4. sezon serialu „Branża” dobiegł końca, a jedną z atrakcji wypakowanego prawicową polityką finału była kolacja z faszystą polskiego pochodzenia u szczytu stołu. Serialowa oglądała na żywo, jak powstawała ta kluczowa scena.
Kiedy siedzisz w studiu filmowym, gdzieś pomiędzy resztkami dawnych scenografii, stosem plastikowych krzeseł i ekipą ubraną w to, o co akurat potknęli się wychodząc do pracy o 4 rano, a tu nagle zaczyna paradować ci przed nosem grupka kilkunastu osób w wieczorowych sukniach i garniturach, już wiesz, gdzie jesteś. Na twoich oczach za chwilę będzie powstawać „Branża„, najbardziej stylowy z w tej chwili emitowanych seriali. Serial, w którym świat finansów spotyka się z mediami, polityką i modowym luksusem.
Branża sezon 4 – kulisy faszystowskiej kolacji z finału
Serialowa trafiła na plan hitu HBO w Cardiff w Walii (nie, „Branża” nie powstaje w Londynie) latem 2025 roku, na dzień przez zakończeniem zdjęć do 4. sezonu. HBO rzuciło grupkę kilku dziennikarek z różnych państw na głęboką wodę: miałyśmy oglądać na żywo fragmenty finału, nie wiedząc kompletnie nic o fabule nowej serii.
Tego dnia kręcono trzy sceny: tę z Yasmin (Marisa Abela), Hayley (Kiernan Shipka) i suknią Galvana; Yasmin odsłuchującą wiadomość od ojca i – przede wszystkim – faszystowską kolację Yasmin w Paryżu z Sebastianem Stefanowiczem (Edward Holcroft), brytyjskim politykiem o podejrzanie polskim nazwisku, u szczytu stołu.
Na stołkach reżyserów – a adekwatnie to na kanapie w stylu Ludwika XIV – osobiście zasiedli Mickey Down i Konrad Kay, showrunnerzy serialu, ale zanim znajdą czas, żeby powiedzieć nam „cześć”, minie kilka godzin. Poranną kawą raczymy się w towarzystwie prominentnych członków ekipy „Branży”, m.in. scenografa Simona Rogersa, który opowiada nam o planie, na który za chwilę trafimy. „To paryski hotel, który wcześniej był hotelem londyńskim. Przerobiliśmy go”. Pytamy, co czyni go hotelem paryskim.
— Meble, wybór kolorów, detale, które dodaliśmy na zewnątrz, dekoracje, zieleń. Jest tu całkiem sporo francuskiego stylu. Firmy wynajmujące [meble] w Londynie są bardzo, bardzo dobre. I jest tam cała gama naprawdę typowych mebli. Spędziłem trochę czasu we Francji, więc to była świetna okazja, żeby zrobić coś, co miało francuski charakter. (…) Po prostu wchodzi się i stwierdza: „O tak, to ma bardzo francuski charakter. Jestem z tego bardzo zadowolony” – mówi nam Rogers.
„Branża” (Fot. HBO)Scenografia rzeczywiście robi wrażenie. Wchodzimy do w pełni wyposażonego apartamentu Yasmin, z meblami z epoki, dywanami, „kryształowymi” żyrandolami, kwiatami, butelkami szampana. W jednym z pokoi rozgrywa się scena faszystowskiej kolacji. Ja i koleżanka z Chorwacji zasiadamy w drugim, za ścianką działową, przy monitorach, z showrunnerami i reżyserami w jednym, co niekoniecznie jest typowe w takich sytuacjach. Zwykle dziennikarze patrzą na aktorów, ale Kay i Down pracują w tak specyficzny sposób, iż widać HBO uznaje podglądanie tego duetu za większą atrakcję. Spędzamy więc godzinę, dwie wpatrzone w monitory i twórców „Branży” jednocześnie.
Szybko zaczynam rozumieć, dlaczego. „Branża” to oni. Ich wspólna historia, ale też ich połączona energia, ich vibe, ich, w większości wspólny, gust muzyczny i filmowy. Tempo pracy jest zabójcze, bo każdy odcinek powstaje w średnio nieco ponad dwa tygodnie. W powietrzu czuć coś w rodzaju kontrolowanej nerwowości – nie ma czasu w nonsens, zwłaszcza iż wieczorem na zamku w Cardiff gra Pet Shop Boys, a część osób z ekipy ma bilety. W błyskawicznym tempie powstaje więc na naszych oczach kluczowa dla finału scena zbiorowa, gdzie wszystko musi być perfekcyjne. A może… wcale nie musi?
