Zaczęło się we wtorek po pracy. Wychodziłam z przychodni przy alei Róż w Lublinie, poprawiałam pasek torby, myślałam o tym, żeby kupić pomidory na bazarze przy Ruskiej. I wtedy zobaczyłam Grześka. Stał oparty o słup ogłoszeniowy, z miną człowieka, który przyszedł odebrać dług.
— Cześć — powiedziałam. — Co ty tu robisz? Mówiłeś, iż masz delegację do Chełma.
— Jadę jutro — uciął. — Ale najpierw musimy pogadać. Konkretnie.
— No to gadajmy. Tylko nie na ulicy, dobrze? Wracajmy do domu, zrobię herbatę.
— Nie ma czasu w herbatę. — Spojrzał na zegarek, potem gdzieś ponad moją głowę. — Od przyszłego tygodnia bierzesz urlop. Bezpłatny. I jedziesz do mojej matki pod Zamość. Trzeba się nią zająć, bo ledwo chodzi po operacji. Sprawa załatwiona.
Zatrzymałam się w pół kroku. Torba zsunęła mi się z ramienia, złapałam ją tuż przy ziemi.
— Zaraz, zaraz — powiedziałam powoli. — Ja mam wziąć urlop i jechać do twojej matki. A ty? A twoja siostra?
— Siostra ma dzieci. Ja pracuję. Ty jesteś jedyną osobą, która może. Koniec dyskusji.
— Czyli twoja rodzina to moja zmiana? Dyżur przy łóżku? A moje badania, kapelan szpitalny, pacjenci, którzy na mnie czekają?
— Przełożysz. Albo weźmiesz wolne. Co za problem? — Wzruszył ramionami. — Rodzina jest ważniejsza niż jakaś tam robota w przychodni.
Stałam i patrzyłam na niego. Na tę znajomą twarz, na zmarszczkę między brwiami, na sposób, w jaki przechylał głowę, kiedy wydawał wyrok. Jedenaście lat. Jedenaście lat myślałam, iż jesteśmy zespołem. A tu proszę — okazuje się, iż jestem pracownikiem do oddelegowania.
— interesujące — powiedziałam cicho. — A zapytać mnie, czy mam ochotę spędzić kilka tygodni na wsi z kobietą, która nigdy nie powiedziała mi dobrego słowa? To już nie?
— Moja matka cię lubi.
— Twoja matka nie wie, jak mam na imię. Zawsze mówi o mnie „ta twoja”.
— Nie przesadzaj.
— Nie przesadzam. Notuję fakty. — Zarzuciłam torbę na ramię. — Wracajmy do domu, to porozmawiamy spokojnie.
— Nie ma o czym. — Wyciągnął telefon, zaczął coś stukać. — Sprawa załatwiona. Powiedziałem matce, iż przyjedziesz w poniedziałek. Nie rób mi wstydu.
Odwrócił się i poszedł w stronę przystanku. A ja stałam przed przychodnią, z pomidorami, których nie kupiłam, i z myślą, która pukała w skronie: powiedziałam matce. Nie „prosiłem cię”. Nie „może byście się dogadały”. On po prostu obiecał mnie jak paczkę. Nadał nadawcę, odbiorcę, termin dostawy.
Wieczór spędziłam u Magdy, koleżanki z pracy. Mieszka dwa przystanki ode mnie, na Czwartku, w starej kamienicy z krętymi schodami. Zawsze pachnie u niej cynamonem, bo piecze szarlotki na zamówienie.
— Czyli co? — Magda postawiła przede mną kubek z melisą. — Facet ci mówi: rzucasz pracę, jedziesz na wieś, bądź służącą mojej matki. Tak, jakbyś nie miała własnego życia.
— Mniej więcej.
— A jego siostra? Ta cała Patrycja? Niech ona jedzie.
— Patrycja ma dwoje dzieci, męża i firmę kosmetyczną w Krasnymstawie. Jest bardzo zajęta. Zwłaszcza teraz, gdy trzeba wozić matkę na rehabilitację.
— A ty nie jesteś zajęta? — Magda aż odstawiła kubek. — Ty masz nocne dyżury, hospicjum w środy, pacjentów onkologicznych. Kto cię zastąpi? Duch święty?
— Właśnie tego się boję. Że jakoś tak wyjdzie, iż ja jestem winna. Bo przecież matka czeka. Bo przecież obiecał. Bo przecież rodzina.
