W 2018 roku do Piły przyjechała także doktor Sian Proctor. Jeszcze w 2009 roku uczestniczyła w selekcji organizowanej przez NASA, w której wzięło udział trzy i pół tysiąca chętnych. Proctor przeszła do finału jako jedna z czterdziestu siedmiu osób. Z tej wąskiej grupy finalistów wybierano następnie dziewięcioro zwycięzców – i na tym etapie Proctor odpadła. Nie udało jej się wtedy zostać astronautką, ale dostała pracę w NASA przy badaniach nad sposobami organizacji długotrwałych misji marsjańskich. Zajmowała się także wieloma innymi kwestiami związanymi z edukacją i badaniami okołokosmicznymi. Do Lunaresa trafiła między innymi po to, żeby w warunkach zbliżonych do kosmicznych trenować procedury księżycowe oraz malować (w wolnych chwilach jest artystką). Trzy lata później została wybrana do pilotowania statku kosmicznego w ramach misji Inspiration4. To szczególna misja, ponieważ wszyscy jej uczestnicy byli cywilami, a wysłano ich na pełnowartościową misję orbitalną, która trwała trzy doby. Doktor Proctor została tym samym pierwszą kobietą z komercyjną licencją pilota statku kosmicznego, a także pierwszą artystką w kosmosie.
Kiedy 25 czerwca 2025 roku o 8.31 czasu polskiego Sławosz Uznański-Wiśniewski startował z przylądka Canaveral na Florydzie, siedziałem na stacji benzynowej w Szczecinku i śledziłem jego lot na ekranie telefonu. Specjalnie zebrałem się na pociąg, który ruszał z Poznania chwilę po piątej, żeby w godzinie zero na pewno mieć zasięg i móc to zobaczyć na żywo. Tego dnia Uznański-Wiśniewski został drugim Polakiem w kosmosie, a ja drugi raz odwiedziłem Pałac Bismarcka. Start śledził ze swojego biura w Gliwicach także Marcin Drobik, analogowy sobowtór Sławosza.
Jednym z czternastu eksperymentów, jakie Uznański-Wiśniewski prowadził na orbicie, było badanie stanu psychicznego człowieka w warunkach kosmicznych. Trzy tygodnie wcześniej identyczny eksperyment prowadził Drobik w Lunaresie. Misja Terra-Nova z czerwca 2025 roku została zaplanowana jako analogowa wersja misji Axiom 4 z udziałem naszego astronauty. W obu brało udział po dziewięć osób, to znaczy pięć na stacji kosmicznej i cztery dolatujące do nich. W Lunaresie odbyło się to tak, iż pięcioro analogowych astronautów zamknięto w bazie na dłuższej misji. Dołączało do nich czworo kolejnych, którzy po dwóch tygodniach opuszczali Lunares i zostawiali pierwszą piątkę samą. Jednym z celów tego eksperymentu Europejskiej Agencji Kosmicznej, która finansowała go w ramach projektu AstroMentalHealth, było porównanie wyników uzyskanych na orbicie z tymi z Piły. Skład obu załóg także był dość podobny. Załogą Axiom 4 dowodziła Peggy Whitson, która odbywała wtedy swój piąty lot kosmiczny. Poza nią leciało trzech mężczyzn, każdy pierwszy raz w kosmosie, w tym jeden Polak. Załogą Terra-Nova dowodziła Martina Dimoska, która w Lunaresie była drugi raz. Poza nią w bazie znalazło się trzech mężczyzn, w tym jeden Polak, a dla wszystkich z nich był to pierwszy raz.
– Nie można całkowicie serio powiedzieć, iż byłem analogowym Sławoszem, bo jednak mieliśmy różne zadania, ale faktem jest, iż robiłem ten sam eksperyment co on. – Marcin Drobik jest skromny i twardo stąpa po ziemi. Na co dzień pracuje jako programista w firmie KP Labs, która zajmuje się tworzeniem komputerów pokładowych dla satelitów i statków kosmicznych. O swoich doświadczeniach opowiada mi na drugim piętrze nowoczesnego biurowca na przedmieściu Gliwic. – Za tamtych kilka układów kupiłbyś tutaj mieszkanie. – Marcin wskazał na leżący na stole komputer, wyglądający jak trzy karty graficzne spięte taśmami kabli. – To bliźniak satelity, którego wysłaliśmy na orbitę. Podłączyliśmy go do kamery hiperspektralnej. Charakteryzuje się ona tym, iż na każdy piksel robi nie trzy, ale sto dziewięćdziesiąt dwa pomiary światła, więc to, co nagrywa, wykracza poza widzialne spektrum światła. Aczkolwiek kamera ta jest nam potrzebna tylko do przetestowania możliwości komputera pokładowego na satelicie. Wracając do Lunaresa… miałem tam do zrobienia eksperyment AstroMentalHealth, składający się zasadniczo z bardzo długiego kwestionariusza, który musiałem wypełniać codziennie. Taki sam kwestionariusz wypełniał też Sławosz już na orbicie. Udzielałem także zdalnych wywiadów, poupychanych między innymi aktywnościami, bo każdy dzień w Lunaresie, podobnie jak na prawdziwej misji, jest zaplanowany od rana do nocy. Wywiady były częścią eksperymentu.
To dzięki jednemu z tych wywiadów znalazłem Marcina. Udzielił go Telewizji Asta, działającej na obszarze byłego województwa pilskiego. Było to na kilka dni przed końcem jego misji i na tydzień przed startem Uznańskiego-Wiśniewskiego.
