Gwiazdor "Klanu" rzucił się w wir medycyny naturalnej. Ma to we krwi po babci

swiatseriali.interia.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: INTERIA.PL


Widzowie znają go przede wszystkim jako sympatycznego doktora Andrzeja Górzyńskiego z "Klanu", ale poza planem serialu Maciej Makowski rozwija wiele różnych pasji. Aktor fascynuje się ziołolecznictwem, medycyną naturalną i Indiami, a dziś dzieli się swoją wiedzą także w sieci. W rozmowie z nami opowiada również o kabarecie, muzyce i najbardziej wymagającej roli w życiu.


Jolanta Majewska-Machaj: Od lat wciela się pan w "Klanie" w postać chirurga Andrzeja Górzyńskiego. Zdarza się, iż widzowie serialu mówią do pana "panie doktorze"?
Maciej Makowski: - Nie (uśmiech). Na szczęście spotykam ludzi, którzy nie ulegają tej iluzji i odróżniają życie od serialu. Poza tym mój wątek nie jest tak intensywny, a bohater pozostaje drugoplanowy, choć budzi sympatię, bo takie głosy do mnie czasami docierają.


Wraz z Tomaszem Stockingerem w roli doktora Lubicza i Tadeuszem Chudeckim, który gra doktora Kowalskiego, tworzycie w "Klanie" pocieszny tercet medyków i zdaje się dobrze się przy tym bawicie...Reklama
- Podchodzimy do tego profesjonalnie, ale rzeczywiście fajnie się nam razem gra. A ten klimat komediowo-kabaretowy, w którym scenarzyści nas umieścili i prowadzą, wnosi do serialu trochę lekkości i humoru, co jest miłe i pożyteczne w odbiorze, zwłaszcza, iż to serial codzienny. Lubię te nasze sceny.


Zdaje się, iż ma pan słabość do produkcji długodystansowych - swego czasu grał pan w tasiemcu "Złotopolscy" również przez wiele lat. Przywiązuje się pan do seriali?
- Ja się w ogóle przywiązuję do wielu rzeczy. I mam utarte szlaki, którymi przemierzam życie. Trudno jest, będąc aktorem, zaplanować sobie ścieżkę kariery - zależy ona od wielu różnych czynników, zdarzeń, ludzi, spotkań i miejsc oraz przede wszystkim od szczęścia. Kiedy dostałem rolę w "Złotopolskich", byłem studentem trzeciego roku Akademii Teatralnej w Warszawie i musiałem zwrócić się do władz uczelni o zgodę na udział w serialu. Na szczęście ówczesna pani dziekan, Aleksandra Górska, zgodziła się i tak zaczęła się moja aktorska przygoda w "Złotopolskich".
- Potem była m.in. "Klinika samotnych serc", "Barwy szczęścia", no i od kilku lat "Klan", który bardzo sobie cenię. Po pierwsze, za atmosferę pracy i wspaniałą ekipę, która realizuje ten serial. Bardzo lubię przychodzić tam do pracy. Poza tym rola w długim serialu to dla aktora szansa na większą stabilizację materialną, co mi akurat pozwala realizować się na różnych innych polach.
Obecnie gra pan również w serialu "Szpital świętej Anny", który też już trwa od kilku sezonów...


