Netfliksowa "Lalka" wbiła klin między Polaków, dzieląc ich na obrońców nienaruszalności Prusa i rewizjonistów granic jego intencji. Co do zasady sympatyzuję z tymi drugimi, uznając, iż adaptacja wierna jest raczej mierna. Cały sens powrotu do klasycznych tekstów zawiera się w dążeniu do ich dekonstrukcji: wciskaniu w szczeliny pierwowzoru, rozsadzaniu pierwotnej semantyki czy chociaż przesuwaniu akcentów. Wspominam o tym, ponieważ zdaje się, iż Andy Serkis może myśleć podobnie. Wyreżyserowany przez niego "Folwark zwierzęcy" jest adaptacją szczególnie nieortodoksyjną, "Lalką" do potęgi "Lalki". Dość powiedzieć, iż Napoleon nosi się w dresie niby-Gucci, rewolucji akompaniuje hip-hopowy bit, tymczasem dźwiękiem wolności jest siarczysty pierd. Może to jednak Orwell, a nie ja, miał rację: przewrót nie zawsze wychodzi na dobre.
"Folwark zwierzęcy" kojarzy pewnie każdy od lewa do prawa. W latach 1943-1944 George Orwell, pisarz, który przez całe życie utożsamiał się z lewicą, napisał zjadliwą satyrę na stalinowską Rosję. Za stalówkę chwycił kilka lat po powrocie z Hiszpanii, gdzie walcząc u boku republikańskiej milicji robotniczej, doświadczył terroru komunistów i dostrzegł "negatywny wpływ mitu radzieckiego na zachodni ruch socjalistyczny". Z niechęci do reżimu sowieckiego (oraz totalitaryzmu ogółem) powstała alegoryczna opowieść o zaniedbywanych zwierzętach, które postanawiają przejąć gospodarstwo i zaprowadzić w nim nowy, sprawiedliwszy ład – każdemu według jego potrzeb. Wyszło, jak wiadomo, nie najlepiej: wierchuszka chrumkał z zachwytu, reszta kwiczała jak zarzynane prosię. To tyle z bryka.
W 2010 roku Andy Serkis, krajan Orwella, pojawił się na planie "Genezy planety małp". Wcielając się w Cezara, przywódcę małpiej rewolty, naszła go pasująca do okoliczności myśl: od lat nikt nie nakręcił nowej wersji "Folwarku zwierzęcego". Ostatni tego zadania podjął się John Stephenson. "Folwark zwierzęcy" z 1999 roku stanowił zupełne kuriozum (choć na porównaniu z najnowszą historią Napoleona Niewypału zyskuje): telewizyjny film live action z animatronicznymi zwierzętami, rozpostarty tonalnie między potwornością pierwowzoru a "Babe – świnką z klasą". Co ciekawe, to właśnie taką adaptację Serkis sobie na początku wymarzył – mo-capową, na modłę fotorealistycznych przygód Cezara, po orwellowsku dosadną. Po latach bezowocnego developmentu, w tym czterech latach na biurku Netfliksa, który finalnie się wycofał, producenci zdecydowali o porzuceniu mrzonek o live action i rozwijaniu projektu jako familijnej animacji 3D. Rewolucja spaliła na panewce.
"Folwark zwierzęcy" Serkisa miał premierę w zeszłym roku podczas festiwalu w Annecy. Nie wyglądał wiele lepiej niż pierwszy z brzegu Europudding, za to kusił gwiazdorską obsadą (jej nazwisk nie zabrakło na polskim plakacie): głosów użyczyli między innymi Seth Rogen (Napoleon), Woody Harrelson (Bokser), Kieran Culkin (Squealer) i Gaten Matarazzo (Farciarz). Ich wysiłek nieszczególnie zapada w pamięć. Zagrane na autopilocie role zlewają się w szum znanych tembrów, który jednak całkiem trafnie oddaje charakter nowego "Folwarku zwierzęcego". W końcu Serkis i odpowiedzialny za scenariusz Nicholas Stoller próbują chwycić za ogon więcej srok niż świń w chlewie, czego efektem jest bezkształtna masa filmowa, z której nie sposób wygrzebać ani polemiki z Orwellem, ani panegiryku na jego cześć, a już na pewno żadnej ożywczej, autorskiej myśli. Bałagan w opozycji do precyzyjnego pierwowzoru.
