Zdjęcie: Bartosz T. Wieliński / Agencja Wyborcza.pl
Gdynia dołączyła do najbardziej prestiżowego klubu zabytków świata. A tegoroczne wybory pokazują, iż coraz bardziej zasadne staje się pytanie, co UNESCO uznaje za warte ochrony i zachowania dla przyszłych pokoleń.
Komitet Światowego Dziedzictwa podczas obrad 27 lipca w południowokoreańskim Busan uznał Gdynię, a konkretnie jej centrum, za świadectwo zastosowania idei modernizmu przy tworzeniu miasta i wpisał je na prestiżową listę światowego dziedzictwa UNESCO. To powód do dumy i potężna promocja turystyczna, ale i wyzwanie, o czym Gdynia przekonała się w ubiegłym roku, gdy jej kandydaturę odesłano do poprawki. Tym razem się udało, ale od dzisiaj o nowych inwestycjach mogących wpłynąć na chroniony obszar trzeba informować UNESCO, by nie skończyć jak Liverpool. To brytyjskie miasto w 2004 r. świętowało wpis historycznego portu na listę, jednak 17 lat później zostało z niej wykreślone, ponieważ nowe inwestycje nieodwracalnie zmieniły historyczny krajobraz nabrzeża. Czy ochrona dziedzictwa ma oznaczać rezygnację z rozwoju? – pytały władze miasta. UNESCO odpowiadało, iż rozwój nie może niszczyć tego, co zobowiązano się chronić. W tym sensie wpis na listę przypomina nie tyle nagrodę, ile umowę. Mimo to chętnych do jej podpisania jest co roku bardzo wielu.
Czytaj też: Mit, kamień i beton, czyli nowe dziedzictwa świata. Lista UNESCO może zaskoczyć
Jak wejść do klubu
Procedura jest długa, kosztowna i czasami upolityczniona. Najpierw państwo umieszcza kandydata na swojej liście informacyjnej, potem musi udowodnić jego „wyjątkową uniwersalną wartość” (Outstanding Universal Value) jako „arcydzieła ludzkiego geniuszu, świadectwa kultury czy szczególnego przykładu architektury”. Liczącą nieraz setki stron dokumentację zabytków kultury ocenia Międzynarodowa Rada Ochrony Zabytków i Miejsc Historycznych (ICOMOS), która może zalecić wpis, odrzucenie kandydatury albo poprawki, jak w przypadku Gdyni rok temu.