Ma pięćdziesiąt sześć lat i od jedenastu prowadzi w Rzeszowie niewielkie wydawnictwo, które nazwała imieniem swojej babki – "Rozalia". Nazywa się Barbara Wieczorek. W piwnicy kamienicy przy ulicy Grunwaldzkiej stoją regały z książkami, których nikt duży nie chciał drukować: reportaże z Podkarpacia, wspomnienia kombatantów, debiuty poetyckie studentów z pobliskiego uniwersytetu. Pachnie tam farbą drukarską i wilgocią, bo piwnica jest stara, a zimą trzeba dogrzewać elektrycznym grzejnikiem, który buczy jak stary lodowówka.
Jej starszy brat, Andrzej, zaczynał to wydawnictwo razem z nią. To on wymyślił nazwę, on jeździł po targach książki w Krakowie i Wrocławiu z pudłami w bagażniku starego passata, on przekonywał lokalne biblioteki, żeby brały ich tytuły na regały. Przez piętnaście lat robili to razem – ona pilnowała cyfr i terminów, on szukał autorów i czytał rękopisy do trzeciej w nocy.
Andrzej zmarł dwa lata temu, w marcu, akurat kiedy w telewizorze na korytarzu wydawnictwa leciał codzienny program śniadaniowy, a Barbara parzyła kawę w termosie, bo ekspres się zepsuł. Zawał. Trzy dni później miał otworzyć nową serię książek historycznych, o której mówił od miesiąca.
Teraz, jedenastego września, w dzień jego urodzin, Barbara siedzi sama w tej piwnicy. Na biurku leży teczka z jego ostatnimi notatkami – luźne kartki, plan serii, lista autorów, których chciał zaprosić. Nie tknęła jej od pogrzebu. Boi się, iż jak otworzy, to będzie musiała zdecydować, co z tym dalej robić, a decydować sama nie umie.
Za oknem, na wysokości chodnika, widać nogi przechodniów i koła wózków dziecięcych – piwnica ma okienka tuż nad ziemią. Sąsiedzki kundel, którego wszyscy na klatce nazywają Bosman, drapie w drzwi wydawnictwa, bo Barbara zawsze dawała mu kawałek bułki. Dziś zapomniała.
Telefon dzwoni o jedenastej. To Konrad, jej syn, ma dwadzieścia dziewięć lat, mieszka w Warszawie, pracuje w korporacji od handlu nieruchomościami. Dzwoni raz na dwa tygodnie, zwykle krótko.
– Mamo, mam sprawę – mówi bez przywitania. – Ta piwnica. Wiesz, iż to lokal użytkowy, można go wynająć pod coś sensownego. Znajomy szuka miejsca pod magazyn dla swojej firmy kurierskiej. Zapłaci trzy razy tyle, co ty teraz zarabiasz na tych książkach.
Barbara milczy chwilę, patrzy na teczkę wuja – to znaczy, brata.
– To wydawnictwo Andrzeja – mówi w końcu.
– Wuja Andrzeja już nie ma, mamo. A ty się zajeżdżasz dla dziesięciu ludzi, którzy kupują wasze książki na targach. Ja próbuję cię z tego wyciągnąć.
– Nie sprzedam lokalu.
– Nie musisz sprzedawać. Wystarczy, iż przepiszesz umowę najmu na mnie, ja to załatwię z kurierem, a tobie zostanie połowa zysku bez żadnej roboty. Papiery już mam gotowe, przyjadę w niedzielę.
Rozłącza się, zanim zdąży odpowiedzieć.
W niedzielę, trzynastego, Konrad przyjeżdża szarym audi, które kupił w kredycie rok temu. Wchodzi do piwnicy, nie zdejmując kurtki, kładzie na biurku plastikową teczkę z dokumentami. Bosman warczy na niego od progu – nigdy go nie lubił.
– Podpisz tutaj i tutaj – mówi Konrad, rozkładając papiery obok teczki z notatkami Andrzeja. – To tylko formalność. przez cały czas będziesz właścicielką kamienicy w papierach ojca, ale ten lokal przechodzi na mnie jako najemcę głównego. Zrobię z tego coś, co przynosi realne pieniądze.
Barbara patrzy na kartkę – na dole, manualnie, przy dacie, Andrzej zapisał: "Seria »Ludzie znikąd« – start 14 marca". Nie zdążył.
– A co z autorami, z którymi mamy podpisane umowy?
– Wypowiesz im. Damy im małe odszkodowanie, kilkaset złotych każdemu, i po sprawie. Mamo, to jest dwadzieścia jeden tysięcy złotych miesięcznie czynszu od kuriera. Wasze wydawnictwo w najlepszym roku zarobiło dwanaście tysięcy na czysto.
– To nie jest o pieniądzach.
