Powrót serialu po latach nie zawsze ma sens, zwłaszcza jeżeli pokazuje bohaterów w zupełnie nowym kontekście. Czy zatem twórca i obsada „Euforii” podołali temu trudnemu zadaniu? Jedno jest pewne, o 3. sezonie będzie głośno.
„Euforia” wróciła. To słowa, których nie spodziewałem się już kiedykolwiek napisać. Wielokrotnie przesuwane zdjęcia, kwitnące hollywoodzkie kariery praktycznie wszystkich członków obsady, śmierć Angusa Clouda i inne zakulisowe problemy pozwalały mi myśleć, iż do tych bohaterów już nigdy nie wrócę. choćby gdy wreszcie rozpoczęto prace na planie, wyszedłem z założenia, iż do samego końca pozostanę niewiernym Tomaszem.
Zwłaszcza iż twórca serialu, Sam Levinson, nie cieszył się ostatnio zbyt dobrą sławą, szczególnie po tym jak „Idol”, czyli jego poprzedni projekt dla HBO, okazał się kompletną artystyczną i komercyjną klapą, a na jaw wychodziły kolejne niepokojące informacje o pracy nad tym serialem. To już jednak przeszłość. Czy Levinson zdołał się podnieść po tak mocnym upadku? Co przygotował dla swoich bohaterów? Widziałem przedpremierowo trzy odcinki nowego sezonu i mogę podzielić się już wrażeniami.
Euforia sezon 3 – co dzieje się z bohaterami serialu?
Liceum już dawno za nami, dawni uczniowie ruszyli w świat pełen niebezpieczeństw. Rue (Zendaya) przemyca narkotyki przez granicę z Meksykiem i zadaje się ze starymi i nowymi znajomymi, od których powinna trzymać się jak najdalej. Cassie (Sydney Sweeney) i Nate (Jacob Elordi) na pozór żyją amerykańskim snem na przedmieściach, z kolei Lexi (Maude Apatow) i Maddy (Alexa Demie) próbują swoich sił w świecie show-biznesu, każda na swój sposób. pozostało Jules (Hunter Schafer), rozwijająca karierę malarki i wciąż robiąca za dziewczynę do towarzystwa. Dorosłość jest dla naszych bohaterów niezbyt łaskawa, choćby jeżeli z pozoru wszyscy dobrze radzą sobie w życiu. Wystarczy jednak chwilkę poskrobać, by dojrzeć brud kryjący się pod powierzchnią.
O ile zawsze uważałem, iż Levinson ma mocno wypaczone spojrzenie na współczesnych nastolatków, o tyle teraz mogę powiedzieć, iż ma mocno wypaczone spojrzenie na cały świat. Bohaterowie „Euforii” dorośli i w większości wciąż są okropnymi ludźmi, którzy na każdym kroku kłamią, ranią swoich bliskich i myślą wyłącznie o sobie. Oczywiście, o niektórych możemy powiedzieć, iż dorośli, znaleźli albo przynajmniej próbują znaleźć pomysł na siebie i w jakiś sposób poszli do przodu. Istnieją jednak wyjątki od tej reguły, w przypadku niektórych bohaterów można wręcz powiedzieć, iż cofnęli się w rozwoju. Najlepszym przykładem może być Cassie, której muszę poświęcić osobny akapit.
„Euforia” (Fot. HBO)Moja pierwsza myśl: dlaczego adekwatnie Sydney Sweeney zgodziła się na to wszystko? Dlaczego wzięła do ręki scenariusz 3. sezonu i pomyślała, iż taki występ będzie dobry dla jej kariery? Jej bohaterka, co wiecie już ze zwiastunów, jest zdesperowana, by zyskać sławę i atencję, bo te – w jej mniemaniu – zwyczajnie jej się należą. Cassie (czy to samo możemy powiedzieć o Sydney?) tak pragnie uwagi, iż pozwoli się dla niej upokorzyć. Wygina się więc przed kamerą w stroju psa, bobasa czy też obleczona wyłącznie w amerykańską flagę. Czy tak właśnie Levinson postrzega współczesną Amerykę i amerykańskie kobiety?
Muszę jednak przyznać, iż Sweeney w swojej roli wypada bardzo wiarygodnie, zwłaszcza w 3. odcinku, gdy widzowie dostają słynny wybuch pt. „Nigdy nie byłam szczęśliwsza” w wersji do kwadratu i zwłaszcza jedną scenę z jej udziałem z pewnością zapamiętają na dłużej. Problem w tym, iż do Cassie trudno mieć już choćby gram sympatii, Levinson sprawił, iż w nowym sezonie będziemy przez większość czasu postrzegać ją jako głupią blondyneczkę, kompletnie oderwaną od rzeczywistości.
Euforia w okresie 3 porusza motywy wiary i Boga
Czułem duży niesmak obserwując jej wątek, ale to uczucie towarzyszyło mi na przestrzeni tych trzech odcinków znacznie częściej. Twórca „Euforii” przyzwyczaił nas już do tego, iż tematy tabu praktycznie dla niego nie istnieją i w porządku, to nie jest wielki problem. Ten pojawia się wtedy, gdy Levinson próbuje nas obrzydzić tak po prostu, bez wyraźnego fabularnego uzasadnienia. Weźmy choćby scenę połykania balonów z narkotykami z pierwszego odcinka – spokojnie mogłaby być o połowę krótsza, ale wygląda na to, iż reżyser i scenarzysta w jednym czerpie wręcz sadystyczną przyjemność z przedłużania ujęć z krztuszącymi się kobietami. Takich „przygód”, chociażby z udziałem defekujących świń, czeka nas więcej, a zwykle będzie towarzyszyła im myśl przewodnia tego sezonu, czyli „po co?”.
