Lucas Bravo: dzięki roli w "Emily w Paryżu" usłyszał o nim świat
Lucas Bravo to francuski aktor, który swoją karierę rozpoczął w 2013 roku od ról w serialach telewizyjnych. Przez kilka lat występował głównie we francuskich produkcjach, stopniowo zdobywając doświadczenie i budując portfolio.
Przełom w jego karierze nastąpił w 2020 roku, gdy wcielił się w rolę Gabriela, charyzmatycznego szefa kuchni, w popularnym serialu Netfliksa - "Emily w Paryżu". To właśnie ta rola przyniosła mu międzynarodową rozpoznawalność i status jednego z najbardziej rozpoznawalnych francuskich aktorów. Postać Gabriela gwałtownie zdobyła sympatię widzów na całym świecie i stała się jednym z kluczowych elementów sukcesu serialu.Reklama
W kolejnych latach Lucas Bravo zaczął pojawiać się w międzynarodowych produkcjach filmowych, m.in. w "Bilet do raju" u boku George’a Clooneya i Julii Roberts oraz w "Paryż pani Harris". Mogliśmy go także oglądać w "Libre" i "Balkoniarach".
Lucas Bravo w nowym serialu, który wyciska łzy
Podczas wydarzenia Unifrance Rendez-Vous w Paryżu miałam przyjemność porozmawiać z Lucasem Bravo przy okazji premiery najnowszego serialu z jego udziałem - "Seasons" ("Les Saisons") autorstwa Hélène Duchateau i w reżyserii Nicolasa Maury’ego.
"Seasons" to intymna, rozpisana na kilka dekad historia trójki bohaterów oraz ich uczuć, wyborów i konsekwencji, jakie niosą za sobą młodzieńcze decyzje. Akcja rozpoczyna się latem 1991 roku w nadmorskim miasteczku Les Sables-d’Olonne. Piętnastoletnia Camille poznaje dwóch przyjaciół – charyzmatycznego Alexandre’a i bardziej introwertycznego Martina. Między bohaterami rodzi się skomplikowana relacja, która z czasem przeradza się w trójkąt miłosny. Serial pokazuje, jak bohaterowie zmieniają się wraz z upływem czasu, kolejnymi doświadczeniami, rozczarowaniami i niespełnionymi pragnieniami. Każdy z czterech odcinków odpowiada jednej porze roku – lecie, jesieni, zimie i wiośnie.
W serialu występują znani francuscy aktorzy, wcielający się w bohaterów na różnych etapach ich życia. Stéphane Caillard gra Camille, Lucas Bravo – Alexandre’a, Abraham Wapler – Martina, a Nicolas Maury, poza reżyserią, pojawia się także w roli Massimo.
Lucas Bravo dla Interii. "Dużo pracuję nad samoakceptacją"
Justyna Miś, Interia: Noémie Merlant, z którą pracowałeś przy filmie "Balkoniary", mówiła w jednym z wywiadów, iż najbardziej ceni w tobie gotowość do podejmowania aktorskiego ryzyka. Jakie było największe ryzyko, jakie podjąłeś w swoim życiu?
Lucas Bravo: - Myślę, iż jednym z największych wyzwań był dla mnie właśnie film "Balkoniary", głównie ze względu na sceny nagości. Nie czuję się z nimi komfortowo, nagość musi mieć znaczenie dla fabuły. Zdejmowanie koszulki wyłącznie dla efektu wydaje mi się po prostu krępujące. Dużym wyzwaniem była także praca przy "Intrygantkach" dla HBO. Musiałem zmierzyć się z ogromną liczbą dialogów w archaicznym francuskim, co wymagało zupełnie innego rytmu i swoistego "przeprogramowania" umysłu. Do tego dochodziły sceny walki na miecze, precyzyjna choreografia, jazda konna oraz kostiumy - mnóstwo detali, które należało opanować. Grałem tam postać brutalną i niebezpieczną. Pierwszy dzień zdjęciowy spędziłem, kręcąc sceny duszenia Diane Kruger. Dość osobliwy sposób na rozpoczęcie współpracy [śmiech]. Takie role są ryzykowne także fizycznie: jeden błąd może mieć poważne konsekwencje, dlatego trzeba w nie wejść bez wahania. Największym ryzykiem było jednak coś innego. Pozwolić sobie na bycie naprawdę złym bohaterem. Musiałem przyjść na plan i całkowicie przestać przejmować się tym, jak jestem postrzegany. Zapomnieć o potrzebie bycia lubianym i w pełni zaakceptować fakt, iż ta postać ma budzić strach i niepokój. Dla kogoś, kto dorastał z silną potrzebą akceptacji, było to wyjątkowo trudne i właśnie dlatego tak ryzykowne.
Czy oglądasz produkcje ze swoim udziałem?
