Film o pszczołach

filmweb.pl 3 dni temu
Zdjęcie: plakat


O tym, iż pszczelarze nie mogą żyć w zgodzie, dowiesz się i z memów z brodą, i z pewnego podrzędnego akcyjniaka z Jasonem Stathamem. Kolejnego dowodu dostarcza nowy film Andrew Pattersona. Z pozoru tamtego sensacyjnego "Pszczelarza" i "Wszystkich moich wrogów" różni wszystko, ale przy bliższym spojrzeniu widać między nimi zasadnicze podobieństwo: oba filmy to tak naprawdę listy miłosne do wspólnoty. O ile jednak w "Pszczelarzu" Statham walczył o dobro społeczności siłą jednego zestawu mięśni, o tyle we "Wszystkich moich wrogach" to cała społeczność walczy o pojedynczego obywatela. Równowaga musi być – w kinie, w ulu i między ludźmi.

Patterson – gość od wspaniałego kameralnego sci-fi "The Vast of Night" – tym razem dostał do dyspozycji większy budżet i parę hollywoodzkich gwiazd do obsady. Chciałbym móc powiedzieć, iż większa skala projektu nie wpłynęła na jego poziom, ale nie byłbym do końca uczciwy. Co prawda gdzieniegdzie uchował się reżyserski sznyt z debiutu, ale im więcej wątków otwiera nowy film – a otwiera ich sporo – tym bardziej "Wszyscy moi wrogowie" zaczynają przypominać wyliczankę zgranych tropów: z thrillerów, westernów, kina familijnego, coming of age czy z folk-popowych teledysków.

  • Kyle Kaplan

Owszem, jest tu choćby klimacik rodem z klipów Mumford & Sons, bo Amziah King w wykonaniu Matthew McConaugheya trudni się – poza pszczelarstwem – również muzykowaniem z grupą brodatych albo poubieranych w kapelusze kumpli. Po jednej ze wspólnych akcji King trafia na dawno niewidzianą przybraną córkę Kateri (Angelina LookingGlass) i proponuje jej udział w miodowym biznesie. Scenariusz całkiem beztrosko prześlizguje się nad kwestią wieloletniej nieobecności ojca, więc wydaje się, iż tę dwójkę czekają odtąd same słodkie chwile. Tylko iż gdzieś w tle czyha jeszcze bad guy o twarzy Kurta Russella – miejscowy złodziej miodu. Dostajemy więc gładki punkt wyjścia do dość rutyniarskiej fabuły o zemście, sile więzów międzyludzkich i o zachowaniu życiowych wartości mimo okrucieństwa tego świata.

Patterson ma podobną metodę co twórcy pamiętnego wyciskacza łez z początku ubiegłej dekady, "W kręgu miłości": pomiędzy klasycznie dramatycznymi scenami każe swoim aktorom naprawdę grać na instrumentach i śpiewać. Folkowe kawałki nie są tu tylko przerywnikiem czy musicalowym komentarzem do fabuły, mają raczej ilustrować specyfikę lokalnej społeczności. Szkoda tylko, iż w możliwie najbardziej kliszowy sposób – otóż scenariusz bierze całkiem na serio sentencję, iż muzyka łagodzi obyczaje. Jasne, takie prawo filmu, który ma podnosić na duchu. Tylko iż ten sam film równocześnie chciałby powiedzieć coś na poważnie o relacji córki z ojcem czy o współistnieniu nowoczesnej odmiany amerykańskości z tradycją rdzennych mieszkańców Stanów. Lepiej wychodzi mu jednak jechanie na teledyskowych atrakcjach.

  • Jessica Miglio

Na pewnym poziomie to rozumiem – Patterson jest świetny w reżyserowaniu zamkniętych całostek, za młodu nabił sobie rękę na komercyjnych fuszkach i aż dziwne, iż ostatecznie nie został żadnym fachowcem od wideoklipów. Może dlatego, iż podobną funkcję spełniają w obu jego pełnych metrażach pojedyncze sceny, w nich może się wyszaleć. "Wszyscy moi wrogowie" mają na przykład rewelacyjny początek, w którym jest gęsto jak w ulu: dostajemy i minirecital na parkingu fast-foodu, i szybki wgląd w produkcję miodu, i groteskowe oskalpowanie jednego z bohaterów, a reżyserowi i tak udaje się wygospodarować jeszcze trochę miejsca na sensowną ekspozycję. W innej scenie dorzuca parę informacji o bohaterach, pokazując po prostu, co ugotowali na kolację charytatywną – sprytne, solidne, bardzo filmowe.

Chciałoby się, żeby cały film składał się z tego rodzaju sprawnych miniatur, ale takie cuda to już chyba pieśń przeszłości – były możliwe w półtoragodzinnym "The Vast of Night", ale w ponaddwugodzinny metraż "Wszystkich moich wrogów" najwyraźniej trzeba było napchać trochę waty. Dawny Patterson miałby gotowe pół fabuły z pojedynczej sekwencji szkolnej (chyba najlepszej w całym filmie), w której lokalna podstawówka przeżywa inwazję pszczół. Ktoś krzyczy w niebogłosy, ktoś inny ewakuuje dzieciaki do autokaru, nauczycielki biegają po korytarzach, jednocześnie tłumacząc ekipie śmiałków, gdzie uderzyły pszczoły. Słowem: dzieje się. A i reżyser ma się czym popisać. Dość powiedzieć, iż choćby nie brał pod uwagę, żeby naprodukować owadów przy pomocy CGI, mimo iż żywe insekty mają to do siebie, iż potrafią użądlić.

  • Jessica Miglio

Przekonał się o tym na planie sam McConaughey, co nieźle obrazuje jego poziom zaangażowania w odgrywanie Kinga. Ktoś powie, iż aktor z Teksasu tylko jedzie na tych samych patentach co zawsze, i ten ktoś będzie miał rację. Ale skłamałbym, nie przyznając się do przyjemności z patrzenia na fachurę, w którego metodzie zwyczajnie wszystko gra i buczy; McConaughey jest ekspresyjny, kiedy trzeba, a w bardziej melodramatycznych momentach potrafi zagrać choćby samym spojrzeniem.

Gorzej, iż jego kunszt wybrzmiewa zwłaszcza na tle debiutującej LookingGlass. Z tym iż niedostatki jej postaci zrzucam akurat na karb scenariusza – ten daje pograć aktorce dopiero w drugiej połowie filmu, podczas gdy za pierwsze wrażenie muszą nam wystarczyć sceny, w których jej rola sprowadza się do układania ust w zakłopotany uśmieszek. Coż, skoro Kateri ma wyrosnąć na królową lokalnej społeczności, to musi przyswoić prawdę królowych pszczół: czasem trafia się pyszny spadziowy, innym razem – zwykła lipa.
Idź do oryginalnego materiału