— Alina. — Magda położyła dłoń na stole, tuż obok mojej ręki. — To nie jest twoja matka. To matka twojego męża. Twoja rodzina to on. A on właśnie pokazał, gdzie cię ma. W walizce, razem ze swetrami.
Wracałam do domu na piechotę. Miasto pachniało wilgocią i liśćmi. Na Czechowie paliły się okna bloków, w jednym ktoś ćwiczył na keyboardzie „Dla Elizy”. Zatrzymałam się pod klatką i popatrzyłam w górę. W naszym oknie paliło się światło. Grzesiek był w domu. Zbierał siły przed kolejną odsłoną.
Weszłam. W przedpokoju leżały otwarte kartony, a on wyciągał z szafy moje bluzy.
— Pakuję cię — oznajmił bez owijania. — Żeby było szybciej. W poniedziałek rano pociąg do Zamościa, potem bus do Dzierzkowic. Zobacz, jaki jestem pomocny.
Stał z moją beżową sukienką w dłoniach, składał ją w kostkę, wciskał do walizki, jakby pakował towar do wysyłki.
— Grzesiek — powiedziałam spokojnie. — A gdybym tak nie pojechała? Co byś zrobił?
— Nie wygłupiaj się. Matka czeka. Patrycja dzwoniła trzy razy. Wszyscy wiedzą, iż przyjeżdżasz. Nie zrobisz mi tego.
— Czego ci nie zrobię?
— Wstydu. — Wcisnął ostatnią bluzę, zatrzasnął wieko, usiadł na walizce, żeby się domknęła. — Wszystko ustalone. Ty się zajmiesz matką, ja przyjadę w weekendy, Patrycja przyśle pieniądze na leki. Plan idealny.
— Piękny plan — przyznałam. — Tylko ja w nim jestem nogą od stołu.
Zadzwonił telefon. Patrycja. Grzesiek odebrał, włączył głośnik, żebym słyszała.
— I co, jedzie? — usłyszałam jej pisk. — Bo matka już pierzynę dla niej szykuje.
— Jedzie — powiedział Grzesiek, patrząc mi prosto w oczy. — W poniedziałek jest na miejscu.
— No nareszcie. Bo wiesz, ja mam teraz sajgon, dzieciaki, mąż, firma. Nie miałabym kiedy jeździć. A tak, Alina przyjedzie, posprząta, ugotuje, na rehabilitację zawiezie.
Słuchałam tego i czułam, jak we mnie coś powoli, spokojnie stygnie. Nie gotowało się. Nie wybuchało. Po prostu zamarzało.
— Patrycja — przerwałam. — A ty byś przyjechała do mojej mamy? Tak na miesiąc? Umyć okna, zrobić obiad, zawieźć do lekarza?
Cisza. A po chwili:
— Alina, no co ty. Ja przecież mam dzieci.
— Aha. Czyli ty masz dzieci, twój brat pracę, a ja — jak rozumiem — jestem wolna. Bez zobowiązań. Bez planów. Bez życia.
— Ty zawsze wszystko wyolbrzymiasz! — fuknęła. — To tylko kilka tygodni. Co ci szkodzi?
— Nic mi nie szkodzi — powiedziałam. — Absolutnie nic. Cieszę się nawet. Poznam twoją mamę bliżej. Może w końcu zapamięta, jak mam na imię.
Grzesiek zakończył rozmowę i popatrzył na mnie z nadzieją.
— No widzisz. Da się z tobą normalnie pogadać.
— Da się — uśmiechnęłam się. — Słuchaj, skoro mam jechać, to muszę się porządnie spakować. Pomóżesz mi?
— Jasne. — Aż mu się twarz rozpromieniła. — Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Matka cię polubi.
Nie spałam tej nocy. Leżałam obok śpiącego Grześka i patrzyłam w sufit. Myślałam o jedenastu latach. O tym, jak zrezygnowałam z pracy w szpitalu klinicznym, żeby nie dojeżdżać do Warszawy. O tym, jak wspierałam go, kiedy zakładał firmę transportową w Lublinie. O tym, jak powtarzał: „jesteśmy drużyną”. I o tym, jak teraz pakuje mnie do walizki, nie pytając o zdanie.
W poniedziałek rano zjadł śniadanie, wypił kawę, zaniósł moje bagaże do auta.
