Newsflash: Amerykańska Akademia Filmowa wyróżniła "Grzeszników" aż 16 nominacjami do Oscara, bijąc tym samym rekord należący dotąd do takich legend jak "Wszystko o Ewie", "Titanic" czy "La La Land" (14 nominacji).
Film Ryana Cooglera startuje m.in. w kategoriach: najlepszy film, reżyseria, scenariusz oryginalny, zdjęcia, muzyka, montaż, scenografia, kostiumy, dźwięk, a także za role aktorskie – dla Michaela B. Jordana, Wunmi Mosaku i Delroya Lindo. Już dziś wielu krytyków przewiduje, iż "Grzesznicy" mogą zgarnąć większość statuetek, a choćby realnie zagrozić legendarnemu rekordowi 11 Oscarów, należącemu do "Ben-Hura", "Titanica" i "Władcy Pierścieni: Powrotu króla".
Jeśli tak się stanie, będziemy świadkami historycznego triumfu filmu, który nie jest ani sequelem, ani remake'em, ani bezpiecznym produktem pod algorytmy. Zresztą reżyser Ryan Coogler od lat udowadniał, iż potrafi łączyć autorską wrażliwość z kinem głównego nurtu – od "Fruitvale Station", przez "Creeda", po marvelowską "Czarną Panterę" (co interesujące we wszystkich grał Michael B. Jordan).
Jednak "Grzesznicy" (w Polsce dostępni na HBO Max) to jego najbardziej osobisty i bezkompromisowy film. To kino głęboko zakorzenione w amerykańskiej mitologii Południa, świadome jej mrocznych fundamentów. Po raz pierwszy od dawna reżyser o takim budżecie i pozycji w branży pozwala sobie na pełną wolność – formalną, gatunkową i ideową – oraz twórcze szaleństwo, które kończy się spektakularnym sukcesem. Chwała za to zarówno Hollywood, jak i widzom.
O czym są "Grzesznicy", czyli rasizm, amerykańskie Południe i... wampiry
Akcja filmu przenosi nas do Missisipi w 1932 roku, w sam środek Południa czasów Jima Crowa – świata segregacji rasowej, biedy i przemocy, ale też muzyki, wspólnoty i pragnienia ucieczki.
Michael B. Jordan w podwójnej, imponującej roli wciela się w bliźniaków Smoke'a i Stacka – byłych gangsterów, którzy po latach wracają z Chicago do rodzinnego miasteczka, by otworzyć juke joint, bar z muzyką, tańcem i alkoholem, który pozwoli chociaż na chwilę odetchnąć czarnej społeczności.
Pomaga im kuzyn Sammie (Miles Caton), syn pastora i utalentowany bluesman, którego muzyka – jak głosi legenda – potrafi przyciągnąć zarówno zbawienie, jak i zło. I rzeczywiście: z czasem do opowieści wkracza element nadnaturalny. Wampiry pojawiają się w filmie Cooglera nie jako klasyczne potwory, ale jako metafory – białej supremacji, kolonialnej przemocy, obietnicy fałszywej wspólnoty i iluzji wolności.
To ważne: "Grzesznicy" nie są klasycznym horrorem. Ci, którzy liczą na nieustanne jump scare'y i liczne krwawe atrakcje, mogą poczuć się zawiedzeni. Strach w tym filmie działa inaczej – narasta powoli, podszyty historią, pamięcią i świadomością krzywd, które nigdy się nie zagoiły. Sprowadzenie nietuzinkowego scenariusza Cooglera jedynie do horroru byłoby szkodą dla całego filmu.
Coogler świadomie bawi się konwencją. "Grzesznicy" są jednocześnie filmem grozy, musicalem, westernem, dramatem historycznym i gangsterskim – ale nigdy nie rozpadają się pod ciężarem tych ambicji. Reżyser korzysta z klasycznych tropów tylko po to, by nadać im nowe znaczenia. Dzięki temu choćby najbardziej widowiskowe sekwencje akcji nie tracą sensu – są przedłużeniem emocji, nie pustym spektaklem pod widza.
Muzyka w "Grzesznikach" zasługuje na wszelkie nagrody
"Grzesznicy" są znakomicie zrealizowani i trudno się do czegokolwiek przeczepić. Zdjęcia Autumn Durald Arkapaw doskonale oddają duszny, niepokojący klimat amerykańskiego Południa; kostiumy wyglądają tak, jakby bohaterowie nosili je od lat; scenografia sprawia wrażenie prawdziwie "zamieszkanej". Rewelacyjny montaż nadaje filmowi puls i konsekwentnie buduje jego dynamikę.
Nad tym wszystkim czuwa jednak Ryan Coogler – dojrzały, świadomy reżyser, który doskonale wie, co pokazać, gdzie skierować spojrzenie widza, co dopowiedzieć, a co pozostawić w sferze niedomówień. To kino prowadzone pewną ręką twórcy o ogromnym talencie.
Jeśli jeden element "Grzeszników" zasługuje na osobne wyróżnienie, to jest nim muzyka. Filmowe piosenki budują sugestywny, autentyczny klimat Południa sprzed dekad, stając się integralną częścią opowieści, a nie jedynie tłem wydarzeń. "Lied to You" to natomiast jedna z najlepszych piosenek nominowanych do Oscara w ostatnich latach.
I są jeszcze wybitne instrumentale – laureat dwóch Oscarów (za "Czarną Panterę" i "Oppenheimera") Ludwig Göransson tworzy ścieżkę dźwiękową, która jest nie tylko tłem, ale sercem filmu. Blues, gospel, folk, afrykańskie rytmy i współczesne brzmienia przenikają się w hipnotycznych sekwencjach, z których jedna – anachroniczny, transowy taniec przez historię muzyki – już dziś przechodzi do kanonu kina XXI wieku. To jedna z najlepszych scen, jakie widziałam, mistrzowsko zrealizowana.