Punkt wyjścia jest pozornie znajomy: zaczyna się jakby po staremu, jest Folwark Dworski, jest zapijaczony właściciel, są sfrustrowane i zaniedbane zwierzęta. Pierwsze przesunięcie dotyczy czasu akcji. Serkis i Stoller przymierzają opowieść Orwella do współczesności, dlatego film rozpoczyna zajęcie gospodarstwa przez komornika. Zwierzęta ochoczo wsiadają na ciężarówkę, nieświadome, iż kurs prowadzi do rzeźni. Gdy Chrumka (u Serkisa Snowball jest lochą) tłumaczy im, co ich czeka, i wygłasza przy okazji krótki wykład o wyzysku, wszystkie postanawiają walczyć o wolność swojej klasy. Wtedy Serkis przedstawia krótką sekwencję rewolty w rytm hip-hopowego kawałka (lecą wersy, takie jak "There ain’t no holding us back / If you stand on two legs then you’re gettin’ attacked"). Chwilę później folwark zmienia nazwę, po czym Chrumka przedstawia zasady nowego społeczeństwa, w tym tę najważniejszą: wszystkie zwierzęta są równe.
Oczywiście, jak to w "Folwarku zwierzęcym" partykularny interes prędko zostaje przedłożony nad dobro wspólne. Napoleon doprowadza do wygnania Chrumki, przekonując resztę, iż jest straszną nudziarą, co gorsza, zadziera nosa. Tak oto na czele gospodarstwa staje knur, którego interesuje kilka ponad własny zadek. Pierwsze dni eksperymentu są obiecujące: zwierzęta uprawiają ziemię i sprzedają plony, zyskując pieniądze na spłatę hipoteki. Wtedy niespodziewanie pojawiają się schody – zbudowane na fundamencie chciwości, wyłożone plikami bankotów. W momencie, gdy świnie zapoznają się z ideą pieniądza, Serkis i Stoller wywracają pierwowzór na nice.
Opowieść Orwella jest czytelna jak przypowieść. Nie potrzeba doktoratu z politologii, by rozumieć, iż Napoleon to Stalin, Snowball to Trocki, z kolei folwarczne perypetie odzwierciedlają rewolucję październikową, powstanie w Kronsztadzie, pakt Ribbentrop-Mołotow czy konferencję teherańską. choćby jeżeli "Folwark zwierzęcy" można, a choćby należy, czytać jako krytykę ustrojów totalitarnych ogółem (świnie nie bez powodu zasiadają w finale przy jednym stole z ludźmi), to nie da się odwrócić wieprza ogonem: jego szwarccharakterami są stalinowscy komuniści. Z jednej strony owo zawężenie pola ma oczywistą funkcję perswazyjną, z drugiej, czysto warsztatową – ułatwia utrzymanie fabuły w ryzach; przekazanie koherentnej i logicznej treści. Choćby dlatego po latach wciąż wracamy do tej historii, a siła jej emocjonalnego rażenia nie słabnie.
Nikt w 2026 roku nie każe prowadzić Serkisowi i Stollerowi krucjaty przeciw komunistom – byłby to nieznośny anachronizm. Trudno jednak odnaleźć się w ich motywacjach i intencjach. Można by powiedzieć oględnie, iż wywodzący się z lewicowego środowiska Serkis, smaga biczem satyry kapitalizm. Przecież jedną z przyczyn zguby Napoleona jest konsumpcjonizm. Gdy odkrywa wartość pieniądza, zaczyna prowadzić hulaszczy tryb życia. Żałosny wieprz każe mówić na siebie Napopo – staje się Gucci Manem wśród trzody. Dom Jonesa zamienia w imprezownię, gdzie leje się "świrosoczek" i każda świnia krzyczy. To jeszcze nic – w pewnym momencie nawiany Squealer wjeżdża wyścigową furą do basenu, jak w "Projekcie X". Przypomnę, Serkis chciał stworzyć przyjazną, familijną wersję Orwella.
Napopo nie jest choćby adekwatnym szwarccharakterem tej historii. To głupek, trochę jak u Stephensona, którego wodzi za nos człowiek – w tym wypadku Frieda Pilkington. Okoliczna magnatka przemysłu spożywczego ostrzy sobie zęby na ziemię Jonesa, dlatego wykorzystuje Napoleona, pragnącego jedynie pieniędzy i poklasku (czy pożyczka udzielona na Porsche to pułapka kredytowa? czy Serkis głosowałby na Samoobronę?). Trudno stwierdzić, czy twórcy godzą w kapitalistów czy może w przemysłową produkcję rolną: koncentrację ziemi, hydroponikę i wielkoskalowy ubój. A może nie chodzi o idee, tylko osoby – przecież Napoleon posługuje się trumpowską frazą, tymczasem Frieda jeździ cybertruckiem. Dwa grzyby w barszcz.
