"Gorąca rywalizacja" to prosta erotyczna historia na skomplikowane czasy – recenzja romansowego hitu

serialowa.pl 1 godzina temu

„Gorąca rywalizacja” wyskakuje od tygodni z każdego zakątka internetu, a teraz można wreszcie obejrzeć ją w Polsce. I zadać sobie pytanie: warto poddać się temu romansowi bez reszty czy jednak troszkę pomarudzić?

Trochę zazdroszczę osobom piszącym o tym serialu, zanim „Gorąca rywalizacja” („Heated Rivalry”) stała się światowym fenomenem. Pisanie o serialach jest wygodniejsze niż pisanie o fenomenach, kiedy to gdzieś z tyłu głowy ma się wywindowane popularnością produkcji oczekiwania, a czasem i jakiś opór, żeby coś wyraźniej skrytykować, bo cichy głosik podpowiada, iż świat (ocena 8,9/10 na IMDB) nie może się przecież mylić, prawda? Nie mam jednak komfortu cofnięcia się w czasie i piszę teraz. Spróbuję więc podszepty ściszyć, nie ignorując przy tym faktu, iż w założeniach niszowa, emitowana lokalnie przez platformę Crave, a dopiero potem międzynarodowo na HBO Max, kanadyjska adaptacja serii powieści z podgatunku hokejowego gejowskiego romansu okazała się w praktyce wyjątkowo nieniszowa.

Gorąca rywalizacja – o czym jest hitowy serial

Jeśli ktoś podobnie jak ja omijał książki ze zbioru „sama naga klata na okładce”, mógł przegapić kolejne tomy „Game Changers” Rachel Reid. A choćby gdyby natknął się na subtelniejszą okładkę nowszego wdania, rysunkową jak niemal przy wszystkich romansach i sporej części YA (przez co łatwo pomylić lekką i niewinną historię o pierwszych zakochaniach z ostrą erotyką), to nie na rodzimym rynku, bo jakimś cudem ta powieściowa seria nie wyszła jeszcze w polskim tłumaczeniu. Istnieje więc spora szansa, iż dla wielu osób, tak jak dla mnie, to pierwsze zetknięcie ze specyficzną konwencją. Na szczęście nie jest trudno ją pojąć, a potem wystarczy tylko pogodzić się z jej prawidłami.

„Gorącą rywalizację” ogląda się bowiem świetnie, jeżeli nie oczekuje się od niej bycia czymś innym, niż miała być – ekranizacją książek z gołymi klatami na okładce. Przez pierwsze dwa z sześciu odcinków 1. sezonu to wręcz niemal wyłącznie seks, dla niepoznaki przerywany (pun not intended, przy tym serialu samo się robi!) śladową narracją.

„Gorąca rywalizacja” (Fot. Crave Original)

Młodzi hokeiści, typowani na przyszłe gwiazdy fikcyjnej ligi udającej tu NHL, w 2008 roku poznają się na obozie i prawie natychmiast zaczynają układ polegający na potajemnych spotkaniach na seks. Ilya Rozanov (Connor Storrie – z Odessy, ale nie tej w Ukrainie, tylko teksańskiej) i Shane Hollander (Hudson Williams), a więc Rosjanin i Kanadyjczyk, „niegrzeczny” zabawowy chłopak i przestrzegający reguł introwertyk (diagnoza spektrum autyzmu nie pada wprost, ale stała się częścią kanonu), przez lata będą ukrywać swój romans, postrzegani przez opinię publiczną i hokejowe środowisko jako odwieczni wielcy rywale.

Tak, przez lata, bo „Gorąca rywalizacja”, zwłaszcza na początku, nie bawi się w rozbudowywanie scen i wątków danej chwili. Mamy scenę (najczęściej seksu) i przeskok czasowy do kolejnego spotkania (najczęściej na seks). Serial potrafi w trzy minuty zmieścić dwa lata. Gdzieś w tle są rodzice Shane’a (Dylan Walsh z „Bez skazy” i Christina Chang z „The Good Doctor”) i jego koledzy z zespołu, a Ilya cierpi z powodu swojej okropnej rodziny pozostawionej w Rosji, ale to tylko dodatki. I przyznaję, iż dokładnie po dwóch odcinkach, przy całym docenieniu, jak sugestywnie nakręcono sceny erotyczne (albo na erotyczne stylizowane, choćby pełną napięcia jazdę na rowerkach treningowych!), byłam tym już nieco znużona, a perspektywa jeszcze czterech odcinków tego samego nie wydawała się kusząca.