Faszystowska kolacja, w której obok Yasmin i Stefanowicza pojawia się Harper (Myha’la) oraz dobrze nam znany austriacki duet Bauerów, Moritz (Sid Phoenix) i jego matka Johanna (Susanne Wuest), zajmuje showrunnerom większość popołudnia, ponieważ przy stole toczą się ważne rozmowy, a do tego dochodzi jeszcze toast. Większość tego czasu spędzamy z mocno skupionym Kayem. Podczas gdy Down biega po planie i ogarnia, jego kolega nerwowo chodzi po „paryskim” pokoju, wynajdując na naszych oczach kilkanaście wersji tej samej sceny i ogrywając ją z każdej możliwej strony.
„Rodzina, tradycja, dumne narody” – wygłasza serialowy Stefanowicz, zawsze w trochę inny sposób, raz choćby myląc się i rozluźniając tym atmosferę. „Rodzina, tradycje, dumne narody” – powtarzają aktorzy, choć nie tak jest w scenariuszu. Nagranie linijki dialogu, który zajmuje w serialu jakieś dwie sekundy, trwa i trwa. Pod koniec Konrad Kay każe aktorom recytować w kółko tylko tę kwestię, a sam wybija rytm pięścią przed monitorem. Kiedy jest już nagranych wystarczająco dużo różnych wersji – od bardzo żołnierskich po zupełnie luźne – reżyser niemal skacze z radości. My patrzymy po sobie i oddychamy z ulgą. Kilka minut jakościowej telewizji to godziny pracy. „Ciekawe, którą opcję wybiorą. Te żołnierskie wyszły jakby… średnio?” – komentujemy, wychodząc.
„Branża” (Fot. HBO)W grudniu oglądam gotową scenę. Uff, w montażu wygrała jedna z najbardziej chaotycznych, a przy tym naturalniejszych wersji toastu. Pytam, czemu ją wybrali, i mówię Kayowi, iż w sumie się zdziwiłam, bo na planie to wyglądało jak walka o totalną perfekcję. „Może w takim razie powinniśmy to zmienić” – ironizuje showrunner. „Marta, szczerze mówiąc, wiele z tego jest po prostu instynktowne” – mówi mi Mickey Down i wyjaśnia, iż scenariusz, którego sami są autorami, napisany jest „bardzo precyzyjnie”, więc aktorom trudno jest improwizować, a widzom coś dopowiadać od siebie. „Ale jeżeli jest moment, w którym wydaje się, iż jest myśl w ruchu i postać faktycznie się zastanawia, to czasami używamy nieco mniej precyzyjnych ujęć” – tłumaczy dalej.
— Toast jest tego dobrym przykładem. Jest moment, w którym Ed, grający Stefanowicza, zastanawia się, co powie. I wydaje się, iż to bardzo oczywiste, iż postać jeszcze tego nie wymyśliła. Wiesz, wydaje się, iż on wymyśla ten toast na poczekaniu. I to było najbardziej niedoskonałe ujęcie, ponieważ była wersja, w której można było wstać i wygłosić toast, a on czułby, iż panuje nad sytuacją i iż skupia na sobie uwagę całej sali.
Ale wydaje mi się, iż sposób, w jaki Ed to zagrał, pozwalając postaci na chwilę namysłu, pozwalając postaciom, ludziom w sali wsłuchiwać się w każde jego słowo, nadał mu o wiele większy status, niż gdyby po prostu wstał i wypowiedział kwestię, co robił w większości ujęć. Więc czuję, iż ta niedoskonałość była w tym przypadku czymś więcej, w bardzo sprzeczny wręcz z intuicją sposób stając się o wiele bardziej precyzyjna dla postaci.
Konrad Kay dodaje, iż przykładów, kiedy niedoskonałość okazała się absolutnie doskonałym wyborem dla serialu, jest w 4. sezonie „Branży” więcej. Na przykład w 3. odcinku znajdziecie moment, w którym Myha’la robi coś, co „brzmi jak naprawdę dobra dramatyczna pauza”, a tak naprawdę ma problem z przypomnieniem sobie kwestii, co da się zauważyć przy uważniejszym oglądaniu. „To dobry przykład sytuacji, w której po prostu wykorzystaliśmy coś niedoskonałego i okazało się to naprawdę mocne”.
Branża – showrunnerzy prawdziwymi gwiazdami serialu
Kiedy opuszczamy paryski pokój, zostawiając Kaya i Downa z kolejną sceną – tą, w której Yasmin odsłuchuje wiadomość od ojca, leżąc na podłodze, po której my przed chwilą chodziłyśmy – plan „Branży”, pomimo obłędnego tempa pracy i dużej presji, okazuje się zaskakująco przyjaznym miejscem. O twórcach wszyscy wypowiadają się w superlatywach, traktując ich, jakby byli jednym bytem. To właśnie na planie narodziło się „MK” – showrunnerzy podpisali się tak pod oświadczeniem o 5. sezonie „Branży”.