— Ja cię podwiozę — oznajmił. — Na dworzec. Matka już czeka z obiadem.
— Naprawdę? — zdziwiłam się. — A nie masz delegacji?
— Przełożę. Ważne, żebyś dojechała.
Siedziałam obok niego, patrzyłam na mijane kamienice, na szyldy, na przystanek, na którym codziennie rano czekałam na autobus. Kiedy wjechaliśmy na parking przy dworcu, odwrócił się do mnie.
— To co? Dasz radę z tymi bagażami? Bo ja muszę lecieć.
— Dam radę. Dziękuję za podwiezienie.
Pocałował mnie w policzek, pomógł wyjąć walizki z bagażnika, zarzucił mi torbę na ramię.
— Zadzwoń, jak dojedziesz. Matka się niepokoi.
— Zadzwonię — obiecałam.
Pomachał mi zza szyby i odjechał. Poczekałam, aż zniknie za skrzyżowaniem. Potem podeszłam do kasy, kupiłam bilet. Nie do Zamościa.
Wysiadłam w Nałęczowie. Wynajęłam pokój w starej willi przy Parku Zdrojowym, z balkonem, z którego widać było pijalnię wód. Postawiłam walizki w kącie, zdjęłam buty, usiadłam na łóżku. Wyjęłam telefon i napisałam do Grześka: „Dojechałam. Jest pięknie. Buziaki.”
Wieczorem zadzwoniła Patrycja. Nie odebrałam. Potem znowu Grzesiek. Odebrałam.
— No i co? — zapytał z ulgą w głosie. — Jak tam matka?
— Nie wiem — powiedziałam. — Nie widziałam się z nią.
— Jak to nie widziałaś? Przecież wysadziłem cię na dworcu.
— Wysadziłeś. I kupiłam bilet. Tylko do innej miejscowości.
Cisza. Długa, klejąca. Potem:
— Alina, co ty wyprawiasz? Gdzie jesteś?
— W Nałęczowie. Wynajęłam pokój na tydzień, zapłaciłam z góry siedemset złotych. Woda siarkowa, spacery, cisza. Polecam.
— Zwarjowałaś?! Matka czeka! Patrycja dzwoni! Co ja im powiem?!
— Powiedz, iż popełniłeś błąd. Że zaplanowałeś mi życie bez pytania. Że obiecałeś komuś moją pracę, mój czas, moje zdrowie. I iż nie pytałeś mnie o zdanie.
— Masz natychmiast wsiąść w pociąg i jechać do matki! — ryknął.
Rozłączyłam się. Wyłączyłam telefon.
Przez tydzień nie włączałam go ani razu. Chodziłam po parku, piłam wodę z pijalni, czytałam książki, których nie tknęłam od lat. I powoli, dzień po dniu, układałam w głowie to, co chciałam mu powiedzieć.
Wróciłam w sobotę późno. Grzesiek siedział na kanapie, przed nim stała pusta butelka po wódce. Na mój widok poderwał się gwałtownie.
— Nareszcie! — krzyknął. — Gdzieś ty była?! Ludzie dzwonili! Matka płakała! Patrycja się wściekła!
— W Nałęczowie — powtórzyłam. — Już mówiłam. To miasto, które leczy serce. Ty też powinieneś pojechać.
— Nie żartuj sobie ze mnie! — Zamachnął się ręką, ale się powstrzymał. — Co to miało być?! Zostawiłaś mnie z tym wszystkim! Z matką, z siostrą, ze wstydem przed ludźmi!
— A ty zostawiłeś mnie z walizką, w którą sam mnie zapakowałeś. Bez pytania. Bez jednego „czy chcesz”.
— Rodzina! — wrzasnął. — To jest rodzina! A ty uciekłaś jak jakaś…
— Jak dorosła kobieta — weszłam mu w słowo. — Która nie jest niczyją własnością. Zobacz, Grzesiek, jak pięknie to brzmi: ja nie jestem niczyją własnością.
Stał, oddychając ciężko. Ja podeszłam do szafy, wysunęłam szufladę, zaczęłam wyjmować swoje rzeczy. Spokojnie, powoli, bez złości.
— Będziesz potrzebować czegoś? — zapytał nagle, jakby nie rozumiał.
— Niczego. Jedenaście lat rzeczy zbieram w jedną torbę. Resztę zabiorę w przyszłym tygodniu.
