Sztuka łączy ludzi, zwłaszcza gdy w sali kinowej zewsząd słyszysz odgłosy zatkanych nosów i widzisz kątem oka, jak inni też przepędzają łzy z policzków. Wspólne doświadczenie jakby cień rzucony przez widownię dawnego The Globe. Dzieło Chloé Zhao przypomina nam o sensie istnienia miejsc, gdzie choćby na krótką chwilę przeżywamy wspólne emocje z nieznajomymi i pozwalamy sobie odsłonić przed nimi czuły punkt zarezerwowany tylko dla najbliższych.
"Hamnet" to opowieść o ludziach zwykłych i niezwykłych zarazem. Adaptacja powieści pióra Maggie O'Farrell wypełnia fikcją dziury w życiorysie Williama Szekspira, nie burząc "pomnika trwalszego niż ze spiżu", ale dostrzegając w największym dramaturgu, jaki kroczył po tej ziemi, człowieka z krwi i kości, a nie niedościgniony ideał. W sztuce chińskiej reżyserki autor "Hamleta" schodzi na drugi plan, ustępując miejsca swojej żonie.
Recenzja filmu "Hamnet" Chloé Zhao
O Agnes mówią we wsi, iż jest wiedźmą z lasu. Że opanowała sztukę chiromancji i rozmawia ze zwierzęciem jak z równym sobie. Dziewczyna spaceruje między chatami z sokołem odpoczywającym na jej dłoni, gdy przez okno zauważa ją Will, nauczyciel łaciny, który próbuje spłacić długi zaciągnięte przez własnego ojca. Chłopak dostrzega w nieznajomej kogoś nieokiełznanego, kogoś tak niezrozumiałego, jak on i jego sztuka.
Na początku "Hamnet" maluje obraz rodzącej się miłości, która beztrosko przeskakuje nad każdą kłodą rzuconą jej pod nogi przez los. Od pierwszych minut filmu Chloé Zhao gra realizmem magicznym, łącząc w parę siły natury z mitem o Orfeuszu i Eurydyce. Para napawa się słodyczą pierwszej miłości, jeszcze nie zdając sobie sprawy z goryczy, która nadejdzie z czasem. Leśna jama, kojarząca się z bramą do Hadesu, zaczyna przyciągać do siebie Agnes, gdy ta rodzi przy niej swoje pierwsze dziecko.
Zhao nigdzie się nie spieszy – znajduje czas na to, by dynamika między różnymi członkami rodziny w pełni wybrzmiała. Najstarsza córka Szekspirów trzyma się na uboczu, pobierając nauki zielarstwa od matki, a bliźnięta, Hamnet i Judith, nad którymi od czasu ich narodzin kłębią się czarne chmury, są nierozłącznymi nicponiami. Agnes posyła Willa do Londynu, by tam rozwijał swoją twórczość, a sama zostaje w Stratford nad rzeką Avon, bo przeczuwa, iż jeżeli się stąd ruszy, coś złego się wydarzy.
Szekspirowska tragedia, a po niej katharsis
Sposób narracji "Hamneta" przywodzi na myśl ciszę przed burzą. Podobnie jak Agnes czuwamy przygotowani na nieuchronną tragedię. Protagonistka robi wszystko, co w jej mocy, by oszukać los, a widz próbuje nie wydać z siebie dźwięku, gdy łzy zalewają mu twarz i zapychają nos.
Owszem, "Hamnet" jest łzawy, ale wciąż subtelny, choć operuje przede wszystkim tymi urywkami z fikcyjnego życia Szekspirów, które są wypełnione smutkiem. Granica między szczęściem a nieszczęściem zaciera się. Z żałoby rodzą się wyrzuty sumienia, żal wobec żyjących i dojmująca samotności. Moment oczyszczenia przychodzi, kiedy – jak to mówiła za życia matka Agnes – "otworzymy serca" i zrozumiemy, iż w obliczu śmierci nie jesteśmy sami.
Finałowa scena "Hamneta" to swoiste katharsis i hołd dla sztuki, którą od XVII wieku wystawiono w teatrach tyle razy, iż aż trudno zliczyć.
Oglądając dramat Zhao, nieświadomie zaczęłam porównywać "Hamleta" i spektakle w The Globe z argentyńską jaskinią rąk, sztuką powstałą około 9–13 tysięcy lat temu. Pragnienie bycia zapamiętanym jest częścią człowieczeństwa. O Williamie dalej mówimy, o jego rodzinie niekoniecznie, a przecież też tutaj była. Jej duch przetrwał najpewniej w sztuce, ale bez imienia.
Proszę, dajcie Jessie Buckley tego Oscara
Za emocje wydobywające się z "Hamneta" odpowiada jego doskonała reżyseria. Wszystko w tym filmie ze sobą współgra. Od scenografii wskrzeszającej XVII-wieczną Anglię, przez charakteryzację i kostiumy Małgosi Turzańskiej, które nie boją się żółtych zębów i doktora plagi, aż po muzykę skomponowaną przez Maxa Richtera i nieoczywiste zdjęcia Łukasza Żala, nadające prostym kadrom nutkę mistyki.
Jessie Buckley ("Pod ciemnymi gwiazdami") gra matkę, wiedźmę i dziecko w ciele dorosłej kobiety. Dzięki niej Agnes nie ma jednej twarzy, a jest postacią, która ciągle nas czymś zaskakuje. Gdy tylko pojawia się na ekranie, nasz wzrok pędzi w jej kierunku. Kto oglądał "Czarnobyl", "Wojnę i pokój", "Może pora z tym skończyć" lub "Głosy kobiet", ten wie, na czym polega magnetyzm irlandzkiej aktorki.
Buckley zasłużyła na Oscara. Szkoda, iż Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej nie uwzględniła w wyścigu po złotą statuetkę Paula Mescala ("Normalni ludzie"), filmowego Williama Szekspira, który pokazuje drugie – bliższe mężczyznom – oblicze żałoby. Sposób, w jaki aktor wygłasza słynne kwestie z "Hamleta" i opowiada Agnes o mitologii greckiej, jest bardzo organiczny, ale i teatralny, co kojarzy mi się ze starą brytyjską szkołą aktorstwa.
Jacobi Jupe ("Piotruś Pan i Wendy"), odtwórca roli Hamneta, gra zadziwiająco dobrze. Jestem pod wrażeniem warsztatu 12-latka. Nie mogę pominąć Emily Watson ("Drobiazgi takie jak te"), która rewelacyjnie odnajduje się w roli ponurej teściowej. Stereotypowa macocha z minuty na minutę rośnie w naszych oczach.
"Hamneta" warto obejrzeć na srebrnym ekranie, by poczuć to, co dawno, dawno temu czuli londyńczycy zbierający się pod sceną nad Tamizą. Magia kina, magia teatru.















