Gdy żyjecie ze sobą wystarczająco długo, kryzysy są nieuniknione

kobietytomy.pl 1 godzina temu

Nakarmione opowieściami o romantycznej miłości bywamy szalenie naiwne. Wierzymy w “i żyli długo i szczęśliwe” bez cienia refleksji. Nie uświadamiamy sobie, iż może i szczęśliwie, ale nie zawsze, iż długo tylko wtedy, kiedy człowiek chce nad sobą pracować. Nic nie jest bowiem dane raz na zawsze, a gdyby jeszcze tego było mało – zmieniamy się. On się zmienia, ona się zmienia i świat na dokładkę też się zmienia. Trudno się w tym wszystkim odnaleźć, zwłaszcza jeżeli oczekuje się sielanki i mylnie się wierzy, iż kłopoty są argumentem do rozstania. zwykle nie są, trzeba niekiedy przejść przez trudne chwile, żeby odnaleźć jeszcze większe szczęście. Na tym to polega, żeby wspólnie pokonywać większe i małe trudności. Kto jednak tak naprawdę chce takiego związku – związku z wyzwaniami, związku jako pracę?

Gdy żyjecie ze sobą wystarczająco długo, kryzysy są nieuniknione

Piękny obrazek

Znam wiele takich par, które przez lata dosłownie jadły sobie z ust, takie gołąbeczki, przemawiające do siebie zawsze w wysokich tonach. idealni, dobrani do siebie, niekiedy choćby ubierający się tak samo, w te same barwy, ten sam styl, mający choćby gesty podobne. Byli jak lustro, jedno coś mówi, drugie powtarza, potem ten sam gest i ten sam grymas. Z zewnątrz w gruncie rzeczy mogło to wyglądać komicznie….jednak to przerysowanie dostrzegają nieliczni, większość mówią o tym, iż jakie to słodkie i super. Gdy miłość wylewa się uszami, któż śmie zwracać uwagę na drobnostki.

Takie przesłodzone pary, robiące setki zdjęć i pokazujące swoje szczęście wszem i wobec, najczęściej kończą dość szybko, jak celebryci rozstający się przy blasku fleszu. Nie wiem, czy to jest zwykle wypalenie, rozczarowanie, czy coś jeszcze, jednak zdarza się to na tyle często, iż nie sposób tego ignorować, a raczej można mówić o pewnej regule i pewnej tendencji. Samo ćwierkanie w jednym tonie nie wystarczy do szczęścia, żadne baloniki, całuski i serduszka (nie mam nic do nich, żeby nie było) nie określają jeszcze uczuć. Prawdziwe uczucia zaczynają się gdzie indziej.

Gdy można się odsłonić

Prawdziwa miłość to ta w rozciągniętym swetrem, z podkrążonymi oczami, zmęczona, zdenerwowana, postawiona do granic absurdu. Kształtująca się wtedy, kiedy widzisz bliską osobę odartą z piękna, wymiotującą, kaszlącą tak, iż wypluwa płuca, otoczoną stertą chusteczek i niemającą siły wstać. I ty wtedy nie widzisz brzydoty, przez cały czas widzisz piękno, nie masz problemu, żeby te chusteczki wziąć, przebrać pościel, umyć podłogę…Robisz to w sposób naturalny, instynktowny.

Nie boisz się bezradności, lęku, złości. Tych wszystkich uczuć, które sama u siebie wypierasz, mierzysz się z nimi u tego, kogo kochasz. Nie obawiasz się tego, iż druga osoba się otwiera, pokazuje swoją słabość, niedoskonałość. Przyjmujesz ją. To oczywiście nie dzieje się to od razu, czasami to wszystko Cię przytłacza, rozczarowuje i boli. W Twojej głowie walczą przecież schematy i stereotypy o mężczyznach, którzy nigdy nie płaczą, o tym, iż facet musi zawsze dawać radę, iż nie ma pękać, iż mimo wszystko ma trwać… Nie chcesz widzieć jego w gorszej formie, rozpadającego się, pogrążonego, to powiem przypomina ci o własnej bezradności.

Jednak im jesteście dłużej ze sobą, tym przestajesz mieć wybór: to po prostu się dzieje. Bywacie bezradni w obliczu wychowywania dzieci, choroby bliskiej osoby, doświadczacie śmierci kogoś z rodziny, kogoś, kogo się kochało, zdarzają się trudne sytuacje odtrącenia, kiedy świat mówi wam “sprawdzam”, gdy jedna czy druga strona rodziny “spiskuje” przeciwko wam, nie odzywa się lub wykrzykuje trudne słowa. Wtedy łatwo złamać przymierze dwóch osób, oddalić się od siebie, przejść do innego “obozu”.

Tych lekcji prób jest nieskończenie wiele, w każdej z nich odsłaniamy się jako para i jednostki coraz bardziej. Nie jesteśmy doskonali, wściekamy się na siebie, ale mimo wielkich rozczarowań, rozmawiamy nadal, nie odpuszczamy. Robimy to, bo nie rezygnujemy z siebie i to właśnie stanowi różnicę.

To po kryzysie wszystko się zaczyna

Mnóstwo związków kończy się, gdy przychodzi pierwszy poważniejszy kryzys. Większość nie jest w stanie przejść tej próby, nie chcą, nie potrafią, czują, iż nie mają wystarczającej siły.

Ci, którym się mimo wszystko udaje najczęściej potwierdzają po czasie, iż mimo łez, zwątpienia i bólu, ta cała sytuacja z perspektywy czasu wyszła im na dobre, ponieważ pozwoliła odsłonić oczy, dojrzeć coś, czego wcześniej nie postrzegali, przejść na wyższy poziom “wtajemniczenia”.

O miłość stosunkowo prosto, gdy wszystko jest dobrze, dużo trudniej, gdy pojawia się kryzys.

Wtedy życie sprawdza, jak bardzo nam zależy i to na dwóch frontach jednocześnie, zależeć musi i jej i jemu, a to niemiłosiernie podbija stawkę. Ona nie da rady ciągnąć relacji samodzielnie, on choćby chciał także: i w tym tkwi podwójny problem.

Kryzys to wyzwanie, a przejście go może jeszcze bardziej wzmocnić relacje, tylko trzeba to zrobić razem. Jak wszystko w miłości.

Kryzys w związku to próba. Za nim kryje się szczęście?

Idź do oryginalnego materiału