Gdzie te horrory? Gdzie te roboty?

gazetafenestra.pl 1 tydzień temu
Autorka grafiki: Ade-Seite Jastrzębska (Fenestra)

Rekordowa liczba nominacji dla „Grzeszników” Ryana Cooglera jest dla Oscarów przełomem nie tyle ze względu na historyczny wynik, ile przynależność gatunkową filmu. Horrory od dekad stanowią gatunek wyjątkowo marginalizowany przez Akademię Filmową. W częstym odmawianiu im nominacji w najważniejszych kategoriach, nie mówiąc już o przyznawaniu tytułu „najlepszego filmu”, nie są przy tym odosobnione. Wieloletnie niezadowolenie wyrażają również fani kina science-fiction.

Oscarowe kontrowersje i trudne do zrozumienia decyzje Akademii to temat-rzeka. Marginalizacja kina grozy i fantastyki naukowej stanowi jeden z przykładów. W przypadku horrorów jako jedyny obraz nagrodzony w kategorii „najlepszy film” wskazuje się „Milczenie Owiec”. Granica między horrorem a thrillerem potrafi być cienka, jednak w tym przypadku trudno mi zrozumieć mieszanie tych kategorii. Science-fiction do niedawna również nie mogło pochwalić się żadnym reprezentantem wśród laureatów tej najważniejszej kategorii – dopiero w 2023 r. negatywną passę przełamało „Wszystko wszędzie naraz”.

Nieprzypadkowo wokół nagród narosło przez lata wiele klisz, z określeniem „oscar bait” na czele. Gabriel Rossman i Oliver Schilke z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles podjęli się zbadania oscarowych nominacji i hollywoodzkich filmów z lat 1985-2009 w artykule „Close, But No Cigar: The Bimodal Rewards to Prize-Seeking”. W kwestii kina gatunkowego – potwierdzili, to co wielu widzów odczuwa intuicyjnie. Oscarowe nominacje w największym stopniu przypadają dramatom, biografiom, filmom wojennym i historycznym. Na drugim krańcu spektrum znajdują się horrory, science-fiction, akcja i kino familijne.

Miejsce w szeregu

Kino grozy i fantastyka naukowa najbardziej doceniane są w kategoriach audiowizualnych, takich jak efekty specjalne czy scenografia. Zwłaszcza science-fiction oferuje niewyczerpany potencjał na tym polu. Ekranowe wizje przyszłości potrafią zachwycać wizualnie, ale i pod kątem treści służyć pogłębionemu spojrzeniu na człowieczeństwo, rozwój nauki czy relacje człowieka i technologii. Stanley Kubrick w pamiętnej „2001: Odysei Kosmicznej” mierzył się z pytaniami ostatecznymi – legendarne przejście montażowe między rzucaną przez małpoluda kością a statkiem kosmicznym w skali mikro ujmuje sedno narracji. Kubrick medytuje nad ludzkością – jej pochodzeniem, rozwojem, celem, miejscem we wszechświecie. Dzieło jest jednocześnie złożone filozoficznie, jak i wieloznacznie niedopowiedziane. Czym jest powracający monolit? Czy tematem jest kontakt z kosmiczną cywilizacją? Czy może Absolutem? A może jedno i drugie jest tu tożsame? „2001: Odyseja Kosmiczna” z jednej strony operuje metafizyką, transcendencją, pojęciem wieczności, z drugiej – zastanawia się nad potencjalnym rozwojem technologicznym, intrygując zwłaszcza sztuczną inteligencją HAL 9000. Opus magnum Kubricka zachwyca również artyzmem realizacji – nie tylko niesamowitymi na swoje czasy efektami specjalnymi, ale i doskonałymi zdjęciami – skomponowanymi z matematyczną precyzją, pięknie wykorzystującymi symetrię. „Odyseja…” do dziś jest przedmiotem analiz i zachwytów, bez której nie może obejść się żadna rzetelna lista najlepszych i najważniejszych filmów wszechczasów. Oscara oczywiście otrzymała… za efekty specjalne. Nominowana była również w kategoriach scenografii, reżyserii i scenariusza. Za najlepszy film uznano musical „Oliver!”, a wśród jego konkurentów arcydzieło Kubricka nie zostało w ogóle uwzględnione.

