Greta Van Fleet – Palace for the People – przedpremierowa recenzja płyty

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Przeciskam się między czyimiś nogami a fotelami z niższego rzędu. Z ekranu huczą reklamy, pewnie już od dobrych piętnastu minut. Docieram na swoje miejsce. Siadam wygodnie. W powietrzu unosi się zapach popcornu. Czekam jeszcze moment, po chwili gasną wszystkie światła. Ekran staje się czarny. Ustają szmery rozmów. Zaczyna się film.

***

Wracam do domu. Zrzucam buty. gwałtownie odgrzewam obiad. Padam na łóżko. Zakładam słuchawki. Wyszedł nowy album. Otwiera go instrumentalne Into the Beginning – pulsująca perkusja, wokaliza i orkiestrowe aranżacje budują napięcie. Zapowiada się majestatycznie, z rozmachem. Czy sprosta oczekiwaniom?

Zobacz również: Artur Rojek – Chciałbym urodzić się żeby latałem – recenzja płyty

Mowa tu o Palace for the People, najnowszej płycie amerykańskiego zespołu Greta Van Fleet. Co więc można powiedzieć o nowym projekcie młodych muzyków z Frankenmuth w stanie Michigan, czołowych przedstawicieli klasycznego, bluesowego i hardrockowego grania w dzisiejszym krajobrazie muzycznym?

Po pierwsze, miłośnicy falsetu się nie zawiodą. Choć momentami wokal jest aż zbyt patetyczny, to zwykle teatralne popisy Josha Kiszki nie tylko powalają techniczną maestrią, ale przede wszystkim eksplodują emocjami. Gardłowy ryk z Play Your Games przyprawia o ciarki. Przeszywające, wysokie noty w Saw You Stand (skądinąd trafny wybór singla) dogłębnie poruszają czułe struny w słuchaczu (a raczej walą w nie kijem do baseballa). Wokalista pokazuje tu własny, charakterystyczny styl. Tym samym zawstydza krytyków, porównujących go (kiedyś nieco słusznie) do Roberta Planta z Led Zeppelin.

Zobacz również: Lalka – recenzja filmu. Tragiczny idealizm

Basista Sam Kiszka i perkusista Daniel Wagner tworzą solidną podstawę rytmiczną zespołu, nadając utworom groove i werwę. Widać to szczególnie w Dreams You Hold i Heart and the Beat. Do tego zgaduję, iż nie jeden gitarzysta chciałby poznać ustawienia wzmacniacza Jake’a Kiszki. Brzmienie gitary elektrycznej (do którego najlepiej pasuje określenie “chrupiące”) to soczysta uczta dla uszu. Na albumie znajdziemy kilka ciekawych riffów gitarowych – chwytliwy główny motyw z Tear it Down czy nastrojowa, z miejsca chwytająca za serce, otwierająca zagrywka z Dreams You Hold. Niestety jest tu też sporo melodii, które w pamięci nie zostają.

***

Siedzę wygodnie w fotelu. To seans Odysei Christophera Nolana. Wrażenie robią efekty praktyczne, wspaniały cyklop, przemiana wojowników w wieprze, do tego żwawa akcja, końcowa scena walki… Po prostu dobrze się to ogląda.

***

Zobacz również: Najciekawsze filmy koncertowe 2026 roku w kinach

Na płycie dominuje brzmienie łączące gitarę elektryczną z akustyczną, rozpęd z melancholią, teatralność wokali z lirycznością. Play Your Games czy Field of Stars tak bardzo promieniują euforią i energią, iż aż chciałoby się odkurzyć Harleya i popędzić ku Słońcu. Tymczasem Boughten Bliss czy Saw You Stand są bardziej refleksyjne i nastrojowe. Album zawiera kilka bardzo chwytliwych refrenów, szczególnie Tear it Down czy Dreams You Hold, którymi zespół spokojnie mógłby rozruszać publikę na stadionach. Niektóre utwory, jak Call my Own czy Born Into This, mimo całego rozmachu, nie wyróżniają się jednak na tle innych, przez niewielką dynamikę i brak ciekawszych melodii.

***

Wychodzę z kina. Film świetnie zrobiony. Bawiłem się naprawdę dobrze, ale… Następnego dnia już o filmie nie pamiętam. Dlaczego? Bo zdaje się, iż gdzieś już to widziałem. Niby epopeja, a jednak blockbuster jak wiele innych, nie wnoszący wiele nowego (co swoją drogą dziwne, jak na wizjonerstwo Nolana). I podobne uczucie mam, gdy słucham Palace for the People.

***

Zobacz również: Obcy – recenzja filmu. Mniej niż zero

Echa historii rocka w nowym (jak i każdym innym) albumie zespołu Greta Van Fleet pobrzmiewają głośno, trochę za głośno. Nie chodzi tu choćby o porównania do Led Zeppelin – na ten moment tyle nadużywane, co przesadzone. Zespół ma zdecydowanie charakterystyczne brzmienie. Ale charakterystyczne to nie to samo, co oryginalne.

To mój główny zarzut do zespołu. Znamy już wysokie męskie wokale z Aerosmith, Rush i można długo wymieniać dalej. Teksty o rock’and’rollowym życiu, utraconej miłości, choćby jeżeli czasem wciąż poruszają, to przerabialiśmy je przez całą historię tego gatunku muzycznego. choćby ciekawszym muzycznie Lost in the Golden, z kompozycją wykorzystującą skalę frygijską (tą brzmiącą “egipsko”), Ameryki nie odkryto – choćby Scorpions, nim podbijali stacje radiowe i stadiony, mieli swoje Sails of Charon. Na nowej płycie grupy Greta Van Fleet brak ciekawej gry z konwencjami klasycznego, podszytego bluesem hard rocka. Zamiast tego dostajemy po prostu klasyczny, podszyty bluesem hard rock.

Zobacz również: Lokalność a uniwersalność. Jakie granice przekracza polskie kino?

Być może narzekam. Być może nie każdy zespół musi odkrywać Amerykę. Palace for the People to ostatecznie naprawdę solidny album, broniący się grą pełną prawdziwie rock’and’rollowej energii, chwytliwymi refrenami i fantastycznym, falsetowym wokalem. Sympatycy klasycznego rocka będą zadowoleni, a tym bardziej fani Grety, tymczasem słuchacze szukający świeżości w muzyce jej nie znajdą, a ja należę przede wszystkim do tych ostatnich.

Fot. główna: okładka albumu Palace for the People

Idź do oryginalnego materiału