W grudniu mówię Marisie Abeli i Myha’li, iż trudno jest mi wyobrazić sobie twórców „Branży” inaczej niż razem, ale już na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie różni. To nie przypadek, iż Down jest cały czas w ruchu, zaś Kay dopracowuje każde ujęcie do granic możliwości, spędzając dni przed monitorami (i jednocześnie nie odklejając się od Instagrama). Klimat „Branży” wydaje się odzwierciedleniem ich temperamentów – nie tylko twórczych. „To prawda, iż stanowią pakiet” – mówi Myha’la, a Abela dodaje:
— Stanowią. Myślę też, iż słusznie można powiedzieć, iż są bardzo różnymi ludźmi. Myślę, iż nie zwraca się na to wystarczającej uwagi. To prawie tak, jakby Mickey i Konrad stali się jednością, ale są bardzo różni. Świetnie ze sobą współpracują. Mają ten sam gust, co jest naprawdę przydatne. Nigdy nie otrzymujemy od nich sprzecznych sygnałów. Zawsze nadają na tej samej fali, ale na planie świetnie się uzupełniają.
„Branża” (Fot. HBO)Kit Harington (Henry) i Max Minghella (Whitney), którzy dołączyli do obsady „Branży” odpowiednio w 3. i 4. sezonie, ani przez moment nie mają problemu z przyznaniem, iż to nie aktorzy są największymi gwiazdami „Branży”. Są nimi właśnie showrunnerzy.
— Mickey i Konrad to bardziej filmowa historia niż ktokolwiek z obsady, co jest w nich najzabawniejsze. To bardzo surrealistyczne pracować ze scenarzystami serialu, którzy powinni co tydzień być na okładce „Vogue’a”. Są niesamowicie charyzmatycznymi i magnetycznymi ludźmi i mają w sobie jakiś nadprzyrodzony talent. To naprawdę zabawne.
Wróciłem do Los Angeles. Nie byłem tam bardzo długo. Cały rok byłem w Wielkiej Brytanii. Wróciłem do Los Angeles w tym tygodniu i za każdym razem, gdy wychodziłem z domu, ktoś podchodził do mnie w sprawie Mickeya i Konrada. Naprawdę, za każdym razem. Przede wszystkim oni wydają się być najlepszymi przyjaciółmi wszystkich na planecie. Każdy podchodzi do mnie i mówi: „O, rozmawiałem wczoraj z Mickeyem i Konradem.” Więc ludzie chcą się z nimi przyjaźnić, prawda? To zawsze znak, iż robią coś dobrze. Każdy chce podkreślać swoją bliskość z tymi dwoma ludźmi. Myślę więc, iż są na fali wznoszącej.
„Uwielbiają być samokrytyczni” – mówi mi Max Minghella, komentując te momenty, kiedy twórcy „Branży” szczerze wypowiadają się o swoich początkach i błędach, jakie wtedy popełniali. „Powiedziałbym, iż zwłaszcza Konrad jest bardzo bezpośredni… w sposób, który naprawdę doceniam. Oni są niesamowicie szczerzy i bezpośredni, co może wynikać z tego, iż nie wywodzą się z branży kreatywnej, prawda? Wywodzą się ze świata finansów” – kontynuuje serialowy Whitney, zapewniając, iż przy takiej współpracy każdy komplement od razu zyskuje na wartości. Z kolei Harington zauważa:
— Tak, są też młodsi. To dziwne. Spędziłem 10 lat na planie „Gry o tron”, gdzie miałem Davida [Benioffa] i Dana [Weissa], którzy byli ode mnie co najmniej 15 lat starsi, jeżeli nie więcej. Nie, więcej, 20 lat. I byli jak mamusia i tatuś, wiesz, i przyzwyczaiłem się do tego jako do pewnego rodzaju układu. A potem przyszedłem do „Branży”, gdzie masz podobny układ z dwoma showrunnerami płci męskiej i oczekiwałem, iż będą jak mama i tata, ale tak naprawdę są młodsi ode mnie, co jest dziwne.
Ale oni są po prostu najbardziej entuzjastycznie nastawieni do tego, co robią w swoim serialu. Kochają to. I chcą też mieć nad tym kontrolę w najlepszy możliwy sposób. To oni to organizują. (…) Zawsze wypowiadają się dość lekceważąco o tym, jak zaczynali w 1. i 2. sezonie i iż nie wiedzieli, co do cholery robią. Ale nie wierzę w to ani przez chwilę. Myślę, iż przez cały czas wiedzieli, co robią.