James Cameron stwierdził w rozmowie z Barrym Hertzem – „Nie mają w zwyczaju honorować filmów jak »Avatar«, przykładowo filmów science-fiction. Prawie nigdy nie są one odpowiednio docenione. Denis Villeneuve, inny kanadyjski filmowiec, stworzył dwa wspaniałe filmy »Diuna«. Najwyraźniej te filmy same się stworzyły, skoro on nie został uznany za reżysera, choćby przez Gildię Reżyserów”. Pierwsza część „Diuny” odniosła sukces, wracając z gali z sześcioma Oscarami na dziesięć nominacji. Nie zabrakło uwzględnienia w stawce o film i scenariusz adoptowany, jednak Villeneuve nie znalazł się wśród kandydatów wyróżnionych za reżyserię. W obliczu ogólnego sukcesu „Diuny” można dyskutować nad zasadnością przykładu Kanadyjczyka. Warto jednak wspomnieć, iż podobna sytuacja spotkała Christophera Nolana w związku z „Incepcją”. Brak nominacji reżyserskiej był tutaj sporym zaskoczeniem. Czy naprawdę Tom Hopper wykonał bardziej imponującą pracę przy „Jak zostać królem” niż Nolan, tworząc jeden z najinteligentniejszych blockbusterów ostatnich dwóch dekad? Czy produkcja z Colinem Firthem, nie ujmując jej jakości, zasługiwała na triumf nad „Incepcją” również w kategoriach scenariusza i filmu?

Przykłady można mnożyć – „Planeta Małp”, „Matrix”, „Interstellar”, „Blade Runner 2049”, „Ludzkie dzieci”, „Ex Machina” i inne, choćby wracając z tarczą, to docenione przede wszystkim za aspekty techniczne, rzadziej za scenariusz, reżyserię czy aktorstwo. Kolosalnego przeoczenia doznał oryginalny „Łowca Androidów”. Wymuszone zmiany ówczesnej wersji kinowej, naprawione przez wersję reżyserską, sprawiają, iż zrozumiałe zdaje się pominięcie w kategoriach filmu, reżyserii i scenariusza. Dyskusyjne kwestie nie obejmowały jednak przecież genialnego soundtracku Vangelisa, niezapomnianej kreacji Rutgera Hauera czy znakomitych zdjęć Jordana Cronenwertha.

Przesadnym malkontenctwem byłoby zarzucanie zupełnego ignorowania science-fiction (vide sukces „Grawitacji”), jednak fakt, iż dopiero „Wszystko wszędzie naraz” przyniosło gatunkowi nagrodę filmu roku, unaocznia, iż uwagi nie są pozbawione słuszności. Problem tkwi być może w swoistej zasadzie decorum. Dotykający trudnych kwestii dramat zdaje się „bardziej pasować” do prestiżu gali, choćby gdy stanowi miałką produkcję. Trudno przywołać równie odważną decyzję oscarową, co wywołujące tak oklaski, jak i donośne buczenie uhonorowanie Złotą Palmą „Dzikości Serca” Davida Lyncha. Jury w Cannes doceniło postmodernistyczny charakter filmu, który zupełnie nie przystawał do stereotypowego obrazu „artystycznego dzieła. Oscary choćby nagradzając bardziej innowacyjne projekty, zwykle robią to, gdy te już cieszą się sporym uznaniem.