Gorąca rywalizacja – kwintesencja gorącego romansu

I tu dochodzimy (pun still not intended) do sedna mojego odbioru „Gorącej rywalizacji”. O ile bowiem nie uważam, iż Jacob Tierney („Letterkenny”) stworzył najlepszy serial, jaki widziałam choćby w tym dopiero rozkręcającym się roku, to przyznaję, iż chyba stworzył serial najsprytniejszy, najlepiej wyczuwający oczekiwania szerokiej widowni. Nie tylko w tym, iż pragniemy na ekranie oglądać atrakcyjnych ludzi uprawiających seks z innymi atrakcyjnymi ludźmi. I nie tylko w tym, iż opłaca się „bezpiecznie” popularyzować queer, w jego eskapistycznej, przystępnej dla osób hetero wersji. Ale też w tym, iż choćby znużenie zostało przewidziane dokładnie na moment, kiedy je odczułam – więc odcinek 3. to już coś w dużej mierze innego.

„Gorąca rywalizacja” (Fot. Crave Original)

Jak wspomniałam, mamy do czynienia z ekranizacją serii powieści – i chociaż tytułowe „Heated Rivalry” to 2. tom, 1. sezon serialu sięga także po „Game Changer”, czyli tom 1., czyniąc to w najlepszym momencie, kiedy choćby najlepiej zmontowane podniecające sceny z Rozanovem i Hollanderem zaczynają się wydawać monotonne. Scott Hunter (François Arnaud, „Rodzina Borgiów”), starszy od tamtych hokeista ukrywający orientację, poznaje baristę, Kipa (Robbie G.K., „Nadrabiaj miną”). I chociaż erotyki i tu nie brakuje, to nagle wchodzimy w konwencję komedii romantycznej z elementami melodramatu. Zakochani mają okazje do rozmów, dużą rolę odgrywa wspierające otocznie Kipa, nie skaczemy tak gwałtownie przez kolejne lata, można faktycznie uwierzyć z tę relację. Czy jest w gruncie rzeczy konwencjonalna i taka, jaką znamy z większości telewizyjnych romansów? Tak, ale okazuje się przy tym urocza, choćby mimo uwikłania Kipa w związek z mężczyzną niegotowym na „wyjście z szafy”.

A kiedy po tym „przerywniku”, dla mnie choćby lepszym od dania głównego, wracamy do kluczowej dla serialu pary (chociaż Scott i Kip całkiem nie znikną), także tu sporo się zmienia. Najprościej rzecz ujmując, kochankom zdarza się porozmawiać – po ośmiu latach, ale zawsze coś. Mamy patetyczny monolog po rosyjsku (na dodatek z „Sonatą Księżycową” słyszalną w tle), wielkie wyznania, konkretne plany na przyszłość. I, owszem, sceny seksu, ale już nie wyłącznie sceny seksu. Wszystko rozwija się tak, jak zgodnie z konwencją powinno, przy czym daję plus za to, iż wątek z dziewczyną Hollandera, Rose (Sophie Nélisse, „Yellowjackets”), jest mniej dramatyczny, niż się spodziewałam.

Gorąca rywalizacja to mnóstwo seksu i trochę hokeja

Udany seans? Jak najbardziej. Ucieczka od rzeczywistości, silne emocje (i popędy), całość bardzo ładnie skadrowana, trochę jak artystyczny film, nieopatrzona obsada, pozytywne przesłanie o byciu sobą i ze sobą wbrew wszystkiemu, antyhomofobiczny wydźwięk (chociaż erotyczna fetyszyzacja gejów w heteronormatywnej popkulturze to dłuższy temat i „Gorąca rywalizacja” też się do tego dokłada).

