Program „Goście Radziwiłłów” został zainicjowany przez Samorząd Województwa Wielkopolskiego w roku 2020.
Rezydentów zaprosił Pałac Myśliwski Książąt Radziwiłłów w Antoninie – Dom Pracy Twórczej.
Jednym z uczestników Programu „Goście Radziwiłłów” był Adrian Sinkowski, który w czasie pobytu w Antoninie pracował nad powieścią „Narewka”. Jej fragmenty prezentujemy poniżej:
Narewka
Deszczu nie ma na Podlasiu od maja. Równo czterdzieści pięć dni.
Marta prostuje rękę. Wyciąga ją w górę, nad głowę. Ciemność zalega w pokoju jak szlam na rzece, zbyt gęsta, aby kobieta dostrzegła kciuk czy nadgarstek. Głębiej. Mocniej. Ręka napiera na ciemność. Z boku wygląda to tak, jakby Martę interesowały rana, pęknięcie lub wnęka, gdzieś tu, gdzieś tam kobieta wreszcie na nie trafi. Dzięki nim wyczuje mrok pod palcami. Dotnie go od spodu. Włoży palec w bok ciemności.
Ciemność nie stawia oporu, równie dobrze kobieta mogłaby pchać ciało w wodę Narewki, niczym się to nie różni. Marta leży tak dobre dziesięć minut. Za powieką, a przed okiem, tym na wpół otwartym, majaczy scena, jak po pas Marta zanurza się w pomroku, a konsystencją przypominająca smołę, wyglądem wodę, mulista noc obleka ją z każdej strony. Na nic zaciskanie powiek, poprawianie poduszki, nakrywanie twarzy dłonią. Sen opuścił kobietę. Niech to szlag.
Marta odpala komórkę dla zabicia czasu. Proszę, wczoraj Iga Świątek wygrała Wimbledon. Ale czad. Kobieta sunie palcem po ekranie. Zdjęcia, tytuły i nagłówki wołają o uwagę. Tragedia na Wisłostradzie. Niskie bezrobocie. Polski konsulat w Królewcu zamknięty. W jeden dzień mężczyzna wzbogacił się o miliard złotych. Drony nad Kijowem.

fot. J. Jurek
Marta ziewa.
Polki ograły Dunki trzy do dwóch. Fajnie. Premiera serialu. Dieta cud. Legia lepsza od Aktobe. Wyprzedaż rocznika. O nie, trzy dni temu była rocznica Jedwabnego. Kobieta kciukiem gasi ekran telefona. Odkłada urządzenie na materac.
Wszystkie znaki na niebie, ziemi i Onecie wskazują, iż od przyjazdu Marty na Podlasie świat wciąż jest tym samym światem.
Pogoda nastąpiła wszystkim na odcisk, nie tak? Upał zdetronizował sigmę w plebiscycie na młodzieżowe słowo roku. Na podstawie wiecznego upału powstaje serial z polską obsadą, premiera na Amazon Prime Video jesienią tego roku. Słońce, biel i upał, to i tylko to kręci życiem jak karuzelom. Ludzie mają dość.
Słowem, to samo.
Ten sam rytm.
Te same bzdety rządzą Podlasiem, Polską i światem.
Opalenizna na karku piecze jak diabli. Poranek blisko. Perspektywa nieuniknionego nastraja Martę ponuro. To dla niej nie nowość. Znajomi wciąż powtarzają, iż uśmiecha się za rzadko. Nieprawda. Uśmiecha się tyle, ile trzeba. Ponury nastrój wyciska z ciała Marty jak z tubki resztę lęku, wina wypełza gdzieś z brzucha i ściska gardło jak obręcz. Niemoc, złość i zmęczenie. Coś, co powstaje z ich połączenia na kwadrans przybija nogi Marty do materaca, nie pozwala ruszyć kobiecie z miejsca. Leży. Prostuje się. Zwija. Na jej twarzy maluje się kompletna dezorientacja. Co dalej?
Mówi się, iż kto ratuje jedno życie, ten ratuje cały świat. Marta wyrzuca sobie, iż nie zdołała ocalić Grzegorza. W ten sposób pogrzebała cały świat?
– Głowa do góry.
Ale to na nic. Słowa nie działają.
Gdzieś miała okazję czytać, iż potwór jest człowiekiem. Nie: człowiek jest potworem, ale właśnie tak. Na wspak. Na odwrót. Potwór wciela się w człowieka. Marta czuje się potwornie. Potworne, co spotkało Grzesia. Może w zdaniu o człowieku i potworze jest ziarno prawdy.
