"Rats in the Temple” jest albumem zdecydowanie thrashowym, ale Amerykanie nigdy nie byli zespołem, który zamykał się w jednej szufladzie. Obok szybkich, bezkompromisowych riffów znajdziemy tutaj bardziej melodyjne fragmenty, mocne refreny i charakterystyczne dla zespołu gitarowe harmonie. Dzięki temu płyta nie jest monotonna, mimo iż jej fundament pozostaje bardzo mocny i agresywny. Najlepsze w tym wszystkim jest to, iż nie zapominają o przebojowości i melodyjności. To sprawia, iż płyta jest łatwa w odbiorze i potrafi zapaść w pamięci. Band znów zadbał o mocne i soczyste brzmienie, które dodaje drapieżności całości. Szata graficzna też robi wrażenie, chociaż ma cechy kiczu.
Od pierwszych sekund wiadomo, iż nie będzie tutaj żadnego odcinania kuponów od przeszłości. „Harvesting the Hate” rozpoczyna album z ogromną energią, a charakterystyczny wokal Erica „A.K.” Knutsona od razu przypomina, dlaczego przez tyle lat był jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów amerykańskiego thrashu. Gitary Michaela Gilberta i Steve'a Conleya brzmią ciężko i agresywnie, ale nie brakuje tutaj również melodii, która od dawna jest jednym z najważniejszych elementów stylu Flotsam and Jetsam. To bardzo udany utwór, który wpada w ucho i nic dziwnego, iż zespół wybrał go do promowania albumu. Nieco inaczej prezentuje się „Damnation”, który pokazuje bardziej klasyczne oblicze zespołu. „Absolution” ponownie przyspiesza i jest jednym z tych kawałków, przy których trudno spokojnie usiedzieć. Bardzo dobrze wypada również „Blame the Knife”, gdzie agresja przeplata się z melodyjnymi partiami gitar. Bardzo udany start płyty, aczkolwiek band nie rzucił mnie na kolana tak jak choćby w przypadku "blood in water". Band potrafi zagrać bardziej technicznie i nowocześnie i tytułowy utwór świetnie to odzwierciedla.Jednym z ciekawszych momentów jest „the edge od nowhere". Numer rozpoczyna się orientalnym motywem budując napięcie, po czym nagle eksploduje szybkim thrashowym atakiem. To bardzo dobry przykład tego, jak Flotsam and Jetsam potrafi wykorzystać klasyczne elementy gatunku, a jednocześnie zrobić z nich coś własnego. Nie jest to bezmyślne kopiowanie tego, co zespół robił w latach 80."Last Rites” również należy do mocniejszych punktów albumu. Jest szybko, ciężko i bardzo konkretnie, a przy tym nie brakuje melodii. Właśnie ta umiejętność połączenia agresywnego thrashu z melodyką od zawsze wyróżniała Flotsam and Jetsam na tle wielu innych zespołów. Podobnie jest w „A Taste for War” czy „Anthem for the Broken”, gdzie zespół pokazuje nieco bardziej rozbudowane i emocjonalne oblicze. Mamy jeszcze melodyjny i bardziej przebojowy "her blood your pain" w którym nie brakuje power metalowego charakteru. Całość wieńczy "not going down that way". Który przemyca trochę heavy metalowej stylistyki.
Flotsam and Jetsam po raz kolejny udowadnia, iż wiek nie musi oznaczać muzycznej stagnacji. „Rats in the Temple” to kawał solidnego, agresywnego i melodyjnego thrash metalu. o ile ktoś obawiał się, iż po „I Am the Weapon” Amerykanie obniżą loty, może być spokojny. Jest moc, są świetne gitary, jest charakterystyczny wokal A.K. i przede wszystkim jest sporo naprawdę dobrych numerów. Troszkę do perfekcji zabrakło, może niektóre utwory wymagały by lekkiej poprawy, ale całościowo album robi wrażenie. Można brać w ciemno, bo flatsam amd jetsam od ładny paru lat jest naprawdę w świetnej formie.