No, gorzej z irytującym dziś romantyzowaniem Rosjan (mimo paskudnych obrazków z rodzinnego życia Rozanova i „odhaczenia” tematu prześladowań społeczności LGBTQ+), chociaż takie naprawdę spore oburzenie zaliczyłam w tej kwestii tylko przy wykorzystaniu w ważnej scenie hitu zespołu t.A.T.u. – lojalnego wobec putinowskiej władzy i znanego nie tylko z wpadających w ucho przebojów, ale i z udawania lesbijek (tłumaczenia Tierneya mnie nie przekonują).

„Gorąca rywalizacja” (Fot. Crave Original)

Ale czy seans życia i przełomowa telewizja? Nie. Wracam jednak do kluczowego nieoczekiwania od „Gorącej rywalizacji” bycia czymś innym, niż jest. To kolejny spryt serialu: adekwatnie każdy zarzut można odbić hasłem: „Tak miało być!”. Na przykład to, iż dialogi są powtarzalne, montaże teledyskowe, wszystko poza romansem ograniczone do minimum. I to, iż mimo upływu lat bohaterowie długo nie zmieniają się niemal wcale, by nagle zmienić się i rozwinąć swoją relację wręcz zbyt gwałtownie.

Nie ukrywam, iż łatwiej mi było uwierzyć w ich udany seks niż w ich wielką miłość – ale świat nie podziela tych wątpliwości. Poza tym chyba jestem po prostu za stara, bo mimo oczywistych różnic między tymi popkulturowymi fenomenami podobnie czułam niedawno przy „K-popowych łowczyniach demonów”, tyle iż tam uznałam, iż naprawdę kochałabym to, mając dwadzieścia pięć lat mniej, niż mam. A przy „Gorącej rywalizacji” piętnaście mniej byłoby chyba optymalne.

Gorąca rywalizacja – czy warto oglądać światowy fenomen

Trzeba po prostu przyjąć do wiadomości, iż to nie dramat psychologiczny o traumie, społeczeństwie, złożonych charakterach i miłosnych niejednoznacznościach, tylko niespodziewany kanadyjski romansowy hit oparty na książce autorki, która obwieszcza na stronie głównej: „I like to write cute smut about hockey players and other people”.

Seks, potem miłość, daleko w tle hokej, a jeszcze znacznie dalej napomnienia o prześladowaniach czy presji reprezentacji (queerowej, ale też związanej z w połowie azjatyckim pochodzeniem Shane’a). Tak miało być. A jak się nie podoba, istnieje wiele innych seriali, choćby wśród homoseksualnych romansów z ostatnich lat – choćby bardziej zniuansowana „Kontrola„, bardziej niewinny „Heartstopper„, bardziej melodramatyczne „Fellow Travelers„. Ale reakcja świata wskazuje, iż się właśnie bardzo, bardzo, bardzo podoba.

„Gorąca rywalizacja” (Fot. Crave Original)

Wspomniałam, iż ten subgatunek był mi obcy, trochę nie czułam się do niego przygotowana. Jednak po lekturze jednej z trafniejszych i bardziej wyważonych analiz tego fenomenu, autorstwa Katarzyny Czajki-Kominiarczuk („Zwierz Popkulturalny”), i po seansie własnym, odkryłam, iż nie muszę znać innych gejowskich romansów o hokeju, by się w tym nieźle pojęciwo odnaleźć. Skoro to tak naprawdę narracyjnie jest fanfik (początki pisania Reid to zresztą udawanie fan fiction) – aczkolwiek specyficzny, bo pozbawiony kanonicznego dzieła, które by rozwijał – to przecież muszę tylko przypomnieć sobie te różne tagi, znane mi z mojej „ery fanfikowej” sprzed wielu już lat.

Angst, comfort, smut. Trochę na lodzie, ale bardziej w łóżku. I chociaż „same gołe klaty na okładkach” przez cały czas zamierzam omijać, to 2. sezon „Gorącej rywalizacji”, choćby z jej wszelkimi mieliznami dialogowymi i psychologicznymi, prawdopodobnie zobaczę. Trudne czasy nieraz wymagają łatwych ucieczek.

Gorąca rywalizacja – nowe odcinki co piątek na HBO Max

Idź do oryginalnego materiału