HAN SOLO, dlaczego ikona SCI-FI zasługuje na powrót

film.org.pl 7 godzin temu

Po mieszanym przyjęciu Mandalorian i Grogu, ale również po kontrowersyjnym zakończeniu trzeciej trylogii siedem lat temu stało się jasne, iż Gwiezdne wojny nie są już bezdyskusyjną przebojową franczyzą. Podczas gdy animacje w streamingu wciąż radzą sobie świetnie, przedsięwzięcia aktorskie są zdecydowanie bardziej niejednoznaczne. Patrząc w niedawną przeszłość, praktycznie poza poza Łotrem 1 i Andorem nie ma kandydatów na coś wartego ponownego obejrzenia, poza… mocno niedocenionym Han Solo: Gwiezdne wojny – historie, na co słusznie zwrócił uwagę Collider.

Jest to pewien paradoks, bo film po premierze zebrał straszne cięgi, ale dziś z perspektywy już paru lat i paru premier (może przez kontrast?) sprawia wrażenie co najmniej wartego uwagi. Od początku Han Solo miał pod górkę. Drama za kulisami i kontrowersje wokół zastąpienia Harrisona Forda przez Aldena Ehrenreicha sprawiły, iż wielu spisało prequel na straty, zanim zdążył cokolwiek pokazać.

Film Rona Howarda na podstawie scenariusza Lawrence’a i Jonathana Kasdanów – ukończony, mimo wyzwań – zaoferował pełne akcji spojrzenie na Hana Solo pre-Tatooine i nawiązał do tradycji kosmicznego westernu, czyli gatunku, który zainspirował oryginalną wizję George’a Lucasa.

Zuchwały banita, renegat – hazardzista i walki z lokalnymi watażkami przywoływały ducha autentycznego westernu i kosmicznego parcia na Dziki Zachód. Te elementy gatunkowe napędzały fabułę podczas, gdy Han robił wszystko, by zarobić dość na ucieczkę z Qirą w stronę zachodzącego słońca. Szczególnie wyróżniał się napad na pociąg – wybuchowa i niepokojąca sekwencja, która znów nawiązywała do jednego z najważniejszych gatunkowych wyznaczników westernu – gdy Han i Chewbacca kradną cenny materiał spod nosa Imperium.

Kreacja Ehrenreicha raz – nie jest zła, dwa – ładnie nawiązuje do Fordowskiej tradycji, oferując jednocześnie własne ujęcie młodszego Hana – jeszcze mniej cynicznego, ale stopniowo ewoluującego w kierunku braku zaufania do otoczenia.

Han Solo ma wady i momentami za dużo fan service’u, jednak przez nieco nostalgiczny ton i charyzmę Ehrenreicha jako origin story po prostu działa. W przeciwieństwie do wielu ówczesnych, a szczególnie późniejszych produkcji Disneya, Hana Solo po prostu ogląda się i czuje jak Gwiezdne wojny – mimo, iż bez Jedi.

Idź do oryginalnego materiału