W swym najnowszym filmie pt. „Gorzkie święta” (który niebawem wejdzie na ekrany) hiszpański klasyk Pedro Almodóvar idzie jeszcze o krok dalej. Najpierw zatapiamy się w napisaną przez niego historię, a potem uczestniczymy w dyskusji między twórcą a jego agentką, dotyczącą wykorzystania prawdziwych zdarzeń z jej życia, w tworzonym przez artystę dziele.
Mamy więc film o pisaniu scenariusza z wykorzystywaniem prawdziwych losów ludzi wokół artysty. To nic nowego. Pisarze zawsze żywili się własnymi życiorysami lub karmili się zdarzeniami z życia przyjaciół, sąsiadów, ludzi, z którymi mają styczność na co dzień. Mamy tu autoironiczny portret samego Almodóvara, któremu wypomina się, iż męczy już świat zgranymi schematami, nie daje nikomu zapomnieć o swojej zmarłej matce i o swoich obsesjach.
Można zaryzykować tezę, iż mało kto tak ironicznie opowiada o sobie jak Almodóvar, który jednocześnie daje nam subtelny sygnał, iż sam jest świadomy swoich obsesyjnie zdartych tematów i wtórnych już opowiastek, które wszak lubimy oglądać.
Jedną z ułomności wielu reżyserów jest rozbudowanie jakichś wątków, po czym porzucanie ich bez puenty i dalszego ciągu. Dla lepszego zobrazowania tego problemu Almodóvar robi takie zabiegi w swoim własnym filmie, czego najlepszym dowodem jest wątek ze strażakiem Bonifacio, który po godzinach służby dorabia jako tancerz w klubach dla pań.
Oto reżyserka filmów reklamowych Elsa tak bardzo jest zapracowana, iż nie ma czasu w żałobę po matce, nie ma czasu w życie osobiste, nie ma czasu w siebie. Taka gonitwa musi się źle skończyć i kończy się atakami paniki i migreny. Lekarze zalecają odpoczynek, tak więc Elsa wybiera się na znaną z pięknych widoków wyspę Lanzarotte. Jedzie tam razem z przyjaciółką, by odpocząć.
Tu wraca do pisania ambitnego scenariusza na potrzeby niekomercyjnego kina, czym wcześniej się z pasją zajmowała, ale klęska jej dwóch filmów ostudziła mocno twórczy zapał. Teraz, gdy ponownie wybucha w niej ogień twórczy, są tacy, którzy protestują, iż wykorzystuje ich prywatne tragedie i emocje do wątków użytych w scenariuszu. Nikt nie przyjmuje uwag, iż to fikcja i licencja poetycka.
I tu pojawia się jeszcze jedna grupa postaci, które piszą tę historię, spierając się o wykorzystywanie prywatnych wątków. Mamy więc film w filmie, ale także refleksje o stracie najbliższych. Ktoś stracił matkę, ktoś inny dziecko; Pedro nas jednak ostrzega, iż nie poradzimy sobie z tymi problemami przez nadmierną pracę, wypychanie czy unikanie tematu. Traumy, lęki, żałobę trzeba przepracować, bo inaczej gwałtownie się zgubimy i polegniemy z kretesem w dzisiejszym świecie pełnym pułapek.
Świetny film, ale głównie dla fanów reżysera, który w mistrzowski sposób miesza wątki z kilku różnych historii i na dodatek sam się z siebie dowcipnie naigrawa.
Ocena: Na pełnej fali















