
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Są ze mną twórcy filmu Glorious Summer, czyli Helena Ganjalyan i Bartosz Szpak – na początek chciałam wam pogratulować. To film zupełnie inny niż wszystko, co oglądaliśmy na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni — i powiedziałabym, iż to ogromny plus. Chciałabym pogratulować jeszcze jednej rzeczy: mam wrażenie, iż był to film z najlepszym dźwiękiem na całym festiwalu. Mam wrażenie, iż jakość dźwięku była dla was w tym projekcie bardzo ważna.
Bartosz Szpak: Tak, rzeczywiście tak było, więc cieszymy się, iż jest to zauważalne. Warto było w procesie pracy nad sound-designem cyzelować każdy detal i wracać do niektórych elementów, żeby znaleźć jak najlepsze brzmienie.
Helena Ganjalyan: Od początku wiedzieliśmy, iż dźwięk, obok obrazu, będzie dla nas równorzędną warstwą narracyjną i będzie w pewnym sensie tworzył dodatkową płaszczyznę odbioru, kreowanego przez nas świata.
Katarzyna: Dla mnie niesamowite jest też to, jak ten film wygląda. Kręciliście na taśmie.
Helena: Tak, 16 mm.
Katarzyna: I przy małym budżecie… Miałam taką myśl: kto wam na to pozwolił? (śmiech)
Helena: Nasze wspaniałe producentki… (śmiech)

Bartosz: …czyli Maria Gołoś i Monika Matuszewska, które na szczęście choćby nie musiały „pozwalać”. Same zafascynowały się tym pomysłem. To było cudowne, iż w żadnym momencie nie zakwestionowały tego założenia. Mimo, iż wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, jak małym budżetem dysponujemy i byliśmy gotowi rezygnować z innych rzeczy, to tego jednego elementu nie chcieliśmy odpuszczać. Taśma filmowa daje ogrom charakteru – także takiego, o jaki nam chodziło narracyjnie. Ten wybór estetyczny po prostu daje na wejściu coś bardzo unikatowego.
Helena: Tekstura, sposób, w jaki pracuje ze światłem, kolory – wszystko to miało podbijać sensualność tego filmu, sprawić, by widz mógł go odbierać też mocno na poziomi zmysłowym i by ten obraz był trochę „poza czasem”.
Katarzyna: Tak, to było dla mnie niesamowite – iż taśma daje mu właśnie taką ponadczasowość. Jakby wyciąga tę narrację i izoluje ją od jakiegoś konkretnego punktu w czasie.
Bartosz: Dokładnie taki był nasz zamysł: poprzez to, jak film wygląda i co znajduje się w kadrze, stworzyć poczucie bycia poza czasem – podobnie jak w przypadku naszych bohaterek, oderwanych od świata zewnętrznego. Chcieliśmy, żeby nie było czuć, czy ten film powstał trzydzieści lat temu czy współcześnie. Szukaliśmy też jak największej uniwersalności pod kątem geograficznym, tak, by mimo, iż wiodącym językiem jest polski, to można było go rozumieć równie dobrze poza naszym lokalnym kontekstem.

Katarzyna: No i to się chyba udało, bo pokazywaliście swój film w Stanach na festiwalu, byliście w Gdyni. Mam takie wrażenie, iż niezależnie od tego, gdzie widz ogląda ten film, nie myśli: „A, Polska, znam to wzgórze”.
Helena: Zdecydowanie. Mieliśmy już przyjemność spotkać się z widzami w różnych miejscach w Europie, Ameryce Północnej czy Południowej i dla nas, jako twórców, to wspaniałe doświadczenie – niezależnie od tego, gdzie film jest oglądany, otwierają się zupełnie inne „szufladki”: inne skojarzenia, inne referencje. Ale na poziomie emocjonalnym dla wszystkich jest on dostępny i dekodowalny.
Katarzyna: Dla mnie fascynująca była przestrzeń, w której rozgrywa się ta historia. To film osadzony w zamkniętej przestrzeni – i to zamknięcie jest tu kluczowe. Po pierwsze: gdzie znaleźliście ten pałac? Z tego, co rozumiem, to renesansowa budowla, a takich nie ma w Polsce wiele. Po drugie – wszystko wygląda bardzo bogato, a wiem, iż budżet nie był ogromny. Miałam skojarzenia z high wellness, z przestrzeniami, w których nikt nie kładzie tynku na ścianie, bo akurat jest to modne. Jak znaleźliście tę lokację, która w dużym stopniu tworzy film? I jaki był klucz do tego, iż wszystko wygląda tak bogato, mimo ograniczonego budżetu?Helena: Jeśli chodzi o sam pałac – znajduje się on na Dolnym Śląsku, w Gorzanowie. Trafiliśmy na tę lokację kilka lat temu, realizując teledysk. Już wtedy mieliśmy poczucie, iż ta lokacja zasługuje na więcej uwagi i więcej czasu ekranowego, bo pięknie się fotografuje. W pewnym momencie wpadliśmy na pomysł, żeby uczynić ją głównym tłem historii, którą chcieliśmy opowiedzieć w Glorious Summer. A jeżeli chodzi o drugą część pytania – tu ogromne ukłony w stronę naszej scenografki, Kasi Tomczyk. Od początku zakładaliśmy, iż chcemy stworzyć klimat hotelu-spa, w którym stare łączy się z nowym: renesansowa przestrzeń zestawiona z minimalistycznymi, współczesnymi meblami. Kasia z całym zespołem stworzyła nowy materiał – którego nazwy może nie będziemy teraz przytaczać, bo jest trochę niecenzuralna – i było to bardzo skrzętne „oszustwo”. Team scenograficzny przygotował swoistą „papkę”, z której wykonano wszystkie te obiekty.

