Po pięcioletniej przerwie Failure powraca z nową płytą pod tytułem Location Lost. To, co od razu rzuca się w oczy, to fakt, iż zespół najwyraźniej wycofał się ze swojej krucjaty przeciwko Spotify. Aktualnie znajdziemy tam nie tylko premierowy materiał, ale i wszystkie pozostałe dokonania zespołu. Sprawdźmy, co space rockowe trio przyniosło nam po takim czasie.
Po pierwszym ogłoszeniu nadchodzącej płyty od razu umieściłem ją na moim tegorocznym radarze premier. Chociaż Failure nigdy nie byli w czołówce moich ulubionych zespołów, to historia grupy z Los Angeles sprawia, iż zawsze śledzę ich poczynania. Chociaż zadebiutowali w 1992 roku surowo brzmiącą płytą Comfort, to ominęło ich szaleństwo związane z rockiem alternatywnym i sceną Seattle. Między innymi z powodu braku komercyjnego sukcesu panowie zawiesili działalność w 1997 roku. Grupa powróciła w 2014 roku i do tego czasu nagrała kilka świetnych płyt. Location Lost jest siódmym studyjnym albumem Failure i już czwartym po reaktywacji grupy. Za produkcję po raz kolejny odpowiada zespół, w szczególności wokalista Ken Andrews. Panowie przygotowali dziewięć piosenek w doskonale im znanym i wypracowanym przez lata stylu z charakterystycznym brzmieniem. Nie ma tutaj żadnej rewolucji. Nie oznacza to jednak, iż nie dostaniemy kilku niespodzianek i to już na samym początku.
Zobacz również: Foo Fighters – Your Favorite Toy – recenzja albumu. Czy w końcu wygrali walkę z Foo?
Profil Failure na FacebookuLocation Lost otwiera Crash Test Delayed. Zamiast dźwięków rozpływającej się gitary lub dudniącego basu Grega Edwardsa, przywitał mnie elektroniczny bit z narastającymi syntezatorami w tle. Nietypowe otwarcie dla tej grupy. Oczywiście po chwili wszystko płynnie przechodzi w doskonale znane nam rytmy. Co by jednak nie mówić, to chyba najbardziej kosmiczne otwarcie w całej karierze tego kosmicznego zespołu. Energiczne i delikatne podczas zwrotki Crash Test Delayed przechodzi w cichsze, prawie akustyczne The Rising Skyline. Nagranie przywodzi mi na myśl koncerty rockowych zespołów w odsłonie MTV Unplugged, tak popularnych w latach dziewięćdziesiątych. Pojawia się tutaj głos Hayley Williams, wokalistki i liderki Paramore, oddanej fanki zespołu. Te dwa utwory to fantastyczne otwarcie albumu. Głośne zakończenie z przesterowaną gitarą genialnie wybrzmiewa wraz z gościnnym głosem. Jedna z lepszych kompozycji na albumie, do której wróciłem od razu po przesłuchaniu całości.
Dalej zesół stara się utrzymać poziom obiecującego startu i przeważnie im się to udaje. Pierwszy singiel, The Air’s On Fire, to przede wszystkim genialny i brzmiący niczym natchniony wokal Kena Andrewsa. Someday Soon to najlepszy przykład tego jak dobrze wyprodukowany i zaaranżowany został nowy album. Na pierwszy plan wybija się tutaj bas, który jednocześnie nie góruje nad całą resztą, ale prowadzi przez cały nagranie. Nie ma tutaj mowy o żadnych popisach i niesamowicie skomplikowanych riffach. Linia basu jest oszczędna i idealna w punkt, nie zaburzaja całości. Wszystko jest idealnie zbalansowane i mowa tutaj o tym jednym utworze, jak i o całym Location Lost. Muzycy grają z niesamowitym wyczuciem i dobierają wystarczająco dźwięków, aby kompozycje były pełne, a jednocześnie posiadały przestrzeń, która jest tutaj słowem-kluczem o ile chodzi o opis brzmienia tego albumu. To wszystko idealnie dopełnia nieco zmęczony, ale równocześnie hipnotyzujący wokal Andrewsa.
Zobacz również: Morrissey – Make-up Is a Lie – recenzja albumu. Kiedy już czas opuścić kurtynę?
A Way Down to kolejny utwór zapadający w pamięć, głównie za sprawą perkusji i chwytliwego refrenu. Nieco mniej entuzjazmu mam dla Solid State czy Halo and Grain. Brakuje tutaj czegoś co wybiłoby je ponad przeciętne rockowe kompozycje zrobione od linijki. Każdy inny utwór na tym krążku powoduje, iż o tych dwóch natychmiast zapominamy. Podobny problem mam z kawałkiem tytułowym, czyli Location Lost. Sytuację nieco ratuje długość trwania płyty. Ciężko tutaj przeskakiwać jakikolwiek utwór, skoro całość zamyka się w niespełna czterdziestu minutach. choćby o ile zdarzają się mielizny, to zwykle następny utwór porywa nas w dalszą drogę, aż w końcu docieramy do finału, którym jest Moonlight Understands. Według słów lidera zespołu, kawałek powstał podczas improwizowanej sesji. Aby zachować pierwotną energię i niepowtarzalność tego momentu, finalnie nie został on znacząco zmieniony czy poprawiony. Niestety, ale w mojej ocenie brzmi on jedynie jak szkic ciekawej kompozycji i pozostawia niedosyt.
W porównaniu z Wild Type Droid, Location Lost jest zdecydowanie mniej przebojowe. Autorzy nie odrywają nas nagle od ziemi jakimś głośnym, rockowym kawałkiem. Zamiast tego płyniemy z nimi niezakłóconym tempem. Panujący tutaj nastrój z pewnością wynika z tematyki tekstów. Ken Andrews opowiada w nich o swoich doświadczeniach związanych z urazem kręgosłupa i o tym, czego w związku z nim doświadczył. Poruszane są również kwestie lęku przed starzeniem. Nie zmienia to jednak faktu, iż jest to kawał świetnie skomponowanej i wyprodukowanej muzyki. Każdy jeden utwór jest w najgorszym wypadku dobry. Słychać tutaj, iż muzycy nie potrzebują już nic udowadniać. Chcieli po prostu nagrać dobry album. Nie czuć tutaj fałszu czy też próby wywołania nostalgii wśród fanów. Po całej przebytej przez nich drodze, dobrze jest zobaczyć Failure w takim momencie kariery. Location Lost to być może nie kosmiczny odlot, ale z pewnością piękna podróż.
Fot. główna: Profil Failure na Facebooku












