Gwiezdne wojny: Wizje – Dziewiąty Jedi to bezpośrednia kontynuacja jednej z historii przedstawionych w antologii Gwiezdne wojny: Wizje. Aby więc zrozumieć wydarzenia ukazane w recenzowanej produkcji, należy wcześniej obejrzeć dwa konkretne odcinki Wizji. Niektórzy mogą uznać to za wadę, ale dla mnie były to jedne z najlepszych historii w tamtej antologii, a kontynuacja ciekawie je rozwija.
Dziewiąty Jedi opowiada głównie o młodej dziewczynie imieniem Lah Kara, którą przeznaczenie rzuciło na ścieżkę Jedi. Jest ona córką Lah Zhimy, dawnego rycerza i ostatniego żyjącego człowieka znającego sztukę wytwarzania mieczy świetlnych. Z tego powodu zostaje on uprowadzony przez najemników, a jego córka dołącza do Margrabiego Juro. Ten, wraz z grupą ochotników, próbuje wskrzesić upadły Zakon Jedi.
Kara jest centralną postacią serialu. Początkowo chce jedynie odnaleźć i uwolnić ojca, ale z czasem odkrywa swoje predyspozycje do korzystania z Mocy. Ostatecznie świadomie decyduje się zostać Jedi. Przez cały serial obserwujemy, jak rozwija się zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie.
To realistycznie napisana postać, która miewa chwile słabości, zwątpienia czy wybuchy emocji. To nie tylko kandydatka na rycerza, ale przede wszystkim niepewne i przestraszone dziecko, które chce ponownie zobaczyć tatę. Właśnie ten realizm sprawił, iż łatwo było mi ją polubić i zrozumieć niektóre jej wybory, choćby jeżeli sam postąpiłbym inaczej.
Po drugiej stronie barykady mamy generała Nawaama. To młody adept Mocy, który chce zaprowadzić w galaktyce własną wizję porządku. Początkowo wydaje się nieudolną kopią Dartha Vadera. Nosi czarną zbroję i hełm zasłaniający twarz, a do tego zachowuje się tak, jakby za wszelką cenę próbował być poważny i przerażający.
Przypomina mi trochę Kylo Rena, który pod maską powagi ukrywa zagubionego młodzieńca. Nawaam wyróżnia się jednak tym, iż nie postrzega siebie ani jako Sitha, ani jako Jedi. Uważa te pojęcia za przestarzałe i chce zmienić dotychczasowe podejście. Szczerze mówiąc, trudno całkowicie odmówić mu racji. Przez setki lat konflikt jasnej i ciemnej strony prowadził przecież do kolejnych wojen i katastrof.
Fot. Kadr z serialuSzkoda tylko, iż na ciekawych rozważaniach się kończy. Wszystkie działania młodego generała są bowiem typowymi posunięciami złoczyńcy. Jego sposobem na zaprowadzenie pokoju w galaktyce ma być jej podbicie. Do bólu sztampowe i bardzo w stylu Sithów, szczególnie jak na kogoś, kto próbuje przedstawiać się jako neutralny.
Ogólnie dużym problemem produkcji jest jej schematyczność. Serial czerpie garściami z motywów znanych z klasycznej trylogii Star Wars. Inspirowanie się klasyką nie jest niczym złym, ale tutaj momentami robi się tego zwyczajnie za dużo. O podobieństwie antagonisty do Vadera już wspominałem, ale to nie wszystko.
Sposobem generała na przejęcie władzy jest bowiem zbudowanie potężnej broni zdolnej unicestwiać całe planety. Tak jakbym już gdzieś to widział. Podobnie wypada motyw odbudowywania upadłego zakonu. Takich przykładów jest więcej, ale nie chcę za dużo zdradzać.
Ciekawie wykorzystano natomiast kolory mieczy świetlnych jako element historii. Lah Zhima, tworząc swoje miecze, zaklina kryształy Kyber tak, aby barwa ostrza odzwierciedlała emocje szermierza i stawała się zwierciadłem jego duszy. jeżeli więc ostrze robi się czerwone, od razu wiadomo, iż dana osoba uległa ciemnej stronie. Co ważne, nie musi być to stan permanentny.
Fot. Kadr z serialuZmiany kolorów ostrzy są istotnym elementem fabularnym i wiele mówią o rozwoju postaci. Przynajmniej tych, którym faktycznie dane jest się rozwinąć.
Technicznie produkcja wypada dobrze. Kreska stylizowana na anime pokrywa się ze stylem odcinków o Karze z Gwiezdnych wojen: Wizji, dzięki czemu zachowano spójność. Animacja jest płynna, a choreografia walk bardzo satysfakcjonująca. Od dawna nie miałem poczucia, iż miecze świetlne naprawdę są groźną bronią, a tutaj się to udało. Za to duży plus.
Ostatecznie Gwiezdne wojny: Wizje – Dziewiąty Jedi to całkiem udana produkcja, która daje sporo satysfakcji. Fabularnie jest w porządku, choć przydałoby się więcej własnych pomysłów zamiast tak częstego czerpania z poprzednich części sagi. Jednak, chociażby ze względu na widowiskowe walki i udaną główną bohaterkę, warto dać temu serialowi szansę.
Fot. główna. Materiały promocyjne ( Disney )

















