Fakty, sens życia i zęby pani Jadzi. Mariusz Szczygieł w Świdnicy [FOTO]

swidnica24.pl 59 minut temu

Dla jednych jest wziętym reporterem i znawcą czeskiej duszy, dla innych – niezwykle ciepłym człowiekiem, który potrafi zagadać do każdego na przystanku. W czwartek, 27 sierpnia, Mariusz Szczygieł po raz czwarty odwiedził Świdnicę. Na skwerze z dzikami tuż obok Miejskiej Biblioteki Publicznej w ramach II Świdnickiego Festiwalu Literackiego iKROPKA zgromadziły się tłumy czytelników, by posłuchać o sztuce pisania, miłości do ludzi i szukaniu sensu w świecie pełnym absurdu. Rozmowę poprowadziła Aleksandra Kulak.

​Mariusz Szczygieł – reporter, pisarz non-fiction, dziennikarz roku Grand Press (2013) oraz laureat Europejskiej Nagrody Książkowej za kultowy „Gottland” i podwójnej Nagrody Literackiej Nike za tom „Nie ma” – z adekwatnym sobie wdziękiem od pierwszej minuty skrócił dystans. Choć na co dzień mieszka w Warszawie, a jego dusza – jak sam powtarza – bawi w Pradze, w Świdnicy czuje się wyjątkowo dobrze.

​Zachwyt nad stodołą, która okazała się pałacem

​Zanim autor spotkał się z czytelnikami na skwerze z dzikami, znalazł chwilę, by zwiedzić największą perłę architektury w mieście. Choć w Świdnicy gościł już po raz czwarty, dopiero teraz udało mu się wejść do wnętrza zabytkowej świątyni. Wizyta w Kościele Pokoju wywarła na nim ogromne wrażenie, o czym sam wspominał przy okazji wyliczania powodów swojego znakomitego humoru.

​– Mimo iż jestem w Świdnicy po raz czwarty w życiu, nie byłem wcześniej w słynnym Kościele Pokoju. Dzisiaj znalazłem czas, przyjechałem wcześniej, dokładnie wszystkiego wysłuchałem, obejrzałem, obfotografowałem i jestem przeszczęśliwy! – podkreślał gość festiwalu.

​Wątek ten powrócił w rozmowie z publicznością, gdy jedna z uczestniczek spotkania podzieliła się swoimi wrażeniami z architektury świątyni, zwracając uwagę na niezwykłą konstrukcję obiektu – z zewnątrz skromnego, przypominającego wręcz stodołę z gliny i belek, a wewnątrz olśniewającego bogactwem form.

​– A wie pan, iż to jest takie małe oszustwo ze strony ewangelików? – tłumaczyła uczestniczka spotkania. – Ponieważ oni mieli taką zasadę wyznaczoną po wojnie trzydziestoletniej, iż mogą zbudować świątynię poza murami miasta w kształcie stodoły… A oni zrobili w kształcie stodoły, a w środku pałac! Bo co do tego środka już nie ustalono, co ma być. Fantastycznie potrafili się odnaleźć.

​Mariusz Szczygieł przytaknął swojej rozmówczyni.

– Właśnie, inteligentni ludzie! Jeszcze te rzeźby, które są drewniane, a wyglądają z daleka tak, jakbyśmy sobie wyobrażali, iż są kamienne czy marmurowe… Niesamowite wrażenie! – zachwycał się autor.

​Szkoła Hanny Krall i zęby pani Jadzi

​Obszerną część spotkania poświęcono sztuce opowiadania prawdziwych historii, warsztatowi reporterskiemu oraz książce „Fakty muszą zatańczyć”. Szczygieł z adekwatną sobie lekkością wspominał swoje młodzieńcze początki pod skrzydłami legendy polskiego reportażu – Hanny Krall.

​– Zostałem wychowany w ogromnej dyscyplinie słowa. Niekiedy mówię za dużo, ale kiedy piszę – nie. Moja pierwsza nauczycielka reportażu, Hanna Krall, zawsze pytała: „Panie Mariuszu, czy świat potrzebuje od pana aż tylu słów?”. I zawsze głupio było odpowiedzieć, iż tak, bo to byłoby takie pyszne, narcystyczne… No więc mówiłem: „Pani Haniu, no to proszę skreślać, proszę skreślać”. A więc jestem wychowany nie tyle na skróty, ile na skrótach.

​To właśnie od Krall nauczył się szukania tzw. „nadwyżki” – ukrytego sensu, który z prostej historii robi głęboką opowieść o człowieku. Szczygieł podkreślał, iż dobry reportaż musi mieć puentę, która zapada w pamięć. Jako przykład podał autentyczną anegdotę z dawnej fabryki.

​– Bywa i tak, iż puentę znam, zanim napiszę pierwsze zdanie. Zbieram historię i wiem, do jakiego zdania muszę doprowadzić tekst. Kiedyś w fabryce telewizorów Curtis robotnica powiedziała do drugiej: „Jadzia, tu u nas na hali jest już tak ładnie, iż ty musisz sobie zęby wstawić”. To była genialna puenta! Pokazywała aspiracje tych ludzi, chęć wejścia w nowy, lepszy świat.