Obecnie można odnieść wrażenie większego otwarcia Akademii na kino gatunkowe, niż w XX wieku, kiedy stereotypy filmu oscarowego były jeszcze wyraźniejsze. Podstaw daje chociażby porównanie dwóch fuzji science-fiction i wysokooktanowego kina akcji. „Mad Max: Na Drodze Gniewu” był jednym z triumfatorów gali w 2016 roku. „Terminator 2: Dzień Sądu” w 1992 roku został natomiast wyróżniony czterema Oscarami i dwoma nominacjami obracając się w kategoriach audiowizualnych. Potwierdza to ówczesny standard doceniania science-fiction głównie na tym polu. Świetnie rozpisana fabuła, angażująca emocjonalnie, wyposażona w pamiętnych bohaterów, podszyta refleksją na temat przyszłości, nie tylko widowiskowe, ale rewelacyjnie przemyślane sceny akcji, zbalansowanie i kontrola reżysera dawały podstawy do większych laurów. W porównaniu z „Bugsym”, „Księciem Przypływów”, choćby disneyowską „Piękną i Bestią” – dla sequela „Terminatora” jak najbardziej mogłoby znaleźć się miejsce wśród pretendentów do tytułu najlepszego filmu.

Niewidoczne horrory

Zdaje się, iż i horrory doczekały się większego dostrzeżenia przez Akademię Filmową. Gatunek ten był przez lata jeszcze bardziej marginalizowany niż science-fiction. Chlubnym wyjątkiem z pewnością jest „Egzorcysta”. Film Williama Friedkina jednocześnie szokował, przerażał i obrzydzał, z nawiązką realizując gatunkowe założenia, jak i domagał się uznania za filmowy kunszt. Dorobił się również znaczącej ilości analiz i interpretacji, dowodzących głębszych treści zawartych w dziele. Dziesięć oscarowych nominacji, w tym za najlepszy film i ta przekuta na statuetkę za scenariusz to istny ewenement dla kina grozy. Dopiero „Uciekaj” Jordana Peele’a miało powtórzyć ten sukces. Tematyka filmu mogła w znaczącym stopniu się do tego przyczynić – to w końcu czas hashtagu „#OscarsSoWhite” zwracającego uwagę na niedoreprezentowane mniejszości i wzmożonych dyskusji na temat zróżnicowania rasowego wśród laureatów. Z jednej strony niejako dowodzi to umniejszania horrorom, jako iż istotny jest ów kontekst społeczny, z drugiej – potwierdza ich wartość. Mariaż grozy i satyry w wykonaniu Peele’a faktycznie prezentował wysoki poziom, a przede wszystkim – zespolił gatunkowy sztafaż z nadrzędnym komentarzem. Błyskotliwe ujęcie rasizmu i napięć, pokazujące nie nienawiść, a uprzedmiotawiającą fascynację, osadzone jest na atmosferze niepokoju, osaczenia i nadnaturalnym rozwoju fabuły.

Horrory można niesłusznie odbierać jako filmy, które mają przede wszystkim straszyć. Jako kino gatunkowe – dzielą się one jednak na pozycje stricte dla szukających określonych wrażeń, jak i te obowiązkowe wręcz dla miłośników X muzy. Podobnie jak komedie, fantasy czy filmy sensacyjne. Filmy jak tajski „Shutter”, japoński „Ring”, hiszpański „Rec” czy hollywoodzki „Sinister” są godne polecenia przede wszystkim fanom gatunku, nie próbując wyjść poza te ramy. Z perspektywy historii kina są one adekwatnie nieistotne i raczej nie zasługują na czołowe branżowe nagrody. Bardzo dobrze jednak działają w określonej im kategorii – nie tylko strasząc, ale i niezwykle zręcznie posługując się owym horrorowym językiem, wyróżniając się nad taśmowe straszaki. Innym rodzajem horroru jest ten, który kunsztem artystycznym bądź ambicjami wykracza poza ten poziom, choćby pozostając w stricte gatunkowych ramach. „Babadook”, chociażby metaforycznie opowiada o depresji, utracie i traumie. „Teksańska masakra piłą mechaniczną” to odbicie nihilizmu, niepokojów i rozczarowania Ameryki lat 70. oraz groteskowo-makabryczne wykrzywienie pozamiejskich terenów USA i kontrastu z wielkomiejskością. Trylogia apartamentowa Romana Polańskiego to znakomite studium różnych przykładów paranoi, osaczenia i psychicznych zaburzeń. Z wyjątkiem „Dziecka Rosemary”, które trzymając się tej konwencji, wyraźnie zdaje się ciążyć w kierunku nadnaturalnej interpretacji. Kino grozy oferuje potencjał do skanalizowania wewnętrznych i zewnętrznych demonów, zaniepokojenia nie fantastycznymi istotami, a ludzkimi, podskórnymi lękami, poddanymi zmetaforyzowaniu bądź intensyfikacji.