- Kiedyś nie lubiłem oglądać siebie na ekranie, ale dziś uważam, iż to świetny sposób na naukę. Czasem mam pewne przeczucie, a reżyser mówi: "to jest dobre", innym razem: "nie, nie rób tego". Zapamiętuję takie momenty, a potem oglądam scenę i widzę, kto miał rację - ja czy reżyser. To część rozwoju. jeżeli w kolejnym projekcie okaże się, iż to ja miałem rację, będę bardziej ufał swojej intuicji i mocniej walczył o swoje wybory. jeżeli rację miał reżyser, następnym razem okażę więcej zaufania. To tylko przykład, ale pokazuje, jak ważne jest oglądanie siebie i porównywanie. Od momentu pracy na planie, a premierą mija zwykle około roku, więc jest czas na zmiany i rozwój. Kiedy oglądam swoje role, często myślę, iż dziś zrobiłbym coś inaczej. I właśnie to jest dla mnie najlepszą miarą.
Jesteś dla siebie wyrozumiały w takich momentach czy wręcz przeciwnie?
- Uczę się być dla siebie bardziej życzliwy. Dużo pracuję nad samoakceptacją, która zaczyna się od tego, jak do siebie mówimy, co jemy, co oglądamy, czego słuchamy i z jakimi ludźmi przebywamy. Kiedy oglądam swoje projekty, staram się w wewnętrznym dialogu mówić do siebie inaczej: "bądź dumny", "spójrz, z kim pracujesz", "zobacz aktorów, których podziwiasz", "zobacz, ile wniosłeś w tę scenę". Przypominam sobie, by być dumnym z pracy, którą wykonałem, z drogi, którą przeszedłem, i z tego, kim stałem się przez ostatnie pięć lat. Staram się dawać sobie więcej czułości, bo zrozumiałem, iż działanie z lęku jest wręcz destrukcyjne. Kiedy działasz z miłości, a nie ze strachu, pojawia się więcej przestrzeni - dla ciała, umysłu i duszy - by mogło wydarzyć się coś nieoczekiwanego.
W serialu "Seasons" podoba mi się intymność i delikatność. Tutaj nie ma miejsca na ocenianie bohaterów. Co przyciągnęło cię do tego projektu?
- W tej branży realizuje się projekty z dwóch powodów: jedne wybiera się "dla siebie", inne wpisują się w rozwój kariery. Ten projekt był czymś, co wybrałem wyłącznie dla siebie, ponieważ bardzo chciałem pracować z Nicolasem. Uwielbiam jego pierwszy film. Ma niezwykle unikalne spojrzenie na świat. Wiedziałem, iż kontakt z nim podniesie mój poziom, wniesie do mojej pracy coś nowego i otworzy kolejne drzwi. Zdobyte przy tym doświadczenia będę mógł później wykorzystywać w kolejnych rolach. Przy tym projekcie naprawdę się rozwinąłem. Bardzo podoba mi się również sposób, w jaki w tym serialu pokazani są mężczyźni. Zamiast schematu opartego na zemście czy rywalizacji, widzimy mężczyznę wrażliwego, który nie boi się swoich delikatniejszych cech. Przez lata, dekady, a choćby wieki wrażliwość traktowano jak słabość, podczas gdy w rzeczywistości jest jednym z największych źródeł siły. Gdyby więcej mężczyzn potrafiło się z nią utożsamić, zrozumieliby, jak ogromną daje moc.
- To było dla mnie bardzo ważne, by w taki sposób pokazać współczesnego mężczyznę. To także okazja dla innych mężczyzn, by uświadomić im, w jakim kierunku mogą podążać, aby uwolnić się z patriarchalnych schematów, w których wszystko jest tłumione, a wrażliwość i emocje uznawane są za słabość. Pozwala to w pełni żyć własną prawdą. Właśnie dlatego powstało medium, jakim jest telewizja czy kino. Nie tylko po to, by zapewniać rozrywkę i ucieczkę od codzienności, ale również po to, by przekazywać istotne przesłania, dawać ludziom narzędzia do odkrywania siebie i w ten sposób sprawiać, iż społeczeństwo może stawać się choć odrobinę lepsze.
Nicolas jest także bardzo znanym aktorem. Czy jego doświadczenie aktorskie wpłynęło w jakiś sposób na jego styl pracy jako reżysera, czy nie miało to większego znaczenia?
- Nicolas to absolutnie wyjątkowa postać. Praca z nim była czymś niezwykłym, bo z jednej strony byłem prowadzony przez reżysera, a z drugiej miałem wrażenie, jakbym obserwował rzadkiego ptaka w lesie. Słuchałem jego wskazówek, wdrażałem je, a jednocześnie w myślach myślałem o tym, jak bardzo jest unikalny. Nigdy wcześniej nie spotkałem nikogo podobnego. Zwykle w życiu trafiamy na ludzi, o których myślimy: "ten typ już gdzieś widziałem". W jego przypadku to niemożliwe. Jego życzliwość, sposób postrzegania świata i to, jak intensywnie przeżywa wszystko, co widzi, słyszy i czuje, są zdumiewające. Ma się wrażenie, jakby codziennie funkcjonował w stanie euforii. Dociera do niego ogrom bodźców - do umysłu, serca i duszy - dlatego do dziś nie wiem, jak potrafi jednocześnie reżyserować i grać. Wcielił się w postać szorstkiego wujka, by po chwili wrócić do reżyserowania i spokojnie wydawać kolejne polecenia. To fascynujące.