- Tak i co ciekawe, mój bohater - Bartek Hajduk - jest absolutnym przeciwieństwem doktora Górzyńskiego z "Klanu". Górzyński to postać na wskroś pozytywna, samotny romantyk o szlachetnym sercu, który gotów jest powierzyć je w dobre ręce i wciąż szuka prawdziwej miłości. Bartek ze "Szpitala św. Anny" to wiarołomny mąż, wyjątkowo obmierzły i niesympatyczny typ, który w miarę upływu czasu odsłania coraz to gorsze strony charakteru. Cieszę się, iż mogę jednocześnie grać dwie i to tak skrajnie różne postaci. To duża gratka dla aktora.
Jest pan współtwórcą zespołu kabaretowego Teatrzyk Gędźba. Co znaczy to słowo?
- Gędźba to po staropolsku muzyka grana na gęślach, piszczałkach i dudach. Wraz z Wojciechem Solarzem i grupą naszych serdecznych przyjaciół tworzyliśmy przez lata Kabaret Na Koniec Świata, który działał pod auspicjami Teatru Dramatycznego w Warszawie, a za jego reżyserię odpowiadał Wawrzyniec Kostrzewski. Po prawie dziesięciu latach działalności grupa się rozpadła. Zwieńczeniem tego okresu naszej twórczości był zrobiony dla TVP komediowy serial "La La Poland". Po rozpadzie grupy zainicjowaliśmy z Wojtkiem Solarzem nasz nowy rozdział działalności kabaretowej pod nazwą Teatrzyk Gędźba. Na pierwszą premierę przygotowaliśmy spektakl "Konkurs Chopinowski dla ludzi bez talentu". Jesteśmy autorami tekstów, skeczy, piosenek, sami produkujemy i reżyserujemy nasze spektakle.
- A nasz zespół tworzą wspaniali aktorzy, m. in. Sebastian Stankiewicz, Paweł Koślik, Monika Mariotti, Robert Majewski, Łukasz Matecki, Agata Wątróbska, Michalina Sosna, Zuzanna Grabowska, Kalina Hlimi-Pawlukiewicz, Paweł Domagała, Marcin Sosiński i inni. Stanowimy zgraną paczkę, którą łączy wspólna pasja tworzenia dobrego humoru. Współpracujemy z Teatrem Scena Współczesna, usytuowanym na warszawskiej Ochocie, przy Blue City, gramy też na wyjazdach, mamy kanał na YT, gdzie można zobaczyć nasze skecze, jesteśmy też czasem zapraszani do telewizyjnych kabaretonów. Staramy się wciąż rozwijać.
Czy ilustrację muzyczną do waszych przedstawień pisze pan sam - jako człowiek mocno związany z tym obszarem?
- Nie, akurat najczęściej robi to u nas Mateusz Wachowiak, nasz etatowy, bardzo utalentowany kompozytor, choć od czasu do czasu również i ja coś skomponuję, jak mnie najdzie wena... Mam w tej dziedzinie trochę doświadczenia - skomponowałem muzykę ilustracyjną do kilkunastu spektakli teatralnych, m.in. reżyserowanych przez Agnieszkę Glińską czy Grzegorza Chrapkiewicza. Muzyka to moja wielka pasja.
Zapowiadało się, iż będzie pan muzykiem, nie aktorem - i tak pewnie by się stało, gdyby nie... ręka.
- Późno zacząłem grać, bo dopiero w wieku 12 lat. Marzyłem o tym, by zostać koncertującym pianistą, ale bycie wirtuozem nie było mi pisane. Dodatkowo kontuzja ręki uniemożliwiła mi intensywne ćwiczenia. Dziś marzenia o wielkiej karierze pianistycznej przekształciłem w euforia z łączenia talentu muzycznego z aktorskim. Muzyka to kosmos. To sztuka, która dociera do najgłębszych poziomów naszej wrażliwości. Wyzwala we mnie euforia i refleksję, inspiruje mnie. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez niej.


- A moje skromne umiejętności pianistyczne wykorzystuję dziś w teatrze - a to w naszej Gędźbie, a to w innych przedsięwzięciach, jak choćby w komediowym musicalu kryminalnym pt. "Morderstwo dla dwojga" w reżyserii Agnieszki Płoszajskiej wystawianym w Teatrze Muzycznym w Toruniu. Występuję w nim w duecie z Marcinem Sosińskim. Przez ponad dwie godziny jesteśmy na scenie, akompaniujemy sobie nawzajem ogromnie trudne partie fortepianowe, wcielając się przy tym w naszych bohaterów. Ja w początkującego śledczego, a Marcin jednocześnie w kilkanaście osób podejrzanych w scenicznym śledztwie. Taka jest konwencja tego nowatorskiego spektaklu - i przyznam, iż to jest najbardziej wymagające zadanie aktorskie, jakie w życiu otrzymałem i nie wiem, czy coś będzie w stanie to przebić pod kątem trudności.
- Spektakl cieszy się ogromnym zainteresowaniem, a nasz udział w nim zawdzięczamy w dużej mierze Annie Wołek, dyrektor Teatru Muzycznego w Toruniu. Ani ja, ani Marcin Sosiński nie wierzyliśmy w nasze umiejętności i nie zgłosiliśmy się na casting do spektaklu. Pani dyrektor nie przyjmując żadnych argumentów, kategorycznie kazała nam przyjechać na drugi etap castingu. A na drugim etapie castingu było nas tylko trzech. I tak we trzech, wraz z Wojtkiem Łapińskim, z którym dzielimy się jedną rolą, zrobiliśmy polską prapremierę "Morderstwa dla dwojga". Serdecznie zapraszam na ten spektakl. Naprawdę warto to zobaczyć.
Poza pracą stricte artystyczną zajmuje się pan działalnością na rzecz środowiska, sprawując funkcję wiceprezesa Zarządu Głównego Związku Artystów Scen Polskich ZASP - Stowarzyszenie...
- To już jest moja druga kadencja w Zarządzie Głównym ZASP. Funkcję wiceprezesa zaproponował mi nowy prezes ZASP Jan Tomaszewicz. Poczytuję to sobie za wielki zaszczyt. ZASP jest organizacją z ponadstuletnią tradycją. Powstał w 1918 roku, by bronić praw polskich aktorów oraz jednoczyć środowisko. Jego założycielami byli m.in. Stefan Jaracz, Juliusz Osterwa i Aleksander Zelwerowicz. Dziś ZASP zmienia się, by móc odpowiadać na trudne wyzwania nowoczesności oraz zagrożenia związane z nowymi technologiami.