W głowie Marty roi się od pytań. Jeszcze chwila, a dopadnie ją migrena.
Marcie zdaje się, iż coś, ale gdzie tam. Nic. Najwyżej podmuch.
Strach. Niechęć. Poczucie winy. Niemoc. Za dużo tego naraz. Marta ma w zanadrzu ostatnią deskę ratunku. Marię zadowoli szklanka wody z kranu, ale tę, która poszła w ślady babci, będąc dla, a nie dzięki rodzinie, cucą tylko najbardziej wymyślne zachcianki. Marta ma ochotę na lody. Czekoladowe. Problem w tym, iż lodów nie ma. No więc?
Ostrożnie, w zupełnej ciemności Marta spuszcza okulary na nos.
Po uchyleniu drzwi noga omska się na listwie, ale co tam.
Marta usiłuje zestroić oddech z rytmem chodu. Jest w tym naprawdę dobra. Krok i oddech, krok i oddech.
Noc wywraca oczy Marty na drugą stronę. Sparaliżowany wzrok nie zatrzymuje kobiety przed zdjęciem. Marta wie, iż obok wysokiego na trzy metry okna, dla schodzących na lewej, dla wchodzących na prawej ze ścian, po pokonaniu ośmiu stopni ze strychu, a przed pokonaniem kolejnych ośmiu do kuchni wisi na półpiętrze fotografia.
Ona, brat i siostra, za nimi babcia.
Nie musi widzieć zdjęcia, wystarczy świadomość, iż ma je na wysokości oczu.
Czterdzieści pięć dni. Bez deszczu. Bez Grzegorza. Ponure myśli rozsadzają głowę kobiety.
Znowu strach, niechęć, poczucie winy i niemoc potrząsają Martą.
Czterdzieści pięć na Podlasiu to więcej niż liczba. Nie wierzysz? Od tylu powtórzeń szeptucha z Orli zaczynała każdą inkantację. Tyle godzin zajmuje marsz z Mołowistego do Drohiczyna, z Puńska do Hajnówki. Za najwyższą temperaturę w historii kraju meteorolodzy uznają czterdzieści pięć stopni odnotowane dwa dni temu w Mielniku obok Siemiatycz. Tyle budynków stoi w Świnorojach.
Dalej nie wierzysz? A ile kilometrów dzieli Biebrzę od Supraśli w miejscach, gdzie obie rzeki łączą się z Narwią? Ile złotych płaci się w Zabłudowie za baniak z wodą? Oczywiście czterdzieści pięć. Ornitolodzy są zdania, iż tyle gatunków, włączając rzadką czeczotkę tundrową złapaną w siatkę w czasie obrączkowania, odwiedza Olchówkę na przełomie lata i jesieni.
Na koniec najlepsze. Tyle metrów liczy wieża widokowa w Uhowie. Liczyła o metr mniej, ale urosła, ktoś zatknął na dachu biało-czerwoną flagę, a Google Maps zweryfikowały wysokość.
Tak działa Podlasie. Innego wytłumaczenia nie ma. Tak działa na czas, glebę, wzrok, słuch, przestrzeń, głos, skórę i węch. Czysta magia ubrana w czystą matematykę. A imię Podlasia brzmi czterdzieści i pięć.
Marcie znowu zdaje się, iż coś. Nikogo. Niczego. Tylko ona.
Przed trzecią Marta wtargnęła do kuchni. Wie, gdzie zostawiła Nałęczowiankę, nie wie, czy po omacku, bez włączania światła zdoła slalomem minąć stół, fotel i taboret, ostatnią z przeszkód dzielącą kobietę od kaflowego pieca. Próbuje. Mrok bawi się z Martą w kotka i myszkę. Bose stopy ostrożnie ciągną za sobą ciało kobiety. Lewa, za nią prawa, potem prawa, za nią lewa. Oczy wiercą w ścianie dziurę na wskroś. Kobieta, tnąca wyprostowanymi rękoma gorące powietrze wokół siebie, niby wie, co przed, a co za nią, ale póki wzrok nie oswoi się z ciemnością jest zdana na przywoływaną w pamięci, orientacyjną przestrzeń.
– Po moim trupie – słowa Marty brzmią jak groźba.