Kay i Down, dopytywani o swoją relację twórczą i prywatną przyjaźń, która ich łączy od czasów studiów na Oksfordzie – gdzie jeden studiował literaturę, a drugi teologię, zaś po studiach obaj poszli do pracy w finansach – mówią, iż kluczem jest podobny gust. Jak mi zdradzili jeszcze przed 3. sezonem „Branży”, poznali się, mając 18 lat i spędzili dosłownie pół życia, oglądając razem seriale i filmy. Wśród ulubionych tytułów wymieniają m.in. „Peep Show”, brytyjskie „The Office” i „wszystkie wczesne rzeczy Ricky’ego Gervaisa”, „Rodzinę Soprano”, „Mad Men”, a także filmy Michaela Manna.
— Powodem, dla którego ja i Mickey mamy tak szczęśliwą relację twórczą, jest w pewnym sensie to, iż mamy bardzo podobne poczucie tego, co jest dobre, a co złe. (…) Gdybyśmy nie mieli tych samych silnych odczuć w pewnych kwestiach, myślę, iż dawno byśmy się pokłócili. Wiele z tego, co sprawia, iż mamy tak płynną cierpliwość twórczą, to nasze odczucia. Pozwalamy naszym instynktom wykonać wiele pracy. Robimy to z pisaniem, robimy to z obsadą, robimy to z muzyką i tak naprawdę robimy to też z montażem – opowiada Konrad Kay.
Branża sezon 4 – twórcy o kulisach finału hitu HBO
Montaż „Branży” to kolejny temat, który zostaje omówiony z dużą szczegółowością. Kiedy pytam o scenę ze Stefanowiczem i jego toastem, Kay wykłada mi realia kręcenia serialu, uświadamiając mi, iż dzień, w którym mogliśmy ich podglądać przy pracy, był… jednym ze spokojniejszych. Kiedy jest szansa ograć scenę na wiele różnych sposobów, twórcy z tego po prostu korzystają, a potem pozwalają pracować montażyście.
— Wiesz, montaż to proces mikrodecyzyjny. Podejmujesz setki decyzji, a punkt cięcia sekundę wcześniej, klatka wcześniej, może całkowicie zmienić emocje związane z pewnymi rzeczami. Kiedy więc udało nam się osiągnąć to, co próbowaliśmy… Mieliśmy dużo szczęścia w dniu, kiedy to oglądałaś, bo kręciliśmy na planie, a nie w plenerze. Dzięki temu mieliśmy o wiele więcej czasu w ustawienia, na to, gdzie dokładnie ustawić kamerę i ile razy ją ustawić. Mogliśmy więc naprawdę ograć te sceny w paryskim hotelu, bo wiesz, nic się nie popie*rzyło ze światłami, nikt nie kazał nam zejść z planu. Wszystkie te niewiadome, które stają się częścią procesu kręcenia w plenerze, nie istniały. W efekcie jesteśmy rozpieszczani mnóstwem bogactwa przed montażem.
A potem Kyle [Traynow], nasz montażysta, zbiera to wszystko. Składa to w całość. Patrzy na to, co uważa za najlepsze ujęcia. I często jest to w 70% gotowe. Potem ja i Mickey wchodzimy i dopracowujemy to. I np. mówimy, iż chcemy być na twarzy Sebastiana jeszcze dwie sekundy. Chcemy szerszego kadru. Trzeba się upewnić, iż ta część dialogu jest na twarzy Harper, bo ma dla niej znaczenie. Wiesz, wszystkie te rzeczy.
I to po prostu, wiesz, jeżeli odpowiednio opracujesz scenę i masz dobrego montażystę, możesz osiągnąć dobry efekt. (…) Ale oczywiście, wszystko zaczyna się od tego, iż jeżeli nie masz dobrego scenariusza, szanse na to, iż będziesz miał coś dobrego do wykorzystania podczas montażu, są prawie zerowe. Więc wszystko zaczyna się od pisania, a potem wszystko, co robisz, jest niemal dodatkiem do niego. I możesz wziąć coś bardzo solidnego i zrobić z tego coś naprawdę dobrego.
