18 maja
Dzisiaj czuję, jak cały świat może się zmieniać w jednym dniu. Po powrocie z pracy, nie zastałem Przystojniaka w domu. Przez ostatnie lata mieszkam sam w swoim własnym kącie na warszawskim Mokotowie mama i tata postanowili pomóc mi spłacić pierwszą ratę kredytu na to mieszkanie, prezent na moje dwudzieste piąte urodziny. Dzięki nim w końcu poczułem się dorosły, odpowiedzialny za każdy kąt. Programowanie w biurze na Żoliborzu wypełnia mi większość dnia, ale po pracy zawsze śpieszę do domu. Chyba przez to zawsze byłem introwertykiem, własny świat i cisza były dla mnie najważniejsze.
Cisza jednak z czasem zaczęła trochę uwierać, dlatego podjąłem decyzję o adopcji kota. Kiedy w schronisku zobaczyłem małego, niepełnosprawnego kociaka, od razu coś we mnie pękło inni uważali, iż najlepiej go uśpić, nie dawać mu szansy. Przystojniak tak go nazwałem, może na przekór wszystkim z miejsca stał się moim kompanem. Czekał na mnie każdego dnia na wycieraczce, mrucząc nieporadnie i podnosząc się na swoich krzywych łapkach. Był dla mnie źródłem czułości i spokoju, którego nigdzie indziej nie mogłem znaleźć.
Później pojawiła się ona Izabella, dziewczyna z biura, energiczna, zawsze pewna siebie. gwałtownie się zaprzyjaźniliśmy, a po kilku tygodniach zaproponowała, iż zamieszka ze mną. Z początku myślałem, iż to będzie nowy rozdział. Od razu jednak między Izabellą a Przystojniakiem wyczuwalna była niechęć. Kilka razy próbowała mnie przekonać, żebym oddał kota, mówiła, iż dobrze by było, gdyby ktoś się nim zajął. Nie zgodziłem się. Przystojniak był moją rodziną, kimś, za kogo czułem się odpowiedzialny.
Izabella nie ustępowała. Uważała, iż nasz kot psuje wizytówkę mieszkania. Gości raziły krzywe łapki Przystojniaka, a ona nie potrafiła się z tym pogodzić. Byłem rozdarty kochałem i jej obecność, i swojego kota. Rodzice mówili mi, żebym był ostrożny, bo jej charakter był dla nich trudny do zaakceptowania. Proszono mnie, żebym nie spieszył się z poważnymi decyzjami.
Wszystko się rozstrzygnęło podczas wizyty rodziców Izabelli. Jej ojciec już od progu zaczął się nabijać z Przystojniaka, nazwał go dziwadełkiem. Starałem się tłumaczyć, bronić mojego kota, ale przez cały wieczór słyszałem tylko żarty na temat jego wyglądu. Pomysły na to, gdzie można by kocura oddać, mnożyły się, a matka Izabelli tylko śmiała się razem z nimi.
Następnego dnia, po pracy, zauważyłem brak Przystojniaka. Gdy spytałem Izabellę, powiedziała, iż zabrała kota do najbliższej lecznicy weterynaryjnej i zostawiła tam tak będzie lepiej dla wszystkich. Byłem w szoku, zrozumiałem, jak bardzo zawiodłem się na niej. Przez pięć godzin szukałem Przystojniaka, odwiedziłem cztery gabinety i w końcu go znalazłem wystraszonego, ale szczęśliwego, iż mnie widzi.
Po powrocie do domu nie miałem już żadnych wątpliwości. Poprosiłem Izabellę, żeby się wyprowadziła. Nie chciałem jej więcej widzieć, w moim sercu zapanowała ulga. Rano spakowała swoje rzeczy i wyszła, urażona i rozczarowana. Chyba nigdy nie pomyślała, iż zwierzę będzie dla mnie ważniejsze niż ona.
Teraz znów jesteśmy tylko we dwójkę Przystojniak i ja. Codziennie czeka na mnie na wycieraczce i mruczy jeszcze głośniej niż dawniej. Może właśnie tak wygląda prawdziwy dom.