Katarzyna: A zastanawiałam się, czy nie sprzedaliście duszy producentowi ekskluzywnych mebli.
Bartosz: Nie, nie. Część mebli była wypożyczona w ramach barteru, ale na przykład ten duży „kamienny” stół…
Helena: …nie jest kamienny. (śmiech)
Katarzyna: Rozbijacie moją iluzję. Przyznam, iż kiedy go zobaczyłam, pomyślałam: „Boże, takie stoły kosztują setki tysięcy”.
Bartosz: To wspaniały komplement dla Kasi i jej zespołu. Stół powstał właśnie z tego autorskiego materiału, który został potem oszlifowany i odpowiednio spatynowany. Warto tu jednak podkreślić, iż mieliśmy pełną świadomość tego, co zastaniemy w pałacu. Scenariusz pisaliśmy już z myślą o tej konkretnej przestrzeni, wiedzieliśmy dokładnie jak ją chcemy wykorzystać. Mieliśmy też świadomość, iż jeżeli pojedziemy tam z taśmą filmową – jak przy realizowanym tam uprzednio teledysku – to już na starcie dostaniemy pewne production value. Gdybyśmy chcieli budować taką scenografię od zera, nasz budżet by tego nie udźwignął.
Katarzyna: Właśnie to mnie zafascynowało – iż to jest kino, które wyciąga nas z czasu, w pewnym sensie dystopijne. Zastanawiałam się, czy to przyszłość, przeszłość, alternatywna rzeczywistość.A jednocześnie te elementy wystroju – zestawienie nowoczesnego ze starym – bardzo mocno kojarzą mi się z kulturą wellness, z tymi wszystkimi pałacami, z brakiem tynku jako dowodem na to, co jest „cool”, kiedy jest się bogatym. Mam też inne pytanie o stronę wizualną. Zachwyciły mnie kolory, ta pełnia światła, to wspaniałe lato. A przecież kręciliście to w Polsce. Jak często to lato nie było wspaniałe?
Bartosz: Bardzo często. (śmiech)

Helena: Codziennie prowadziliśmy wieczorne narady. Kręciliśmy w lipcu, tuż przed powodziami. Katarzyna: A kręciliście przecież na Dolnym Śląsku…
Helena: Tak, dokładnie. Z resztą sam pałac kilka miesięcy później został zalany. A w czasie pracy nad filmem każdego wieczoru, po zdjęciach około 23:00, siadaliśmy z kalendarzem i prognozą pogody.
Bartosz: I „nawigowaliśmy” scenami – te, które mogły dziać się we wnętrzach, planowaliśmy na czas deszczu, a te wymagające słońca i plenerów ustawialiśmy w „okienkach pogodowych”.
Helena: To było bardzo trudne, szczególnie, iż do pewnego momentu mogliśmy jeszcze żonglować kolejnością scen. Natomiast jest w filmie pewien punkt – bez spoilerów – po którym nie ma już odwrotu.
Bartosz: Ten segment zdjęć musiał zostać zrealizowany na końcu.
Katarzyna: Brzmi bardzo stresująco. Uzależnienie od – zwłaszcza, powiedzmy sobie szczerze – polskiej pogody w lipcu.
Bartosz: Postawiliśmy sobie dość karkołomne zadanie: wieczne lato, wieczne słońce. Co istotne – ono w tym filmie jest tematem, nie tylko czymś, co ma ładnie wyglądać.
Katarzyna: I rzeczywiście tak to wygląda. Międzynarodowy widz może pomyśleć, iż w Polsce zawsze jest takie lato. Dobrze, iż nie ma dokładnie określonej lokacji.Mówimy o filmie bardzo kameralnym. Przez większość czasu w ekranie są tylko trzy aktorki – trzy dziewczyny. Bardzo podoba mi się to, jak są zróżnicowane. Już po kilku scenach wiemy, która jest bardziej naiwna, która zdeterminowana, a która próbuje nawigować pomiędzy nimi. To musiało wymagać niesamowitego zgrania – widać, iż każdy gest i każde spojrzenie mają znaczenie. Czy to był długi casting? Czy pisaliście scenariusz z myślą o konkretnych aktorkach? Mam wrażenie, iż to było dopracowane bardziej niż zwykle w filmie. Była w tym jakaś organiczność.

