Harry Styles – Kiss All The Time. Disco, Occasionally. – recenzja albumu

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Harry Styles powrócił z nowym albumem po 4 latach. Kiss All The Time. Disco, Occasionally. od samego ogłoszenia przygotowywał słuchaczy na to, iż nie będzie płytą przypominającą swoich poprzedników. Na nowym krążku Styles dość pewnie eksperymentuje ze swoim brzmieniem – z ulgą można przyznać, iż wyszło mu to bardzo dobrze.

Powroty są trudne. Szczególnie jeżeli nazywasz się Harry Styles. Po zakończeniu trasy Love On Tour w 2023 roku artysta usunął się delikatnie w cień. Kwestią czasu było to, kiedy w końcu uraczy nas nową muzyką. Miesiące jednak mijały, a przemysł muzyczny przejęty był bieżącymi sprawami. Raz na jakiś czas pojawiało się jednak to jedno pytanie: co się dzieje ze Stylesem?

Zapowiedź Kiss All The Time. Disco, Occasionally. spadła na nas dość niespodziewanie. W grudniu zeszłego roku na kanale YouTube artysty pojawił się nowy filmik przedstawiający zakończenie jego ostatniej trasy. W następnym miesiącu poznaliśmy już datę premiery albumu. Choć obeszło się bez szczególnie wyszukanej i głośnej promocji, to nie udało się uciec od kontrowersji. Płytę zapowiadało hasło We Belong Together, które fani uznali za dość ironiczne, biorąc pod uwagę ceny biletów na nadchodzącą trasę oraz lokalizację koncertów. Czy album zdołał podratować sytuację i faktycznie wykreował autentyczną bliskość muzyka z publicznością? Nie do końca. Żeby było ciekawiej, nowa płyta Harry’ego Stylesa emanuje raczej poczuciem osamotnienia. Co już najbardziej interesujące – działa to strasznie na jego korzyść.

Pierwszym singlem z płyty jest Aperture, w którym możemy odnaleźć wspomniane wyżej We Belong Together. Utwór trzyma się przez cały czas delikatnie starych schematów, jednak z każdą minutą zdaje się łapać spojrzenie na nowy horyzont. Zrozumiałe jest to, iż nie do końca przypadł on do gustu starszym fanom piosenkarza. Aperture tak naprawdę dopiero przygotowuje słuchacza na to, z czym tak naprawdę będzie miał do czynienia na Kiss All The Time. Disco, Occasionally. Kolejne delikatne kroki stawia American Girls. Wciąż mało tutaj disco; jest za to pierwsze zderzenie z odosobnieniem, które na płycie będzie się już przewijało do końca. Nastrój piosenki świetnie oddaje to, o czym jest w niej mowa; pozorna akceptacja bycia singlem ugina się pod ciężarem samotności.

Przy trzecim utworze faktycznie zaczynamy tańczyć. Ready, Stedy, Go! prowadzone jest przez wyrazistą gitarę basową, która przeobraża się w wybuchowy refren. To pierwszy utwór na płycie, który zadziwia barwną produkcją, ale na pewno niejedyny. Na inny sposób intryguje Are You Listening Yet – Styles nie decyduje się co prawda na wokalne popisy, jednak sposób, w jaki wymawia słowa zwrotek, ma w sobie coś przyciągającego. Taste Back jest bardziej zbliżone do starego brzmienia artysty. Delikatny głos Harry’ego świetnie dopełniają jeszcze bardziej subtelne wokale, których w tle udziela Ellie Rowsell (wokalistka Wolf Alice).

The Waiting Game podtrzymuje spokojniejsze tempo. Utwór powstał we Włoszech, w których Styles spędził sporo czasu podczas swojej przerwy. Reflekcyjny charakter tego pobytu odzwierciedla przede wszystkim szczery tekst piosenki. Chęć eksperymentowania nie przyćmiła muzykowi jego skłonności do przelewania swoich emocji na papier, co można odczuć także przy Season 2 Weight Loss, czyli jednym z moich ulubionych kawałków. Elektroniczny wstęp przywodzi na myśl najnowszą produkcję Djo. Cały utwór gwałtownie dominuje jednak rozmarzony, wypełniający całą przestrzeń głos Stylesa. Interesujący jest także cały koncept stojący za piosenką; jest to metafora powracania jako nowa, silniejsza wersja siebie przy jednoczesnej niepewności, czy zostanie ona zaakceptowana przez innych.

Harry Styles // fot. Laura Jane Coulson

Jeśli Coming Up Roses wprowadza was w delikatnie świąteczny nastrój, to nie jest to przypadek. Piosenka powstała w grudniu, kiedy artysta próbował napisać świąteczną piosenkę. Efektem jest przepiękna sekwencja dęta, która wypełnia niemal połowę utworu. Melancholijny klimat nie może jednak trwać zbyt długo. Dziewiąty utwór ponownie uderza energiczną wielowarstowością. Złożoność Pop nie przytłacza jednak ani na moment; angażuje za to i porywa kolejnymi niespodziewanymi niuansami. Zgrabnie wpleciona w piosenkę linia basowa naturalnie przedostaje się do kolejnego numeru. Dance No More zdecydowanie jednak do tego tańca zaprasza, a fraza respect, respect your mother! aż prosi się o to, aby ją wykrzyczeć.

Na Paint By Numbers Styles pochyla się nad tym, co oznacza dla niego bycie artystą. Ta ballada być może nie do końca rezonuje z dyskotekowym charakterem całego wydawnictwa, jednak tłumaczy poniekąd zasadność (może choćby potrzebę) zmiany w dotychczasowym stylu muzyka. Płytę zamyka Carla’s Song. Piosenka należy raczej do tych, które mają zostawić słuchacza z nostagiczną chęcią do kontemplacji. Zastanawiam się, czy tego albumu nie lepiej byłoby zakończyć z przytupem. Jak jednak wspomniałam gdzieś na początku – jest to mimo wszystko dość melancholijna płyta.

Trochę obawiałam się Kiss All The Time. Disco, Occasionally. Szczególnie po pierwszym singlu, który nie był w stanie zobrazować mi wizji na ten album. Czwarta płyta Stylesa okazała się być jednak perełką, która wyróżnia się spośród jego dyskografii w najlepszy możliwy sposób. Jest to album zrobiony z pomysłem, nagrany z dbałością o szczegóły i trzymający poziom przez całą długość jego trwania. Harry Styles pokazał się publiczności od strony której jeszcze nie znaliśmy; nie zapomniał przy tym jednak, iż jest jednym z największych twórców na współczesnej scenie muzycznej. Jednocześnie przypomniał nam, dlaczego znalazł się właśnie w tym miejscu.


fot. główna: Laura Jane Coulson

Idź do oryginalnego materiału