Dziś wieczorem, kiedy wróciłem do mieszkania na Mokotowie po pracy w biurze przy ulicy Puławskiej, od razu uderzyło mnie milczenie. Przystojniaka nie było. Serca zaczęło mi szybciej bić przecież zawsze czeka na mnie, siedzi na dywaniku przy drzwiach, mruczy zanim jeszcze klucz przekręci się w zamku. Nie wyobrażam sobie tego miejsca bez jego obecności.
Wciąż pamiętam swoje 25. urodziny rodzice, Teresa i Zbigniew, pomogli mi zebrać pieniądze na pierwszą wpłatę kredytu hipotecznego. Z dumą odebrałem klucze do własnego kąta w Warszawie, czułem się dorosły. Zawsze byłem trochę nieśmiały, unikałem imprez, nie lubiłem zamieszania. Praca jako programista w polskiej firmie dawała mi spokój i niezależność, ale cisza w mieszkaniu czasem była trudna do zniesienia.
Tak wpadłem na pomysł, żeby znaleźć futrzastego towarzysza. Przystojniaka zabrałem ze schroniska, bo nikt go nie chciał miał krzywe przednie łapki i nikt nie widział w nim uroku. A ja zobaczyłem w jego spojrzeniu, iż zasługuje na szansę. Od kiedy zamieszkał ze mną, czekał na mnie codziennie, a ja cieszyłem się każdą wolną chwilą przy nim.
Po pewnym czasie w pracy pojawiła się nowa koleżanka Jagoda Nowak, rezolutna, pewna siebie dziewczyna z dobrym żartem i energią. Dość gwałtownie zaczęliśmy się spotykać, a po miesiącu Jagoda przeniosła do mnie swoje rzeczy. Od samego początku coś jej nie pasowało w Przystojniaku prosiła, żebym go oddał, ale nie chciałem, tłumaczyłem jej, jak bardzo się do niego przywiązałem.
Z czasem Jagoda naciskała coraz mocniej: Patryk, ten kot odstrasza gości, nie wypada pokazywać się z takim zwierzęciem słyszałem kilka razy. Czułem się tak, jakbym musiał wybierać pomiędzy nią a moim kotem. Rodzice od początku byli sceptyczni wobec Jagody; mama mówiła nawet, iż jest zbyt pewna siebie, tata sugerował, żebym dobrze przemyślał związek.
Sytuacja stała się nie do zniesienia, kiedy rodzina Jagody przyjechała do nas na niedzielny obiad. Jej ojciec, pan Marian Nowak, kpił sobie z Przystojniaka już na wejściu: No i co to za pokraka? rzucił, a Jagoda śmiała się razem z nim i swoją mamą, Dorotą. Siedziałem w ciszy, broniąc kota, ale czułem tylko wstyd i złość.
Wczoraj, gdy wróciłem do domu po pracy, Przystojniaka nie było. Zapytałem Jagodę, gdzie jest kot. Odpowiedziała obojętnie, iż oddała go do weterynarza, bo tam lepiej się nim zajmą. Zerwałem się i natychmiast ruszyłem szukać mojego przyjaciela. Całe pięć godzin jeździłem po lecznicach w Warszawie, aż w jednej z klinik na Woli znalazłem Przystojniaka skulonego w kącie, ale gdy mnie zobaczył, zamruczał tak pięknie jak zawsze, wtulił się we mnie.
Po powrocie do domu powiedziałem Jagodzie, żeby się wyprowadziła. Nie chciałem z nią więcej rozmawiać. Stała się dla mnie obca, nieprzyjemna. Rano już spakowała walizki i wyszła bez słowa. Była urażona pewnie nie spodziewała się, iż ktoś uzna kota za ważniejszego od niej.
Teraz siedzę przy biurku, Przystojniak śpi obok mnie na poduszce. Praca i życie płyną dalej, a ja wiem, iż dobrze wybrałem nie zamieniłbym tej spokojnej, kociej obecności na żadne chwilowe emocje. Z każdym dniem utwierdzam się w przekonaniu, iż w domu, w sercu, powinno być miejsce przede wszystkim dla tych, którzy nas naprawdę kochają i akceptują.