- Uwielbiałem z nim pracować i uważam, iż ten serial w dużej mierze odzwierciedla jego osobowość. Jest melancholijny, nostalgiczny, momentami smutny, ale przede wszystkim prawdziwy. Niektórzy mówili mi, iż to bardzo smutna produkcja, ale ja się z tym nie zgadzam. Nazwałbym ją raczej melancholijną. W dzisiejszych czasach wiele filmów tłumaczy wszystko wprost. Taki fast food dla mózgu: szybkie, intensywne wrażenie i koniec. A tu jest jak w restauracji z gwiazdką Michelin: smak rozwija się powoli, warstwa po warstwie. Nicolas daje widzowi możliwość zadawania pytań. Wtedy umysł zaczyna naprawdę pracować, tworzyć połączenia. To nie kwestia wiedzy czy kultury, ale aktywnego myślenia. Cieszę się, iż nie czuł potrzeby wyjaśniania wszystkiego. Dla niektórych to bywa frustrujące, bo chcą wszystko nazwać i zrozumieć dosłownie. Ale pozostaje emocja, a to jest najważniejsze.
Czy ty sam jesteś nostalgiczną osobą?
- Jestem bardzo nostalgiczny. To bywa dla mnie trudne, zwłaszcza w relacjach. Każdą osobę, z którą kiedykolwiek byłem, wciąż darzę uczuciem. Nie potrafię "odkochać się" w ludziach. Często wracam do przeszłości poprzez zdjęcia i nagrania, dużo fotografuję. Natomiast, gdy w "Seasons" kręciliśmy odcinki rozgrywające się w naszych dwudziestych latach, dotarło do mnie, iż nie chciałbym do tego czasu wracać. Nie tęsknię za tamtymi wątpliwościami ani fałszywymi pewnikami. Lubię mądrość, która przychodzi z wiekiem, lepsze rozumienie samego siebie. To daje poczucie spokoju.
A czy są jakieś konkretne filmy, do których ciągle wracasz?
- "Wszystko za życie" był jednym z tych rzadkich filmów w moim życiu, na które trafiłem zupełnie przypadkiem. Szedłem ulicą, zobaczyłem plakat i pomyślałem: "Podoba mi się, obejrzę". Miałem czas, więc poszedłem do kina. Dopiero na końcu, gdy zobaczyłem zdjęcia prawdziwych bohaterów, uświadomiłem sobie, iż to była prawdziwa historia. Nie miałem o tym pojęcia. Pojechałem wtedy na Alaskę, przeszedłem ten sam szlak, znalazłem autobus, spałem w nim i żyłem tak jak on. To było dla mnie jak świątynia. Bardzo tęsknię za tamtym poczuciem wolności. Dziś, wraz z rozwojem kariery, ciągle trzeba myśleć o tym, co dalej, być mentalnie dwa lata do przodu. Zanim wszystko zaczęło się tak intensywnie rozwijać, mogłem w jednej chwili znaleźć się po drugiej stronie świata. I właśnie za tą spontanicznością najbardziej tęsknię.
W ostatnich pięciu latach twoje życie zawodowe całkowicie się zmieniło. Wraz z rolą w "Emily w Paryżu" stałeś się bardzo rozpoznawalny. Jak sobie z tym radzisz? Czy sława jest dla ciebie czymś naturalnym, czy raczej bywa obciążeniem?
- Zdecydowanie nie jest to najciekawsza część mojej pracy. Najważniejsze jest dla mnie opowiadanie historii i granie, możliwość kontaktu z wewnętrznym dzieckiem. Sława bywa słodko-gorzka, bo daje złudne poczucie akceptacji i miłości. To jednak nie jest prawdziwa miłość. Ludzie nie kochają tego, kim naprawdę jesteś, tylko postać, którą zagrałeś. Zajęło mi to kilka lat, ale dziś jestem z tym pogodzony i potrafię docenić kontakt z ludźmi. Pierwszy rok był jednak bardzo intensywny.
Czy pamiętasz jakieś szczególnie zabawne sytuacje z fanami, którzy rozpoznali cię z seriali lub filmów?
- Myślę, iż najzabawniejsza sytuacja przydarzyła mi się podczas zdjęć do "Biletu do raju" z George’em Clooneyem i Julią Roberts. Surfowałem wtedy na plaży w Australii. Kiedy wracałem, podeszła do mnie pewna kobieta. Miała około 80 lat, ale była super stylowa, ubrana tak, jakby szła na imprezę dla nastolatek. Gdy zobaczyła mnie z deską, krzyknęła: "Gabriel"! Natychmiast chwyciła mnie za rękę i zabrała do pobliskiej restauracji, gdzie czekało jeszcze pięć innych stylowych kobiet w podobnym wieku. Pokazała mnie i powiedziała: "Patrzcie, kogo przyprowadziłam!". To było jedno z najzabawniejszych spotkań z fanami, jakie miałem w życiu.
Czytaj więcej: "Czułem się, jakbym zaczynał wszystko od nowa". O teatrze, kinie i magicznym czasie świąt