– Zawsze jest o pieniądzach, tylko ty się boisz to przyznać. – Konrad podnosi głos, Bosman zaczyna szczekać za drzwiami. – Tata… to znaczy wuj Andrzej – poprawia się, bo od dziecka nazywał go wujem, chociaż to był brat matki – już nie żyje. Ty masz pięćdziesiąt sześć lat, żadnej emerytury porządnej, żyjesz z tego pudła w piwnicy. Ja daję ci wyjście.
– To nie jest pudło. To jest jego życie.
– Jego życia już nie ma. Zostały tylko długi wobec drukarni i faktury, które co miesiąc płacisz z odsetkami.
Barbara milczy. To akurat prawda – drukarnia w Mielcu czeka na przelew od trzech tygodni, a ona odkłada telefon do nich z dnia na dzień.
Konrad zostawia teczkę na biurku, mówi, iż da jej tydzień do namysłu, i wychodzi, trzaskając drzwiami tak, iż z regału spada egzemplarz reportażu o Bieszczadach. Barbara podnosi go, otrzepuje okładkę.
Przez następne dni nie odpowiada na jego telefony. Czyta notatki Andrzeja – w teczce jest lista sześciu autorów, wśród nich młoda poetka z Krosna, Julia Baran, dwudziestotrzyletnia, której debiutancki tomik Andrzej obiecał wydać na własny koszt, bo, jak napisał ołówkiem na marginesie, "ona ma coś, czego ja już nie mam – czas".
W czwartek, siedemnastego, Barbara dzwoni do notariusza, pani Renaty Sobczyk, z którą Andrzej robił wszystkie umowy wydawnictwa przez lata. Kancelaria mieści się dwie ulice dalej, nad piekarnią, skąd zawsze pachnie drożdżówkami.
– Pani Barbaro, w czym mogę pomóc?
– Chcę zmienić formę prawną wydawnictwa. Z jednoosobowej działalności na fundację.
Notariusz unosi brwi znad okularów.
– To duża zmiana. Dlaczego akurat teraz?
– Bo jak będzie fundacja, to nikt jednoosobowo nie może przepisać na siebie umowy najmu ani zamknąć serii wydawniczej bez zgody rady. A ja chcę, żeby ta rada składała się z ludzi, którzy kochają książki, a nie z tych, którzy liczą metry kwadratowe.
Przygotowanie dokumentów trwa dwa tygodnie. Barbara wpisuje do statutu fundacji trzech członków rady: siebie, Julię Baran – młodą poetkę, której nikt inny by nie zaufał – oraz starego przyjaciela Andrzeja, drukarza z Mielca, pana Zenona Kowalika, któremu jest winna za trzy ostatnie nakłady.
Dwudziestego dziewiątego września Konrad przyjeżdża po odpowiedź. Tym razem zostawia auto na chodniku, wchodzi bez pukania. W piwnicy pachnie świeżym drukiem – właśnie przyszła pierwsza partia tomiku Julii, "Głuche serce", z okładką, którą Andrzej sam projektował w ostatnim tygodniu życia.
– No i? Masz podpisane?
Barbara wyjmuje z szuflady kopertę, kładzie na biurku obok stosu świeżych książek.
– Wydawnictwo od wczoraj jest fundacją. Lokal jest wpisany jako siedziba statutowa, nie do wynajęcia zewnętrznego. Umowę najmu przepisałam – na fundację, nie na ciebie.
Konrad bierze kopertę, otwiera, czyta pierwszą stronę, twarz mu tężeje.
– Ty to zrobiłaś specjalnie. Żeby mi zablokować.
– Zrobiłam to, żeby nikt – ani ty, ani ja, ani żaden przyszły najemca – nie mógł jednym podpisem zamknąć czegoś, co Andrzej budował piętnaście lat.
– To jest moje dziedzictwo tak samo jak twoje.
– Dziedzictwem jest to, co się kontynuuje, Konrad, nie to, co się wynajmuje kurierowi.
Syn stoi chwilę z kopertą w ręce, potem rzuca ją na biurko, tak iż spada na wierzchni egzemplarz "Głuchego serca" – okładka się wygina.
– Zobaczysz, iż ta twoja fundacja zbankrutuje w rok.
– Może. Ale to będzie moja decyzja, nie twoja.
Wychodzi bez słowa. Auto rusza z piskiem opon, Bosman szczeka za nim aż do rogu ulicy.
Barbara podnosi wygiętą książkę, prostuje okładkę dłonią, kładzie na regale obok reportażu o Bieszczadach. Siada za biurkiem, otwiera teczkę Andrzeja po raz pierwszy od pogrzebu, znajduje kartkę z planem serii "Ludzie znikąd" i dopisuje pod spodem, tym samym długopisem, którego on zawsze używał: "Start – 14 marca. Julia Baran. Zenon Kowalik. Ja."
Za oknem przechodzi ktoś w kaloszach, rozlewa się kałuża po wczorajszym deszczu. Bosman wraca, siada przy drzwiach piwnicy i czeka na swoją bułkę.