​Białystok, reżyser i Chardonnay

​Uczestnicy spotkania mogli przekonać się, iż Mariusz Szczygieł jest reporterem dosłownie w każdej sekundzie życia. choćby podróż pociągiem do Świdnicy zamieniła się dla niego w gotowy materiał na opowieść.

​– Prowadzenie samochodu przerasta moją wytrzymałość psychiczną i intelektualną. Przyjechałem pociągiem. Planowałem, iż będę słuchał podcastów z Mietkiem Szcześniakiem – bo jutro nagrywam z nim program – oraz dokończę czytanie „Tygodnika Powszechnego” i miesięcznika „Znak”. Ale uniemożliwiło mi to czterech facetów w przedziale. Dwóch z nich było z Białegostoku. Wyciągnęli wino w I klasie i spytali, czy nie będzie przeszkadzało.

​Szybko wyszło na jaw, iż w tym samym przedziale podróżuje jeszcze jedna osobistość ze świata kultury.

​– Okazało się, iż jechał z nami znany reżyser… Gdy panowie z Białegostoku – biznesmeni, którzy niedawno odkryli pociągi zamiast limuzyn – rozpoznali reżysera i mnie, powiedzieli: „O, to pogadamy!”. Wyciągnęli z termosu dobrze schłodzone Chardonnay i duch puszczy… Piliśmy to wino i rozmawialiśmy o wszystkim. Fantastyczna podróż! Cieszyli się, iż w przedziale można jeszcze tak po prostu porozmawiać. Życie jest tak interesujące i tyle się w nim dzieje, iż naprawdę nie trzeba niczego zmyślać!

​Pisarz przyznał, iż ma niegasnący „apetyt na ludzi”, co czasem bywa komiczne, a czasem wzruszające – cechę tę odziedziczył zresztą po swoim 93-letnim ojcu.

​– Cierpię, kiedy nie mogę do nikogo zagadać! Idę ulicą, deszcz przestał padać, a idzie pani z rozpiętą parasolką. I co, mam przejść obojętnie? Nie! Mówię: „Przepraszam panią, deszcz przestał padać, po co pani ta parasolka?”. Mój tata z kolei rozdawał cukierki na przystankach autobusowych. Ludzie nie chcieli brać, a on mówił: „Ale proszę wziąć, ja już jestem staruszek, a czym się żywią starzy ludzie? Przecież nie dziećmi, tylko cukierkami!”. I takie głupotki opowiadał. Czuję, iż ta cecha u mnie będzie się tylko pogłębiać.

​Po co czytamy reportaże i jaki jest sens życia?

​Gdy z publiczności padło pytanie o rolę reportera we współczesnym świecie oraz o kwestię szczęścia i sensu egzystencji, Mariusz Szczygieł przeszedł do głębszych, egzystencjalnych refleksji.

​– Po co reportaż? Właśnie po to, żeby na chwilę porzucić swoje życie i pożyć życiem kogoś, kogo nie znamy, kogo nie poznaliśmy, ale możemy się z nim utożsamić. Reportaż jest po to, żeby być przez chwilę kimś innym, żeby spojrzeć czyimiś innymi oczami na świat. Żebyśmy rozumieli innych ludzi.

​Zapytany o to, jak odnajduje się w świecie bez gotowych recept metafizycznych, podzielił się z licznie zgromadzonymi Świdniczanami swoją osobistą filozofią.

​– Życie jest pozbawione sensu, ale szczęśliwy jest ten, kto nada swojemu życiu sens. Jako człowiek, który nie wie, co jest za nami i co nas czeka… szukałem sensu i go znalazłem. Jesteśmy w pewnym absurdzie życia. Podsuwa nam ono tyle dylematów… I tak sobie pomyślałem, iż jedynym sensem, jak dla mnie, jest to, żebyśmy przynosili sobie nawzajem ulgę. Jak już jesteśmy w tym bagnie – jak to ujęła moja koleżanka – to żebyśmy w tej chwili przynosili sobie nawzajem ulgę, bo to jest jedyne, co możemy dla siebie zrobić. A w jaki sposób? Po prostu miłością, empatią, jakością relacji, sztuką, muzyką, pomocą drugiemu człowiekowi, po prostu dobrym słowem.

Po dyskusji Mariusz Szczygieł cierpliwie, egzemplarz po egzemplarzu, wpisywał dedykacje, rozmawiał ze swoimi czytelnikami i pozował do pamiątkowych zdjęć. Świdniczanie po raz kolejny udowodnili, iż kochają dobrą literaturę, a Mariusz Szczygieł – iż bycie miłym po prostu niezwykle się w życiu opłaca.

Agnieszka Szymkiewicz
fot. Michał Nadolski, asz

1 z 20
Idź do oryginalnego materiału