Podczas napisów końcowych wybrzmiewa utwór "History Repeating". Serkis i Stoller zmarnowali szansę, by opowiedzieć o tym, iż historia rzeczywiście się powtarza – romanse zachodniego mainstreamu politycznego z faszyzmem nikogo już nie dziwią. Zamiast dosadnej opowieści ku przestrodze do kin trafił niezborny, waniliowy film, którego wieńczącą myśl można by sprowadzić do słów "przyjaźń to magia". Może to szpileczka wbita w materializm dialektyczny?
"Folwark zwierzęcy" kojarzy pewnie każdy od lewa do prawa. W latach 1943-1944 George Orwell, pisarz, który przez całe życie utożsamiał się z lewicą, napisał zjadliwą satyrę na stalinowską Rosję. Za stalówkę chwycił kilka lat po powrocie z Hiszpanii, gdzie walcząc u boku republikańskiej milicji robotniczej, doświadczył terroru komunistów i dostrzegł "negatywny wpływ mitu radzieckiego na zachodni ruch socjalistyczny". Z niechęci do reżimu sowieckiego (oraz totalitaryzmu ogółem) powstała alegoryczna opowieść o zaniedbywanych zwierzętach, które postanawiają przejąć gospodarstwo i zaprowadzić w nim nowy, sprawiedliwszy ład – każdemu według jego potrzeb. Wyszło, jak wiadomo, nie najlepiej: wierchuszka chrumkał z zachwytu, reszta kwiczała jak zarzynane prosię. To tyle z bryka.
W 2010 roku Andy Serkis, krajan Orwella, pojawił się na planie "Genezy planety małp". Wcielając się w Cezara, przywódcę małpiej rewolty, naszła go pasująca do okoliczności myśl: od lat nikt nie nakręcił nowej wersji "Folwarku zwierzęcego". Ostatni tego zadania podjął się John Stephenson. "Folwark zwierzęcy" z 1999 roku stanowił zupełne kuriozum (choć na porównaniu z najnowszą historią Napoleona Niewypału zyskuje): telewizyjny film live action z animatronicznymi zwierzętami, rozpostarty tonalnie między potwornością pierwowzoru a "Babe – świnką z klasą". Co ciekawe, to właśnie taką adaptację Serkis sobie na początku wymarzył – mo-capową, na modłę fotorealistycznych przygód Cezara, po orwellowsku dosadną. Po latach bezowocnego developmentu, w tym czterech latach na biurku Netfliksa, który finalnie się wycofał, producenci zdecydowali o porzuceniu mrzonek o live action i rozwijaniu projektu jako familijnej animacji 3D. Rewolucja spaliła na panewce.
"Folwark zwierzęcy" Serkisa miał premierę w zeszłym roku podczas festiwalu w Annecy. Nie wyglądał wiele lepiej niż pierwszy z brzegu Europudding, za to kusił gwiazdorską obsadą (jej nazwisk nie zabrakło na polskim plakacie): głosów użyczyli między innymi Seth Rogen (Napoleon), Woody Harrelson (Bokser), Kieran Culkin (Squealer) i Gaten Matarazzo (Farciarz). Ich wysiłek nieszczególnie zapada w pamięć. Zagrane na autopilocie role zlewają się w szum znanych tembrów, który jednak całkiem trafnie oddaje charakter nowego "Folwarku zwierzęcego". W końcu Serkis i odpowiedzialny za scenariusz Nicholas Stoller próbują chwycić za ogon więcej srok niż świń w chlewie, czego efektem jest bezkształtna masa filmowa, z której nie sposób wygrzebać ani polemiki z Orwellem, ani panegiryku na jego cześć, a już na pewno żadnej ożywczej, autorskiej myśli. Bałagan w opozycji do precyzyjnego pierwowzoru.
Punkt wyjścia jest pozornie znajomy: zaczyna się jakby po staremu, jest Folwark Dworski, jest zapijaczony właściciel, są sfrustrowane i zaniedbane zwierzęta. Pierwsze przesunięcie dotyczy czasu akcji. Serkis i Stoller przymierzają opowieść Orwella do współczesności, dlatego film rozpoczyna zajęcie gospodarstwa przez komornika. Zwierzęta ochoczo wsiadają na ciężarówkę, nieświadome, iż kurs prowadzi do rzeźni. Gdy Chrumka (u Serkisa Snowball jest lochą) tłumaczy im, co ich czeka, i wygłasza przy okazji krótki wykład o wyzysku, wszystkie postanawiają walczyć o wolność swojej klasy. Wtedy Serkis przedstawia krótką sekwencję rewolty w rytm hip-hopowego kawałka (lecą wersy, takie jak "There ain’t no holding us back / If you stand on two legs then you’re gettin’ attacked"). Chwilę później folwark zmienia nazwę, po czym Chrumka przedstawia zasady nowego społeczeństwa, w tym tę najważniejszą: wszystkie zwierzęta są równe.