Akademia docenia horrory rzadko, nie tylko w najważniejszych kategoriach – sporadycznie zdarzają się jakiekolwiek laury, takie jak zasłużone nagrodzenie muzyki Jerry’ego Goldsmitha do „Omenu”. Kultowe „Lśnienie” i „Coś” zamiast w wyścigu o Oscary, znalazły się wśród nominowanych do Złotych Malin, kolejno za reżyserię i muzykę. „Lśnienie” należy do filmów, które zostały należycie docenione po czasie, jednak w tym przypadku winy nie ponosi wersja, w jakiej obraz trafił do kin – ta zmianie nie uległa. Czy Oscary, jako prestiżowe nagrody, nie powinny stanowić wyznacznika jakości bardziej niż odzwierciedlenia powszechnych sympatii? Wybitna rola Jacka Nicholsona, inwencja operatorska, gęsty klimat i umiejętne budowanie napięcia stanowią o wyjątkowości horroru Stanleya Kubricka, dzisiaj często uznawanego za najlepszy w historii gatunku. Kuriozalne jest również potraktowanie filmu „Coś” Johna Carpentera i muzyki Ennio Morricone. Film to opus magnum mistrza horroru – nie jest on złożony filozoficznie czy szczególnie podatny na interpretacje. Atmosfera mrozu, klaustrofobii, narastającej paranoi i braku zaufania w odniesieniu do tożsamości bohaterów kreowana jest jednak z iście wirtuozerską wprawą. Całości dopełniają niekonwencjonalne, będące świadectwem nieokiełznanej wyobraźni praktyczne efekty specjalne.

Między „Egzorcystą” a „Uciekaj” jedyne horrory, jakie uzyskały nominacje do najlepszego filmu, budzą wątpliwości w odniesieniu do przynależności gatunkowej. W przypadku „Szczęk” i „Szóstego Zmysłu” granica między horrorem a thrillerem zostaje wyjątkowo zaburzona, a „Czarny Łabędź” zdaje się jedynie korzystać z pewnej poetyki i rozwiązań narracyjnych, aniżeli pasować do etykiety „horror”. Bieżący rok stanowi wobec tego ożywczy kontrast, również w zeszłym doceniono też przecież „Substancję”. Mimo tego – marginalizacja wciąż pozostaje dostrzegalna. „Dziedzictwo. Hereditary” Ariego Astera wydaje mi się nieco bardziej interesującym filmem niż, skądinąd bardzo sympatyczne, „Bohemian Rhapsody” czy „Czarna Pantera”. Przede wszystkim jednak, w 2019 roku rozczarował brak nominacji dla Toni Collette za znakomitą rolę w owym filmie.