Helena: Super, iż tak to odebrałaś. Z Magdą Fejdasz-Hanczewską i Danielą Komęderą studiowałam w szkole teatralnej – z Magdą byłam na roku, Daniela była rok niżej. Obie były moimi aktorskimi „crushami”. Bardzo lubię z nimi pracować – zarówno jako aktorka, jak i reżyserka.Początkiem tego filmu był spektakl, który zrobiliśmy z Bartkiem kilka lat temu, w czasie pandemii. Już wtedy pracowałyśmy w tym trio.Katarzyna: Tematycznie był podobny?
Helena: Tak i nie. Był blisko – pewne motywy i wątki już się tam pojawiły, ale przepisując historię na film, wiele rzeczy rewidowaliśmy i zmienialiśmy. To, iż ta trójka była już wcześniej w spektaklu, było ogromnym luksusem. Miałyśmy czas na długie próby, improwizacje, na budowanie relacji. Dzięki temu dynamika między naszymi postaciami mogła się naturalnie wykształcić. Później brakowało nam tylko czwartego elementu – Nowej – i do tej roli odbył się casting.
Katarzyna: To ciekawe, bo rzeczywiście widać moment wejścia tej czwartej postaci. Nie zdradzając za wiele — to pewien zwrot — ale czuć inną energię. pozostało coś, co mnie szczególnie zafascynowało. Wiem, iż twórcy czasem nie lubią porównań, ale język filmu bardzo skojarzył mi się z twórczością Yorgosa Lanthimosa. Jak stworzyliście język, który jednocześnie komunikuje i nie komunikuje, jest przesunięty względem rzeczywistości? Miałam moment, w którym pomyślałam – nie chcę was w żaden sposób urazić – iż te dialogi brzmią tak, jakby napisał je ChatGPT. To było po ludzku… ale niekoniecznie. Jak to osiągnęliście? Czy to było precyzyjnie zapisane w scenariuszu, czy był w tym element improwizacji? Ten język naprawdę mnie zafascynował.

Bartosz: Porównania do Lanthimosa są jak najbardziej uprawnione, chociaż świat „Glorious Summer” jest dużo subtelniej budowany, nie ma w nim jawnej przemocy czy groteski, która często pojawia się w jego filmach. jeżeli chodzi o sam tekst, to już w pracy nad spektaklem zaczęliśmy od tematu manipulacji słowem jako narzędzia do budowania opresji. Zastanawialiśmy się, co znaczy dla bohaterek być zamkniętymi przez całe życie w jednej przestrzeni – i iż wszystko, co wiedzą o świecie, jest ograniczone do tego miejsca. Łącznie z językiem i tym, jak nazywają to, co widzą i czego doświadczają – jak nazywają przeżycia i emocje. Naszym punktem wyjścia było założenie, iż ich język jest ograniczony. Stąd wynikała nasza intencja, żeby, przepisując scenariusz, utrzymać w nim pewną prymitywność i swoistość. Dziewczyny próbują nazywać rzeczy, ale w trochę inny sposób, niż my nazwalibyśmy je naturalnie.
Helena: W trakcie prób przeprowadzaliśmy też taki eksperyment: tłumaczyliśmy daną kwestię kilka razy na różne języki, a potem wracaliśmy do polskiego. I nagle wyłaniała się jakaś esencja danej frazy, ale w dziwnym przesunięciu, momentami lekkim wypaczeniu. Dlatego została też scena nauki języków – fakt, iż bohaterki posługują się różnymi językami i uczą się ich, choć bezcelowo. Nigdy z nich nie skorzystają, bo nigdy nie opuszczą tej przestrzeni.
Bartosz: Uczą się pewnych haseł, które w jakiś sposób formatują ich myślenie.
Katarzyna: Dla mnie bardzo interesująca była właśnie ta nauka języka, kompletnie oderwanego od rzeczywistości. To przesunięcie języka, który jest hermetyczny, zamknięty i to my musimy go odszyfrować. Ale jednocześnie połączyłam to ze współczesną kulturą – trochę wellness, trochę coachingu – gdzie ludzie mówią zdania złożone ze słów, które nie do końca cokolwiek znaczą. Jest bardzo dużo treści, bardzo dużo słów – jak ta nauka języka do świata, w którym nie będziesz. Miałam poczucie, iż to wpisuje się łącznie z tą przestrzenią. Myślę, iż wiele osób będzie to odnosić do pytania, czy posiadanie wszystkiego i życie w bezpieczeństwie jest warte poświęcenia wolności. A trochę tak jest, iż żyjemy w świecie, w którym coraz więcej ludzi szuka komfortu, którego nie widzi jako dyskomfort, mimo iż gdzieś po drodze traci sporo wolności.