Ludzie gadają, iż ciemność, rzucająca płaszcz na wszechobecną biel, to ostatni sojusznik ludzkości. Mają rację. Parę tygodni temu zmęczeni śniegiem na drogach i mrozem pod kurtkami sąsiedzi na to zdanie pukaliby się w głowę. Marzec machał lutemu na pożegnanie, a niczym niezrażona zima wrzynała się w glebę, zostawiając bruzdy szadzi.
Dzisiaj gadają, iż wody Bugu i Narwi zmieniły się w zawiesinę, ryby padają, ziemia to nie ziemia, raczej karapaks, a Czarną Hańczę i Biebrzę daje się przeprawić bez moczenia nóg. Koniec świata zbliża się do Anusina, Czeremchy, Osmoli, Kleosina, Suwałk, a Podlasie nie znajduje na niego sposobu.
Marta sadza ciało w fotelu.
– Po moim trupie – kobieta zaciska zęby i prędko prostuje kark, ramiona i plecy. Kości w szyi głośno chrupią.
Jak daleko Marta sięga pamięcią, z nagrzanego do pyrkotania kaflowego pieca, tego, który stoi przed nią przyjemnie zimny i pierwszorzędnie biały na tle ciemności, czerpała w dzieciństwie przekonanie, iż ten dom, ta ziemia więcej mają z zimy niż lata. Była w błędzie. Cały kraj był.
Wyzionąć ducha, zostawić ją z domem. Z ojcem i siostrą. Bezbronną wobec ukropu, nie mniej bezbronną wobec rodziny chciwie wyciągającej po nią łapska. Zdaniem Marty było to do Grzegorza podobne. Zdaniem Marii wprost odwrotnie.
– Zgodziłam się, bo co?
Stara łajza z brata. Dom był i jest Grzegorza, nie ma o co bić piany.
– Był i jest, nie wezmę na głowę kolejnego tematu. Koniec wyżymania, odkurzania, szorowania, przekładania, zdejmowania, układania, ścierania, zmywania, pakowania, mycia i wietrzenia. Prędzej wykituję – kobieta zaplątała się we własne słowa jak w sieć.
Noc chyli się ku końcowi, Marta pochyla się nad butelką.
Co robi Maria? To co robią inni: śpi jak kamień. Fakt, ludzie stąd twardą mają skórę, nie sen, ale upał dotkliwie unieważnił na Podlasiu sen zimowy i zastąpił go snem letnim. Dzięki niemu ludzie, owady i zwierzęta, taki borsuk, taka ropucha w zupełnym bezruchu wytrzymują najgorętsze godziny. Przesypiają je, nocą po raz drugi szukając ukojenia dla strapionego ducha i jeszcze gorzej strapionego ciała. Sen, oto ratunek.
Niby mogłaby rozciągnąć obrus i rozłożyć zastawę. Co innego ma do roboty. Wtem myśli: bezczynne siedzenie w fotelu jest dla człowieka stworzone. O tak, mięśnie odpoczywają, oczy już nie pieką od słońca, zdarta skóra na palcach mniej daje się we znaki. Pięknie. Cóż, piękne są chwile, a Marta niespecjalnie potrafi się z pięknem obchodzić. Nagle ponura myśl, iż jest coś niesprawiedliwego w tym, iż siostra śpi, a ona nie, od razu podsycane następną myślą, iż oto brat jest pod, ojciec obok, a siostra nad nią, boleśnie sprowadza ją z powrotem. Tu i teraz, taka pralka w schowku prosząca się o emeryturę, taki ekspres do kawy, którego poza nią i bratem nikt nigdy nie nauczył się obsługiwać z ogromną siłą, z dzikim impetem wżynają się w Martę. Wżynają się tak, iż boli.
Mija sekunda, a boli bardziej. Nie dlatego Marcie trzeci raz zdaje się, iż coś. Rzecz jasna, Marta wie, iż nic, ale odruch jest spontaniczny i nie wypływa z niej. Tak działa ciemność? Tak ciemność działa na Martę.
Rozgląda się. Dom. Tylko dom. W domu ona. W niej lęk, wina, niemoc, złość i zmęczenie, wszystkie naraz. Wszystkie połączone ze sobą w coś większego. Nieopisanego. Tym dla Marty jest życie.
Pod presją czasu i samej siebie Marta choćby zwleka się na równe nogi, zgina w pół, aby z kredensu wyjąć obrus i wtedy się zaczyna.
– Nie mają za grosz sumienia – wyrwało się Marcie.
Prostuje plecy. Końcami palców masuje powieki.