Muzyka w "Grzesznikach" jest aktem oporu, formą pamięci i obietnicą przyszłości. To ona daje bohaterom chwilową wolność, ale też ściąga na nich zagrożenie. Coogler pokazuje, iż kultura nie jest dodatkiem do historii – jest jej krwiobiegiem. Ludwig Göransson już powinien przygotowywać mowę oscarową, bo zbliża się trzecia (!) złota statuetka dla szwedzkiego kompozytora.
Michael B. Jordan w "Grzesznikach" jest świetny, ale nie najlepszy z obsady
Aktorstwo w "Grzesznikach" jest kolejnym filarem całego przedsięwzięcia. Michael B. Jordan w podwójnej roli Smoke'a i Stacka wykonuje popis nie tylko techniczny, ale przede wszystkim emocjonalny.
To dwie różne energie zamknięte w tym samym ciele: Smoke jest wycofany, melancholijny, nosi w sobie ciężar straty i poczucie winy; Stack przeciwnie – błyszczy uśmiechem, ironizuje, prowokuje. Coogler i Jordan nie traktują tej podwójności jako efektownej sztuczki, ale jako metaforę rozdartej tożsamości – między pragnieniem bezpieczeństwa a pokusą władzy. Ukłony dla Jordana, który ani razu nie nie wyszedł z żadnej ze swoich dwóch ról.
Miles Caton jako Sammie to objawienie: charyzmatyczny, autentyczny, z głosem, który naprawdę potrafi "otworzyć niebo" – szkoda, iż nie został wyróżniony przez Akademię. To nie tylko talent aktorski, ale i muzyczny, jest absolutnie fantastyczny. Z kolei zjawiskowa Wunmi Mosaku wnosi do filmu emocjonalność i cielesność, jakich rzadko doświadcza się w kinie gatunkowym. To właśnie jej rola wyróżnia się na tle obsady, a Brytyjka powinna dostać Oscara. Najbardziej na niego zasługuje.
Nominację otrzymał także fantastyczny Delroy Lindo, który kradnie każdą scenę suchym humorem i historią zapisaną w pomarszczonej twarzy. Jego wyróżnienie było nieoczekiwane, stąd sporo głosów, iż "zabrał" miejsce w kategorii najlepszy aktor drugoplanowy wybitnemu Paulowi Mescalowi w "Hamnecie". Mimo iż brak Mescala to jedno z największych zaskoczeń tegorocznych nominacji, to winy nie ponosi tu oczywiście Lindo – jego nominacja nie jest na wyrost, jest świetny.
Zresztą praktycznie cała obsada jest fenomenalna. Hailee Steinfeld, znakomita, ale wciąż niedoceniana aktorka, daje tu jedną z najlepszych ról w swojej karierze – jako Mary, biała kobieta, która utożsamia się z czarną społecznością, jest uwodzicielska, autentyczna, momentami niebezpieczna. Na plus działa także jej iskrząca chemia z Jordanem.
Nie można też nie wspomnieć o rewelacyjnym Jacku O'Connellu, który zdecydowanie za rzadko pojawia się w dyskusjach o "Grzesznikach" – jako muzyk z piekła rodem jest czystym żywiołem i charyzmą. Oglądając go na ekranie, trudno nie czuć niepokoju i – nie spoilerując – o to chodzi.
"Grzesznicy" mogą uratować Hollywood
Jednym z największych osiągnięć "Grzeszników" jest sposób, w jaki film opowiada o rasizmie. Coogler unika amerykańskiej martyrologii, nie epatuje cierpieniem i nie moralizuje wprost. Zamiast tego buduje świat, w którym systemowa przemoc jest wszechobecna – w spojrzeniach, w przestrzeni, w tym, kto może wejść do środka, a kto musi zostać na zewnątrz.
To kino polityczne, ale nie publicystyczne ani moralizatorskie. To film o odkupieniu, zemście, niesprawiedliwości i marzeniu o wolności. Choć zakończenie momentami bywa nieco ckliwe i dosłowne – za co odjęłam pół gwiazdki – seans kończy się poczuciem, iż właśnie obejrzeliśmy coś ważnego i rewolucyjnego, choćby jeżeli "Grzesznicy" nie do końca trafiają w nasz gust i nie podzielamy zachwytów. A przy tym wciąż pozostają znakomitą rozrywką.
"Grzesznicy" to również dowód na to, iż Hollywood nie musi żyć wyłącznie sequelami, rebootami i franczyzami – zwłaszcza iż odnieśli sukces w box office i zarobili 368 milionów przy 100-milionowym budżecie. To znak dla wielkich wytwórni (film Cooglera jest ze stajni Warner Bros.), iż da się robić autorskie filmy z sercem i triumfować.
To film odważny, mieszający gatunki, ryzykujący narracyjnie i formalnie, a przy tym absolutnie widowiskowy. Coogler przypomina, iż wielkie kino rodzi się tam, gdzie twórcy mają coś do powiedzenia – i odwagę, by powiedzieć to po swojemu. To jego najlepszy film i jeden z najlepszych amerykańskich filmów ostatnich lat.
Jeśli Akademia nagrodzi "Grzeszników" tak hojnie, jak wyróżniła ich nominacjami, będzie to nie tylko triumf jednego filmu, ale sygnał, iż oryginalność i artyzm wciąż ma znaczenie. I iż kino – to prawdziwe, niealgorytmiczne – przez cały czas potrafi rozpalać wyobraźnię.