Po trzech odcinkach 3. sezonu (z ośmiu) przez cały czas nie wiem, dlaczego po tylu latach przerwy postanowiono jednak do „Euforii” wrócić. Ten swoisty reset serialu wyszedł póki co w najlepszym wypadku umiarkowanie. Nie za bardzo rozumiem, jaką historię Levinson próbuje tutaj opowiedzieć. Z jednej strony twórca wspomina, iż ten sezon w dużej mierze ukształtowała śmierć grającego Feza Angusa Clouda, z drugiej – nie do końca widać to na ekranie. Wiara i Bóg są tu wspominani regularnie, ale nie mam wrażenia, by Levinson miał jakiś sensowny pomysł, jak te motywy wpleść w fabułę serialu. Wygląda to tak, jakby na siłę szukano motywu przewodniego, który w jakiś sposób połączy wszystkie wątki, ale póki co jest to połączenie na ślinę.
„Euforia” (Fot. HBO)Nie pomaga w tym wszystkim rwana narracja – w pierwszych trzech odcinkach nowego sezonu Rue i jej perspektywa są zdecydowanie najważniejsze, ale co jakiś czas przeskakujemy od niej do innych bohaterów, skupiamy na chwilę na ich minihistoriach (póki co mówienie o pełnoprawnych wątkach w przypadku Lexi czy Jules byłoby nie na miejscu), by później znów o nich zapomnieć. Dodatkowo aktorzy, poza Sweeney i Elrodim, rzadko dzielą razem sceny, na co wpływ miały prawdopodobnie ich wypakowane kalendarze. Z tego powodu uleciała gdzieś ta chemia, którą czuliśmy w poprzednich sezonach. „Euforia” działała najlepiej wtedy, gdy rozwijała relacja między bohaterami. Teraz te relacje praktycznie nie istnieją.
Nie podoba mi się także fakt, jak rozwiązano wątek Feza. Nie będę rzucał tutaj spoilerami, ale uważam, iż odejście tej postaci i grającego go aktora można było załatwić z większym wyczuciem, tym bardziej iż śmierć Angusa Clouda podobno mocno wpłynęła na Levinsona. jeżeli tak, tym bardziej nie rozumiem, co stało za dialogiem z 2. odcinka, w którym Rue i Lexi dyskutują na temat Feza. Miało być śmiesznie? A może to taka próba śmiechu przez łzy? Nie wiem, nie rozumiem tego, ale takie poczucie niezrozumienia towarzyszyło mi adekwatnie od pierwszych minut 3. sezonu „Euforii”. W mojej opinii groteska i satyra zbyt często miesza się w tym sezonie z dramatem, przez co widzowi może być trudno przyjąć całą opowieść.
Euforia sezon 3 – czy warto oglądać nowe odcinki?
Levinson nie stroni także od społecznego komentarza, ale bywa w tym naprawdę toporny albo mało oryginalny. Bądźmy szczerzy, stwierdzenie, iż pandemia zmieniła społeczeństwo, nie jest szczególnie odkrywcze, prawda? Jednocześnie mam wrażenie, iż jego spojrzenie na świat, relacje międzyludzkie, na same kobiety, bywa naprawdę wykrzywione i czasem brakuje mu boku kogoś, kto nieco sprowadziłby go na ziemię. Kto pokazałby, iż ta serialowa soczewka jest u niego zbyt mocna i finalnie „Euforia” wydaje się absolutnie odklejona od prawdziwego życia.
Nie wiem, czy to kwestia ego, ale gdyby Levinson posłuchał czasem rad innych, zamiast ślepej wiary we własny geniusz, mógłby na tym wyjść tylko lepiej. Szczególnie, iż mówimy o człowieku, który wciąż wie, jak robić wciągające seriale. Bo to nie jest tak, iż nowa „Euforia” do niczego się nie nadaje. Bohaterowie są okropni, przerysowani i często nie przypominają ludzi z krwi i kości, a ja mimo to wciąż chcę ich oglądać, na swój chory sposób trochę się do nich przywiązałem. Gdy widzę bezczelny uśmieszek Rue, nie jestem w stanie jej nie lubić, choć przecież jest osobą, z którą w prawdziwym życiu nie chciałbym mieć nic do czynienia.
„Euforia” (Fot. HBO)Poza tym, nowy sezon przynosi też wątki, których jestem autentycznie ciekaw. Rozszerzenie roli Laurie (Martha Kelly) i jej konflikt z debiutującym w tym sezonie Alamo (Adewale Akinnuoye-Agbaje, „Lost”), w środku którego znalazła się Rue, było bardzo dobrą decyzją, bo ta dwójka swoją charyzmą kradnie każdą scenę.
Czy zatem powrót „Euforii” był nam potrzebny? Na pewno nie. Czy w takim razie jest chociaż powrót udany? Po seansie trzech odcinków mogę powiedzieć, iż nie bardzo. Mam wrażenie, iż świat poszedł do przodu, a Sam Levinson został w tym samym miejscu i nie zorientował się, iż w 2026 roku sztuczki z roku 2019 nie muszą już działać na widzów, iż trzeba wymyślić coś nowego. „Euforia” wciąż wygląda obłędnie, ma świetną ścieżkę dźwiękową, ale dawna magia prysła gdzieś po drodze. Oto mamy dowód, iż niektóre rzeczy lepiej zostawić w przeszłości, takimi, jakie są. Reset nie zawsze jest potrzebny.









![Zrobił to perfekcyjnie. Cudowny gol w Lidze Europy [WIDEO]](https://i.wpimg.pl/1280x/sf-administracja.wpcdn.pl/storage2/featured_original/69d68d43a5ce59_50841633.jpg)