– Gwiżdżę na nich!
Składa ręce na biodrach.
– Ani be, ani me, tyle z nich pożytku, wszystko robię sama. Zawsze sama. Ciągle: zaraz, chwila, moment, sekunda. Ciągle: zrobię, oczywiście, tylko powiedz, jak ci pomóc. Uszy od tego więdną. Ja od tego więdnę!
Złość wypycha Marcie oczy z orbit. Pod zamkniętymi powiekami Marta śledzi w osłupieniu woźnicę. Zmierzcha, na środku duktu stoi owca. Czarne, puste oczy. Zwierzę ani drgnie. Mężczyznę ogarnia lęk. Gęsia skóra na przedramionach, chłód na karku. Koń prawie staje dęba. Mężczyzna nigdy nie widział owcy w okolicy. Zabłądziła… Odłączyła się od stada… Ale skąd? Czarne, puste oczy wiercą w mężczyźnie otwór na wylot. No. Taki z niego chojrak. Jest napisane: zła się nie ulęknę. Tymczasem portki ma pełne ze strachu. Zmawia modlitwę. Zrządzenie losu, iż późne słońce rzuca ostatnie promienie na dukt, coraz bliżej zwierzęcia. Owca się cofa. Im promienie bliżej racic, tym owca dalej od wozu. Wzrok wciąż ten sam, owca nie odrywa go od konia i człowieka. Ale cofa się przed światłem. Miejsca na konia i furmankę jest dostatecznie dużo. Dukt robi się przejezdny.
Tą opowieścią dziadek skazywał małą Martę i małą Marię na istne męki. Każdy jej ślad, każdy nawrót oznaczał, iż siostry nie mogły długo zmrużyć oczu. Piszczały. Nakrywały głowy pościelą. Zaciskały powieki. Jakby od samego niepatrzenia obraz rozpływał się w powietrzu.
Albo jest, albo jej nie ma. Tak działa pamięć.
Marta zmusza się, aby wyciągnąć z pamięci obraz, na którym jest Grześ. Tyle iż pamięć jest nietrwała. Bardziej nietrwała niż plama soku na swetrze. Marta przekonuje się o tym po trzeciej. W fotelu. Obcy mężczyzna i owca są, brata nie ma. Ta potrzebna pamięć nie zjawia się pod żadną postacią, w żadnym wariancie. Tej zbędnej i wyssanej z palca pamięci jest aż nadto. Wyssanej i opowiadającej Marcie niestworzone rzeczy.
Ach, dziadku. Widzisz? Takie wspomnienia to piąte koło u wozu.
Przez przypadek Marta połyka meszkę. Wszędzie mrok. Otworzyła usta. Stało się. Tfu.
Cień oparty o plecy kredensu wyraźnie zmalał. Pierwsze światło zakrada się na werandę. Ale to jeszcze nie świt.
Marta nie żałuje, iż tu jest.
Czasem ludzie oferują słowa. Tylko słowa. Puste słowa bez znaczenia, nikomu niepotrzebne. Zbędne. Czasem w słowach kiełkuje opowieść. Nie słowo, a właśnie opowieść wychodzi z człowieka i opłata kogoś innego. Zostaje wchłonięta. Zasycha na i pod skórą. Tak czuje się Marta od wstania z łóżka. Zamieszkana przez opowieść.
Ne żałuje, iż tu jest. Ale nie chce być dłużej częścią tego miejsca.
Marcie nie chodzi o to, aby ktoś ją nosił na rękach, poklepywał radośnie po plecach, aby szła od pochwały do pochwały. Jest jednak świadoma, iż bez pochwał daleko nie zajedzie.
– Nie żałuję, iż tu jestem, ale to ostatni raz – Marta słowami tnie ciszę na pół. Kobiecie wydaje się, iż nie lubi się nad sobą użalać i mogłaby przysiądź przed ojcem, przed siostrą, przed bratem i przed babcią, iż nieczęsto pokrzepia się takimi zdaniami.
Jeśli nie sprzedaż, to co? Dom popadnie w ruinę. Chory ojciec. Siostra i jej dwie lewe ręce. Innego rozwiązania nie ma. Albo ona, albo nikt. Marta jest pewna, iż nie porzuci Witolina dla Podlasia, nie zastąpi życia w Warszawie życiem na skraju puszczy. Nad Narewką. Wiedziała o tym w dniu przyjazdu. Wie to dzisiaj.






