Gdy wychodził nowy numer agorowego magazynu „Książki”, jego redaktorzy wrzucali teksty do internetu w krótkich odstępach. Ponoć jak się wrzuci wszystko na raz, spadają zasięgi.
Wywalono ich w trakcie tego procesu, więc najnowszego numeru do dzisiaj nie ma w całości na wyborczej pe el. W tym mojego tekstu o „Porachunkach” Jędrzeja Malko. Trochę szkoda, bo chciałem go podlinkować pisząc o nim na blogu. Może kiedyś wrzucą, ale pewnie mają pilniejsze sprawy na głowie.
Książka jest o pieniądzu w różnych ujęciach (historycznym, politycznym, ekonomicznym). Dla kogoś, kto nie czytał Graebera, niektóre tezy będą rewolucyjne – ale jak ktoś czytał, też się dowiaduje ciekawych rzeczy.
Na początku Malko pisze o oporze, który w ludziach wywołuje wiedza „skąd się biorą pieniądze”. Każdy uważa, iż to wie, ale jak się robi szczegółowe badanie typu „czy rząd ma prawo do tego, a bank do tamtego”, większość ludzi udziela błędnych odpowiedzi, w tym: posłowie, którzy teoretycznie o tym decydują.
Wystarczy rzucić zdechłym kotem by trafić w publicystę opinii, który powie coś w stylu „banki udzielają kredytów z tego, co zgromadziły z depozytów”. Albo iż zanim ludzkość nie wynalazła pieniędzy, posługiwała się barterem. Takie głupoty znajdziemy niestety choćby w podręcznikach. Książka Malki jest odtrutką, choć oczywiście przeczytają ją nieliczni.
W superskrócie, opowiada jak koncepcja „finansowej alchemii”, czyli kreowania pieniędzy ex nihilo przez banki, rywalizowała przez stulecia z koncepcją „pieniądza kruszcowego”, by z nią ostatecznie wygrać pół wieku temu. To na tyle niedawno, iż część z nas była wtedy na świecie. Ja jeszcze gdy jako dziecko pytałem, czemu adekwatnie waluty dzielą się na peweksowe i niepeweksowe wyjaśniano mi, iż te pierwsze mają pokrycie w złocie. Wtedy jeszcze szczątkowo faktycznie je miały.
Pieniądz alchemiczny wymaga zaufania, iż bankowe kredyty, w wyniku których powstaje, zostaną kiedyś spłacone. W tyranii z tym krucho, bo tutaj zawsze jest ryzyko, iż król może bankierów spalić na stosie. To jest świetny numer na raz, ale potem trzeba pożyczać pieniądze na zaporowych warunkach i dlatego tyranie w końcu upadają.
Stąd widoczna w Europie przez kilkaset lat tendencja faworyzująca ustroje może niekoniecznie zaraz demokratyczne, ale przynajmniej praworządne. W państwie, w którym w teorii król może przegrać proces ze swoim poddanym, finansowa alchemia lepiej działa. Gdy „są jeszcze sędziowie w Berlinie” to i bankierzy tam prosperują.
To tłumaczy koncepcję „końca historii”, którą Fukuyama jak wiadomo zaczerpnął od Hegla. On za ten koniec uważał narodziny nowożytnego państwa pruskiego.
Wielu historycznych progresywistów (w tym Adam Smith i Karol Marks) wierzyło w istnienie jakiejś niewidzialnej ręki, która sprzyja wolności. Marks i Engels próbowali to wyjaśniać „materializmem historycznym”, którego nigdy do końca nie wymyślili, co stawiało pokolenia marksistów w niezręcznej sytuacji konieczności udawania, iż się zna dzieło nieznane choćby jego twórcom.
Jeśli ta książka doprowadzi do pojawienia się malkizmu, to w nim ta „niewidzialna ręka” okazuje się kamieniem filozoficznym, za sprawą którego bank może napisać „to jest stówa” na kartce papieru. I staje się stówa. Zimnej wojny nie wygrali więc demokraci, tylko stojący za nimi alchemicy.
Sprawują władzę absolutną. choćby w Rosji człowiekiem numer dwa od pewnego czasu zdaje się być nie generał, nie czekista tylko finansista pilnujący obszczaka.
Co za tym idzie, alchemicy nie potrzebują już demokratów. Okazali się poputczykami, „użytecznymi idiotami”, „fellow travellerami”, którzy spełnili swoją rolę – i są teraz do odstrzału jak żyrondyści dla jakobinów, sa-mani dla ss-manów albo eserowcy dla bolszewików.
Malko dostarcza nowej odpowiedzi na pytanie o „koniec historii”. Otóż on nadszedł, tylko nie taki jak go sobie Hegel wyobrażał. Prawdziwymi zwycięzcami zimnej wojny nie byli Wałęsa, Reagan ani Wojtyła, tylko Jeffrey Epstein.
Klasa Epsteina jest coraz bogatsza, a reszta populacji Zachodu coraz biedniejsza. Gwałtownie to przyśpieszyło w ciągu ostatnich paru lat, gdy pandemia i wojna nam wszystkim przysparzała biedy i cierpienia, ale dla klasy Epsteina to była bonanza, są znacznie bogatsi niż w 2019 i choćby już nie ukrywają, iż w kolejnych tragediach widzą kolejne okazje.
Malkizm udziela odpowiedzi na wiele pytań współczesności, na przykład na fishero-żiżkowe „dlaczego łatwiej nam wyobrazić koniec świata niż koniec kapitalizmu”. Bo koniec świata nastąpił, tylko nie taki, na jaki byliśmy nastawieni. Albo dlaczego czy wygra Pis czy Antypis (albo Trump czy Antytrump), i tak rządzący choćby nie próbują już udawać, iż w ogóle ich cokolwiek obchodzi los Przeciętnego Człowieczka z Przeciętnymi Zarobeczkami. Klasa Epsteina zawłaszczyła wszystko, choćby wyobraźnię.
Jest to więc książka wybitna, więc dla mnie to szczęście w nieszczęściu, iż akurat na niej kończy się moja kooperacja z Agorą. 29 lat temu moim pierwszym tekstem też była recenzja książki: „Kokainowych nocy” Ballarda. Nie jest może najwybitniejsza w jego dorobku, ale po prostu akurat wtedy wyszła w Polsce.
Te książki dobrze ze sobą korespondują, bo odrobinę tylko naciągając powiedziałbym, iż cała proza Ballarda to ilustracja dla zjawisk opisywanych w „Porachunkach”. choćby „Imperium Słońca”, bo to przecież też powieść o wojnie finansowych alchemików z upadającą tyranią.
Malką więc kończę, co Ballardem zacząłem. Mogło być gorzej. Z tej okazji ośmielę się jednak zaapelować o suby i donejty. Niedługo o książkach naprawdę będziemy mogli gadać już tylko na crowdfundowanych blogaskach.
