tribute band Guns N’ Roses.

Sama nazwa zespołu nie jest przypadkowa. Hollywood Rose to przecież jedna z pierwszych nazw kapeli zakładanej jeszcze w połowie lat 80. przez Axla Rose’a i Izzy’ego Stradlina, zanim świat poznał ją jako Guns N’ Roses. Można więc powiedzieć, iż Węgrzy sięgnęli do samych korzeni historii jednego z najważniejszych zespołów hardrockowych w dziejach.

Dla mnie był to koncert z dodatkowym kontekstem sentymentalnym. Guns N’ Roses słucham adekwatnie od dzieciaka, więc byłem bardzo ciekawy, jak to wszystko zabrzmi na żywo w wykonaniu tribute bandu. Tego typu projekty potrafią być bardzo różne – od świetnych, niemal koncertowych rekonstrukcji, po dość luźne interpretacje. Tym bardziej interesowało mnie, w którą stronę pójdzie Hollywood Rose.

Muzycy wyszli na scenę i adekwatnie jeszcze zanim zabrzmiała pierwsza nuta, można było bez trudu zgadnąć, kogo coverują. Dwaj gitarzyści wizualnie przywoływali skojarzenia ze Slashem i Izzym Stradlinem, a wokalista – z młodszą, choć nieco bardziej „przytytą” wersją Axla Rose’a. Stylizacje, gesty, sceniczna energia – wszystko było bardzo czytelne dla wszystkich, kto choć trochę zna historię zespołu z Los Angeles.

Koncert rozpoczął się klasycznie – od „It’s So Easy”, które od razu ustawiło klimat wieczoru. Potem przyszła pora na „Welcome to the Jungle” i już było wiadomo, iż publika nie zamierza stać z założonymi rękami. Dalej poleciały „Out Ta Get Me” i „Estranged”, a następnie „You Could Be Mine”, które zawsze świetnie działa na żywo dzięki swojej energii.

Jednym z bardziej klimatycznych momentów setu było oczywiście „November Rain”. Ten numer zawsze niesie ze sobą pewien koncertowy patos i tutaj również zadziałał – publika wyraźnie zwolniła tempo, wsłuchując się w znajome melodie.

Po chwili zespół wrócił do bardziej bezpośredniego rockowego uderzenia. „Pretty Tied Up”, „Sweet Child O’ Mine” – przy którym pod sceną zaczęło robić się naprawdę tłoczno – oraz „Civil War”, które wprowadziło nieco bardziej epicki nastrój.

Końcówka koncertu była już prawdziwą jazdą bez trzymanki. „Nightrain”, „Knockin’ on Heaven’s Door” i „Don’t Cry” rozgrzały publiczność do tego stopnia, iż pod sceną zrobiło się naprawdę gęsto. Finałowe „Paradise City” tylko przypieczętowało atmosferę dobrej rockowej zabawy.

Z każdym kolejnym numerem publiczność bawiła się coraz lepiej. Ja w zasadzie złapałem koncertowy flow od samego początku, ale pod koniec było już widać, iż praktycznie wszyscy na sali są w tej samej energii.

Jedynym elementem, który dla mnie był lekkim mankamentem, pozostaje wokal. Był w porządku – absolutnie nie był to poziom, który psuje koncert – ale też nie był rewelacyjny. Powiedziałbym, iż gdzieś pośrodku: zdecydowanie lepiej niż Axl Rose w obecnej formie koncertowej, ale jednak słabiej niż Axl z najlepszych lat.

Nie zmienia to jednak faktu, iż cały występ wypadł bardzo solidnie. Klimat koncertu był naprawdę wyborny, a Hollywood Rose pokazali, iż potrafią oddać ducha klasycznego Guns N’ Roses w sposób przekonujący i bardzo koncertowy.

Po wszystkim – już w redakcyjnym gronie – zostaliśmy jeszcze na małe co nieco. Wieczór zakończył się więc spokojnie, w dobrych nastrojach i przy… „clean” vodce. I trzeba przyznać, iż po takim niedzielnym wieczorze choćby poniedziałkowe wstawanie do pracy nie wydawało się już takie straszne.

Kacper

Hollywood Rose / 22.03.2026 / Falcon Club

Idź do oryginalnego materiału