Na fali popularności Peele’a, Astera czy Roberta Eggersa próbowano wyizolować pojęcie „post-horroru”, będące bardziej niż dostrzeżeniem fenomenu a świadectwem umniejszania gatunkowi, którego artystyczne przejawy musiały być zaliczane do nowej szuflady. Taka argumentacja przyświecała licznym głosom krytycznym wobec terminu zaproponowanego przez dziennikarza „The Guardian” Steve’a Rose’a. Wymienieni twórcy przypomnieli kinu grozy o jego artystycznie ambitniejszym obliczu, które ma za sobą dekady gatunkowej tradycji. o ile „post-horrorem” jest „To przychodzi po zmroku” czy „Czarownica. Bajka Ludowa z Nowej Anglii” to „post-horrorem” jest również „Lśnienie” czy „Dziecko Rosemary”. Okazuje się więc, iż historię kina należy przepisać na nowo, wszystkie horrory z artystycznym zacięciem wrzucając do szufladki opatrzonej ładnie brzmiącą nazwą, a czystemu horrorowi zostawiając tylko te, które na festiwalach wstyd byłoby pokazywać. Aster czy Eggers stali się reprezentantami trendu, który przywrócił godność horrorowi mogącemu zainteresować nie tylko sympatyków gatunku – ale błędnie byłoby uznawać ich obrazy za przykład nowego podgatunku. Ich dzieła to w większym stopniu prezentacja potencjału, czym horror może być w rękach uzdolnionego filmowca. Zwłaszcza Eggers odznacza się wyjątkowymi umiejętnościami. Debiutancką „Czarownicą. Bajką Ludową z Nowej Anglii” dał wyraz swojej strategii twórczej. Zainteresowany teorią nieświadomości zbiorowej Junga poszukuje archetypicznie zakorzenionych lęków, eksploruje przeszłość, szukając tego, co wciąż pozostaje istotne. „Czarownica” porusza tematy kobiecości, opresji sztywnych konwenansów, uproszczeń i fanatyzmu, dezintegracji rodziny, pogrążającej się w pułapkach myślenia, jakie na siebie narzuciła. Realia epoki oddane zostały z pieczołowitością, obejmującą studiowanie dokumentów w celu odzwierciedlenia języka, dopracowanie scenografii i kostiumów, pryzmat ówczesnej mentalności. Konsekwentna, bardzo dobra realizacja i rozróżnienie między wywoływaniem strachu a kreowaniem grozy złożyły się na jeden z lepszych horrorów poprzedniej dekady, który przez Akademię pozostał niezauważony. Eggers następnie dowiódł swojej wartości za sprawą „The Lighthouse” – najbardziej niesłusznie zignorowanego w oscarowym wyścigu horroru w ostatnich latach. Rocznik 2019 obfitował w godne uznania produkcje. „The Lighthouse” jednak stanowiło być może tę najbardziej intrygującą. Czerpiące z dorobku między innymi Lyncha i Bergmana, jednak o wyrazistym indywidualnym rysie. Bogate w symbolikę, pozwalające odczytywać się na rozmaite sposoby. Świetnie udźwiękowiony, mistrzowsko ujęty w obiektyw, z rewelacyjnymi kreacjami Roberta Pattinsona i Willema Defoe doczekał się tylko nominacji za zdjęcia. Konkurencja obejmowała co prawda „Parasite”, „Jokera” czy „Historię Małżeńską”, ale już „Pewnego razu… w Hollywood” ustępuje filmowi Eggersa pod każdym względem oprócz medialnego rozgłosu i statusu reżysera. Także w zeszłym roku, remake „Nosferatu” przyniósł Eggersowi jedynie nominacje do kategorii wizualnych. Istotnym filmem w wyścigu była wówczas między innymi „Emilia Perez”. Zagadką pozostaje dla mnie obsypywanie wyróżnieniami produkcji tak nieudolnej i amatorskiej pod względem narracyjnym, dramaturgicznym i realizacyjnym.

W ostatnich latach można zauważyć rosnące znaczenie filmów science-fiction, choćby w mariażu z kinem akcji oraz horrorów w oscarowym wyścigu. Genialny „Obcy – 8. pasażer Nostromo” mógłby dzisiaj liczyć raczej na więcej niż uzyskane nominacje za efekty specjalne i scenografię. Skoro „Mad Max: Na Drodze Gniewu” znalazł się na czele rywalizacji po statuetki, to jakie szanse mogłoby mieć współcześnie dzieło na miarę „2001: Odysei Kosmicznej”. Trudno jednak powstrzymać się od wrażenia, iż istnieje korelacja między popularnością i głośnym uznaniem, które domaga się wręcz, by dany film został dostrzeżony a merytorycznym uwzględnieniem rzeczywistej jakości. Zarówno „Uciekaj!”, jak i „The Lighthouse” zasługiwały na docenienie. Pomimo tego – przypadło ono filmowi znacznie głośniejszemu i aktualnemu w społecznym kontekście. Obraz popularny przede wszystkim wśród zainteresowanych kinomanów musiał obejść się smakiem. Czas pokaże, czy mamy do czynienia ze zmianą tendencji Akademii, czy nieustannym podążaniu za trendami.

Aleksander GRĘDA

Idź do oryginalnego materiału