— Alina, poczekaj… — Jego głos zmiękł. — Porozmawiajmy. Ja nie chciałem…
— Wiem, czego nie chciałeś. — Spakowałam szczoteczkę do zębów. — Nie chciałeś rozmawiać. Nie chciałeś pytać. Nie chciałeś słuchać. To teraz ja nie chcę dłużej siedzieć w twoim planie. Jako mebel.
Zatrzymałam się w drzwiach.
— I wiesz, co było najgorsze? Nie to, iż kazałeś mi jechać. Tylko to, iż powiedziałeś: „sprawa załatwiona”. Bo twoje słowo wystarczyło. A moje nie istniało.
Wyszłam. W windy pachniało cudzym obiadem i pastą do podłóg. Na klatce paliło się światełko na motion sensor, gasło co chwilę, kiedy stałam nieruchomo.
Wynajęłam kawalerkę na Felinie. Małą, z oknem na blokowisko. Pierwszego dnia kupiłam w Biedronce czajnik, kubek z motywem ziół, herbatę z cytryną. Usiadłam na podłodze, bo meble miały przyjechać dopiero we wtorek, i popatrzyłam na nagą ścianę.
Grzesiek dzwonił. Codziennie. Dwa, trzy, siedem razy. Nie odbierałam. Raz zostawił wiadomość: „Matka pyta, kiedy przyjedziesz. Patrycja mówi, iż musisz się wytłumaczyć.” Usunęłam.
Po tygodniu przyszła do mnie Patrycja. Stała w progu mojej kawalerki z miną poborcy podatkowego.
— Migiem się tłumacz — rzuciła. — Co ty wyrabiasz? Matka przez ciebie zdrowie straciła. Antka zawał ze wstydu. Ja nie mam kiedy jeździć, a ty tu sobie siedzisz!
— Patrycja. — Popatrzyłam na nią spokojnie. — Twoja mama, twój kłopot. Twoja rodzina, twój problem. A mój mąż, naliczyłam, jedenasty rok usiłuje ze mnie zrobić sprzęt gospodarstwa domowego. Nie wiem, czemu cię to dziwi.
— Boże, jaka ty jesteś zimna! — wykrzyknęła. — Rodzina!
— Właśnie. Rodzina. — Uśmiechnęłam się. — Twoja. Ja z wami rodziny już nie mam. Od tygodnia. I cieszę się, iż mogę ci o tym powiedzieć twarzą w twarz, a nie przez telefon.
Zamknęłam drzwi. Usiadłam na krześle i wypisałam na kartce: „sąd, Lublin, pozew o rozwód, termin za dwa miesiące”. Potem wzięłam telefon i wreszcie do niego zadzwoniłam.
— Zabierz resztę rzeczy z mieszkania — powiedziałam. — W przyszłą sobotę, gdy ciebie nie będzie. Zostaw klucze u sąsiadki, tej spod czwórki, z yorkiem. Tomek ci da numer.
— Alina, przecież my musimy porozmawiać…
— Nie musimy — przerwałam. — Ty już powiedziałeś wszystko, co chciałeś. Ja teraz mówię to, co chcę: nie jestem twoją przesyłką. I nigdy nie byłam.
Rozłączyłam się.
A potem zrobiłam coś, co robiłam od dawna po cichu — i co dopiero teraz, po tym wszystkim, przestało mnie boleć. Otworzyłam konto w banku pod Świdnicą, dwieście metrów od nowego miejsca. Przelałam oszczędności z wspólnego konta. Wszystkie czterdzieści tysięcy, które odkładałam na wkład własny, jeszcze zanim powiedział mi, iż „sprawa załatwiona”.
I uśmiechnęłam się do ściany. Bo po raz pierwszy od jedenastu lat to ja decydowałam, gdzie stoją moje rzeczy. I gdzie ja nie stoję.
On dzwonił jeszcze przez tydzień. A potem przyszedł SMS: „Matka pyta, czy przyjedziesz na święta.”
Odpisałam: „Niech zaprosi ciebie. I Patrycję. To wasza kolejka. Ja już swój dyżur odsiedziałam.”
Więcej nie napisał. Tylko patrzyłam, jak w oknie naprzeciwko, na piątym piętrze, ktoś wiesza firanki — i pomyślałam, iż w Nałęczowie pachnie siarką i szpilkami sosen. Tam wrócę. Na wiosnę. Sama. I kupię bilet, nie oglądając się za siebie.