Ale scenariusz to tylko początek. Serial HBO tworzy ponad setka osób, które dbają o kostiumy, scenografię, wyszukiwanie odpowiednich lokacji, oświetlenie, makijaż, fryzury. Aktorzy, dopytywani o zakulisowych bohaterów „Branży”, rzucają nazwiskami osób, które – w przeciwieństwie do showrunnerów – niekoniecznie lądują co tydzień na okładce „Vogue’a”. „Trener personalny Kita. Jeden z wielkich niedocenianych bohaterów” – śmieje się Minghella, na co Harington odpowiada, iż jak najbardziej jego trener jest doceniany. Obaj gwiazdorzy zapewniają nas również, iż doceniają reżyserów „bloków pośrednich”, Michelle Savill i Luke’a Snellina (odcinki 1-2 i 7-8 reżyserowali sami showrunnerzy), a do tego mają najlepszego głównego operatora na świecie.
„Musimy również pochwalić Flynn MacDonell, która potajemnie zarządza 'Branżą’ i jest niesamowitą osobą z wielką przyszłością” – mówi Minghella. Mnóstwo pochwał zbiera też kostiumografka Laura Smith, która dołączyła do ekipy w 3. sezonie. Jak mówi nam Harington, Smith „czyta całe książki o angielskiej arystokracji, współczesnej angielskiej arystokracji, tylko dla Henry’ego”. Spotkanie z kostiumografką (tutaj poznacie tajniki kostiumów z „Branży„) robi wrażenie i na nas, kiedy Smith zarzuca nas masą detali dotyczących garniturów bankierów, strojów arystokratów czy wreszcie tego, jak motywy z 2. odcinka i urodzin Henry’ego w stylu Marii Antoniny powracają w finale.
— Jest tu pewna pętla tematyczna – koniec jest początkiem. To coś, co nawiązuje do królów i królowych, kwestii dziedziczenia, odpowiedzialności ludzi za pieniądze i tego, jak bogactwo przekazywane jest z pokolenia na pokolenie. (…) To wszystko tak naprawdę widać w czasie tej imprezy. „Branżę” można odczytywać na wiele różnych sposobów. I to jest jedna z genialnych rzeczy, jeżeli chodzi o to, jak Mickey i Konrad opowiadają historię – to wszystko jest tam, jeżeli się tego szuka, i da się to pokazać dzięki ubrań – mówi Smith o paryskiej kolacji.
Branża a sprawa polska. Czy będzie więcej Stefanowicza?
Czy spotkanie faszystów to zapowiedź odejścia „Branży” od przyglądania się życiu arystokratów w rodzaju Henry’ego i skrętu w kierunku polityki – a zarazem zapowiedź większej obecności Stefanowicza jako lidera skrajnej brytyjskiej prawicy w serialu? Twórcy omijają to pytanie, podobnie jak kwestię tego, jak bardzo polski jest ich faszysta i czy na podobnej zasadzie co sam Konrad Kay, którego związki z naszym krajem są raczej symboliczne (jego mama jest Polką; wyemigrowała na Wyspy w latach 80.).
— On jest w połowie Polakiem. Więc pomijając faszyzm, jest do mnie bardzo podobny – uśmiecha się współtwórca „Branży”.
„Branża” (Fot. HBO)Jak przyznają w końcu showrunnerzy, postaci Sebastiana Stefanowicza planowano dodać „więcej kontekstu”, ale ostatecznie te sceny wycięto „z braku miejsca”. Pytam, czy to faktycznie jedyny powód. Z odcinka usunięty został też fragment, w którym pada nazwa prawdziwej polskiej partii politycznej i nazwisko polityka – nie prawdziwe, ale w wyraźny sposób kojarzące się z konkretną osobą. „Wymieniliśmy kilka skrajnie prawicowych partii, a potem wycięliśmy to wszystko” – przyznaje Kay, a Down dodaje:
— Myślę, iż scena jest straszniejsza, jeżeli nie wiesz, jak potężni są ludzie w pokoju. Myślę, iż jak tylko zaczynasz ich nazywać i precyzować, to za bardzo się skupia na tym.
Po takim finale śmiało możemy założyć, iż prawicowa polityka stanie się jednym z głównych tematów 5. sezonu „Branży”. Czy to oznacza, iż Sebastian Stefanowicz będzie nową gwiazdą serialu? „Potencjalnie. Musimy poczekać i zobaczyć. Ale Ed to kolejny z tych aktorów, którzy są świetni. Uwielbialiśmy z nim pracować” – odpowiada Kay.
Jedyne, co w tym momencie wiemy na pewno, to iż 5. sezon serialu będzie już finałowy. Daty premiery na razie nie ma, ale biorąc pod uwagę tempo pracy ekipy „Branży”, powrót w drugiej połowie 2027 roku wydaje się więcej niż prawdopodobny.
