Sławosz był jeszcze na orbicie, kiedy wylądowałem na Księżycu. Hełm ledwie mieścił się w wąskim włazie. Szedłem ostrożnie, lekko pochylony. Nie słyszałem nic poza chrzęstem żwiru pod butami i szumem wentylatorów zamontowanych w hełmie. Ciemności przebijały dwie niewielkie latarki w przyłbicy. Leszek przeprowadził mnie przez procedurę opuszczania śluzy statku, otworzył właz i puścił przodem. Na powierzchni Księżyca wbite były flagi Słowacji, Czech, Portugalii, Stanów zjednoczonych, Meksyku i Polski. Obok usypano niewielki kopiec.
– Tam pogrzebaliśmy członka załogi podczas jednej z misji. Musiał pilnie wracać do domu, więc przećwiczyliśmy scenariusz śmierci w kosmosie. Pochowaliśmy jego ulubiony makaron liofilizowany i kilka sprzętów. O, a tam jest nasz obóz księżycowy. Nasz własny Księżyc, to był bardzo istotny argument za tym, żeby sprowadzić się do Piły z habitatem. – Leszek wskazał ręką przed siebie. Po kilku krokach z ciemności wyłonił się duży namiot. – Tutaj można awaryjnie przenocować, symulując prawdziwą misję. I to cały nasz Księżyc, to był bardzo istotny argument za tym, żeby sprowadzić się do Piły z naszym habitatem.
Spacery księżycowe realizowane są we wnętrzu hangaru numer 11. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych przechowywano w nim samolot Su-22, a dzięki Lunaresowi zaczął on symulować powierzchnię innych ciał niebieskich. Hangar miał łukowate sklepienie, osiągające około dziesięciu metrów w najwyższym miejscu. Patrząc po podłodze, miał rozmiary kortu tenisowego, mniej więcej dwadzieścia na trzydzieści metrów. Dość, żeby Su-22, mający dziewiętnaście metrów długości i dziesięć rozpiętości skrzydeł, swobodnie się w nim zmieścił. Do hangaru można było wejść przez wrota, które zajmowały całą przednią ścianę, albo wąskim włazem, przez który przeciskałem się w hełmie. Resztę habitatu dobudowano obok z kilku kontenerów. Jeden służył jako śluza między hangarem a atrium, czyli centralnym pomieszczeniem, do którego prowadziły wszystkie korytarze. Atrium miało półkoliste sklepienie, było przestronne i przypominało wnętrze świątyni. Gdy stałem przodem do hangaru, miałem za plecami trzy kontenery socjalne. Jeden służył jako kuchnia, a dwa pozostałe – jako sypialnie dla dwunastu osób. Z prawej stały dwa kontenery przeznaczone na warsztat i laboratorium. Z lewej – kontener-łazienka z prysznicem i toaletą oraz kontener-korytarz, przez który wchodziło się do środka. Całość bez hangaru miała około stu pięćdziesięciu metrów kwadratowych.
Większość misji w Lunaresie trwała około dwóch tygodni. W tym czasie nikt nie mógł ani wejść do habitatu, ani go opuścić, chyba iż scenariusz misji to przewidywał. W związku z tym całe niezbędne zaopatrzenie dostarczano przed jej rozpoczęciem. Wodę do zbiornika można było dolać z zewnątrz, podobnie jak pobrać ścieki, gdyby była taka konieczność. Generalnie jednak symulowano prawdziwą misję kosmiczną, podczas której statek czy baza pozostają autonomiczne. Jedynym kompromisem, na jaki zgodził się Leszek, jest kwestia śmieci. W warunkach kosmicznych rzeczy, których nie da się przetworzyć, można po prostu wystrzelić w kosmos. W Lunaresie worki zostawiano w śluzie, do której można było się dostać przez zewnętrzne drzwiczki, by zabrać worek bez wchodzenia do habitatu. To ważne, bo oprócz śluzy nie ma w Lunaresie żadnych innych otworów poza drzwiami wejściowymi, choćby okna.
– Kiedy byłem na mojej misji, nie miałem złudzeń, iż jestem w kosmosie, ale imersja była wystarczająca, żebym czuł się jakoś inaczej. – Siedzieliśmy z Marcinem Drobikiem obok ekspresu do kawy w jego biurze w Gliwicach i dalej gadaliśmy o kosmosie. – Na poziomie świadomym wiedzieliśmy wszyscy, iż mieszkamy w konstrukcji kontenerowej ustawionej na byłym lotnisku wojskowym w Pile, ale na co dzień o tym nie myśleliśmy. Czuliśmy się, jakbyśmy byli w miejscu bliżej nieokreślonym. Ani w Pile, ani w kosmosie. To w sumie bardzo ciekawe, jak taka krótka, wydawałoby się, izolacja wpływa na sposób postrzegania rzeczywistości przez człowieka.
Przebywanie w Lunaresie to nie to samo co lot kosmiczny. To jednak coś więcej niż zabawa. Jest się tam na tyle blisko kosmosu, na ile to możliwe bez odrywania się od ziemi. Zakładając habitat, Orzechowski mógł się zbliżyć do swoich marzeń, a to już znacznie więcej niż nic. Tak jak w przysłowiu: celuj w Księżyc, bo choćby jeżeli nie trafisz, będziesz między gwiazdami. Leszkowi udało się pracować z wieloma gwiazdami – a to wszystko na lotnisku w Pile.
Miłosz Szymański „Szkoda Zachodu. Opowieść z Ziem Opuszczonych” Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2026, s. 146-155.
Fragment rozdziału: Baza kosmiczna w Pile
Materiał przygotowany przez Wydawnictwo Znak Horyzont.