- Nie zapominamy oczywiście o naszej tradycji. Osobiście staram się przyciągnąć do ZASP moich rówieśników oraz młode pokolenie. Im więcej nas angażuje się w sprawy naszej grupy zawodowej, tym większa moc tego działania. Jako organizacja zbiorowego zarządzania walczymy o należne aktorom tantiemy, forsujemy zmiany na poziomie legislacyjnym w celu polepszenia sytuacji prawnej artystów, a także rozwiązujemy sytuacje konfliktowe w teatrach. Prowadzimy również Dom Artysty Weterana w Skolimowie, jedyne takie miejsce w Europie. Ta działalność nie zawsze jest łatwa, ale potrafi przynieść też dużo satysfakcji.
Pomimo zaangażowania w wiele inicjatyw ma pan jeszcze czas, aby realizować swoje pasje pozazawodowe. Z pewnością pośród nich są... Indie, gdzie był pan już wielokrotnie. Czy tylko tam pan podróżuje?
- Oczywiście, iż nie (śmiech), jeżdżę też w inne miejsca. Ale faktycznie do Indii najchętniej. Fascynuje mnie poszukiwanie starożytnej wiedzy, tamtejsze wspaniałe jedzenie i techniki medytacji, których mogłem tam doświadczyć i przekonać się, jak dobry wpływ mają na życie. W Indiach zatrzymuję się zawsze w jednym miejscu, które stało się dla mnie drugim domem i co roku walczę, przesuwając różne terminy zawodowe, by móc tam znów pojechać.
Czy to z Indii właśnie zaimportował pan zamiłowanie do ziołolecznictwa, którego jest pan propagatorem?


- Nie, to pasja odziedziczona po babci, która sama robiła nalewki ziołowe, leczyła się metodami ludowymi, tak iż mam to we krwi. Będąc w Indiach, oczywiście zetknąłem się z Ajurwedą, czyli tamtejszą tradycyjną medycyną ludową. Ale to moja naturalna ciekawość związana z ziołami po czasie zamieniła się w fascynację. I tak ukończyłem kurs zielarski Łukasza Lubickiego, a później kurs akupresury dłoni u Lari Yugai. w tej chwili z moimi znajomymi zielarzami prowadzę kanał "Piołun i bazylia", w którym opowiadamy o ziołach i medycynie naturalnej.
Słuchając pana, można odnieść wrażenie, iż żyje pan i z ludźmi i dla ludzi - pańska prospołeczna postawa imponuje...
- To miłe słowa, dziękuję. Po prostu uważam, iż otrzymujemy talenty po to, aby służyć ludziom. Człowiek tylko wtedy czuje się naprawdę spełniony. Jako aktorzy wywołujemy u widzów uśmiech i przez to dodajemy im zdrowia, nadziei, sił. W Teatrzyku Gędźba naszym mottem jest napełnianie euforią i optymizmem. Warto czynić dobro - uważam, iż na tym polega sens życia i jego prawdziwy smak (uśmiech)...
Idź do oryginalnego materiału