Helena: Dla nas istotny był ten dualizm: rozgraniczenie na „tutaj” – świat komfortu i „tam” – nieznane, niebezpieczne. Zastanawiał nas ten stan ciągle rosnącego uśpienia czujności i empatii w tym komforcie, zatracania się w nim. Bohaterki mają zapewnione wszystko. Są pozornie świadome – uczą się uważności, bycia tu i teraz, dostrzegania piękna w małych rzeczach – wszystkich tych praktyk, które nam współcześnie wpaja pop – psychologia. Jednak ten system rozwadnia ich zdolność do podważania status quo, zamyka je w ramach wiecznej niedojrzałości i braku gotowości. W naszym filmie zadajemy m.in. pytanie o to jak możemy ustawić się wobec tego, co dzieje się w tym „drugim świecie”, poza moją bezpieczną przestrzenią.
Katarzyna: To rzeczywiście bardzo międzynarodowe pytanie. Z jednej strony mindfulness i koncentracja na małych rzeczach, z drugiej – moment, w którym dowiadujesz się, co dzieje się poza twoją bańką. I nagle pojawia się pytanie: czy jesteś za to odpowiedzialny? Co masz z tym zrobić? Pod tym względem film trochę wytrąca z poczucia, iż masz prawo się w tym zamknąć i iż to jest w porządku. Mówiliście, iż nie chcecie koncentrować się tylko na tego rodzaju kinie. Jak było przyjechać na festiwal filmowy w Gdyni z filmem tak odmiennym od pozostałych? Na Nowych Horyzontach mogliście czuć się jak „swojaki” – to festiwal dziwnych filmów. W Gdyni mieliśmy biografie, w których ludzie umierają na gruźlicę… a wy przyjechaliście z czymś zupełnie innym.

Helena: Mamy świadomość tego, co proponujemy. Działamy w obszarze sztuki – a w sztuce jednemu coś się podoba, innemu nie. Z jednym zarezonuje, inny się wynudzi. Dla mnie najciekawsze są te momenty, kiedy widzę jak ludzie dają sobie przestrzeń na to, żeby dialogować z tym filmem, dzielą się swoimi interpretacjami. Albo kiedy wracają do mnie po kilku dniach z nowymi przemyśleniami. Myślę, iż w świecie szybkich treści fakt, iż ten film zostaje z niektórymi widzami na dłużej jest ogromną wartością.
Katarzyna: Już za chwilę moment konfrontacji z szerszą widownią. Myślę, iż reakcje będą pozytywne — to jednak coś innego niż większość filmów trafiających do szerszej dystrybucji. Powiedzieliście, iż chcecie zachować autorski sznyt niezależnie od gatunku. Czy to znaczy, iż rodzi się już coś nowego?
Bartosz: Tak. O szczegółach tej historii nie możemy jeszcze mówić, ale plan jest taki, by nasz drugi po Glorious Summer film był anglojęzyczny, energiczny w tonie i dużo bardziej dialogowy.
Helena: To będzie dramedy – trochę bardziej obyczajowo, ale wciąż z elementem absurdu.
Bartosz: Natomiast o ile Glorious Summer można określić mianem absurdalnego ze względu na sam setting, to w nowym projekcie ten absurd wykorzystujemy bardziej w jego gorzko-komediowym potencjale.
Katarzyna: Już teraz brzmi to fantastycznie. Zachęcamy państwa do oglądania Glorious Summer w kinach — będzie można zobaczyć, jakie piękne renesansowe pałace mamy w Polsce.
Fot. Tomasz Woźniczka




