Oczywiście, jak to w "Folwarku zwierzęcym" partykularny interes prędko zostaje przedłożony nad dobro wspólne. Napoleon doprowadza do wygnania Chrumki, przekonując resztę, iż jest straszną nudziarą, co gorsza, zadziera nosa. Tak oto na czele gospodarstwa staje knur, którego interesuje kilka ponad własny zadek. Pierwsze dni eksperymentu są obiecujące: zwierzęta uprawiają ziemię i sprzedają plony, zyskując pieniądze na spłatę hipoteki. Wtedy niespodziewanie pojawiają się schody – zbudowane na fundamencie chciwości, wyłożone plikami bankotów. W momencie, gdy świnie zapoznają się z ideą pieniądza, Serkis i Stoller wywracają pierwowzór na nice.
Opowieść Orwella jest czytelna jak przypowieść. Nie potrzeba doktoratu z politologii, by rozumieć, iż Napoleon to Stalin, Snowball to Trocki, z kolei folwarczne perypetie odzwierciedlają rewolucję październikową, powstanie w Kronsztadzie, pakt Ribbentrop-Mołotow czy konferencję teherańską. choćby jeżeli "Folwark zwierzęcy" można, a choćby należy, czytać jako krytykę ustrojów totalitarnych ogółem (świnie nie bez powodu zasiadają w finale przy jednym stole z ludźmi), to nie da się odwrócić wieprza ogonem: jego szwarccharakterami są stalinowscy komuniści. Z jednej strony owo zawężenie pola ma oczywistą funkcję perswazyjną, z drugiej, czysto warsztatową – ułatwia utrzymanie fabuły w ryzach; przekazanie koherentnej i logicznej treści. Choćby dlatego po latach wciąż wracamy do tej historii, a siła jej emocjonalnego rażenia nie słabnie.
Nikt w 2026 roku nie każe prowadzić Serkisowi i Stollerowi krucjaty przeciw komunistom – byłby to nieznośny anachronizm. Trudno jednak odnaleźć się w ich motywacjach i intencjach. Można by powiedzieć oględnie, iż wywodzący się z lewicowego środowiska Serkis, smaga biczem satyry kapitalizm. Przecież jedną z przyczyn zguby Napoleona jest konsumpcjonizm. Gdy odkrywa wartość pieniądza, zaczyna prowadzić hulaszczy tryb życia. Żałosny wieprz każe mówić na siebie Napopo – staje się Gucci Manem wśród trzody. Dom Jonesa zamienia w imprezownię, gdzie leje się "świrosoczek" i każda świnia krzyczy. To jeszcze nic – w pewnym momencie nawiany Squealer wjeżdża wyścigową furą do basenu, jak w "Projekcie X". Przypomnę, Serkis chciał stworzyć przyjazną, familijną wersję Orwella.
Napopo nie jest choćby adekwatnym szwarccharakterem tej historii. To głupek, trochę jak u Stephensona, którego wodzi za nos człowiek – w tym wypadku Frieda Pilkington. Okoliczna magnatka przemysłu spożywczego ostrzy sobie zęby na ziemię Jonesa, dlatego wykorzystuje Napoleona, pragnącego jedynie pieniędzy i poklasku (czy pożyczka udzielona na Porsche to pułapka kredytowa? czy Serkis głosowałby na Samoobronę?). Trudno stwierdzić, czy twórcy godzą w kapitalistów czy może w przemysłową produkcję rolną: koncentrację ziemi, hydroponikę i wielkoskalowy ubój. A może nie chodzi o idee, tylko osoby – przecież Napoleon posługuje się trumpowską frazą, tymczasem Frieda jeździ cybertruckiem. Dwa grzyby w barszcz.
Podczas napisów końcowych wybrzmiewa utwór "History Repeating". Serkis i Stoller zmarnowali szansę, by opowiedzieć o tym, iż historia rzeczywiście się powtarza – romanse zachodniego mainstreamu politycznego z faszyzmem nikogo już nie dziwią. Zamiast dosadnej opowieści ku przestrodze do kin trafił niezborny, waniliowy film, którego wieńczącą myśl można by sprowadzić do słów "przyjaźń to magia". Może to szpileczka wbita w materializm dialektyczny?















