Film Pete’a Ohsa zyskał zainteresowanie dzięki głównej roli Charli xcx. / Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Charli_XCX_Crash.jpg, fot. RemyXCX (CC0 1.0)Czy rzucilibyście całe swoje dotychczasowe życie dla ulotnej szansy na powrót do osoby z przeszłości? Przed takim dylematem staje Bethany, protagonistka najnowszego filmu w reżyserii Pete’a Ohsa. W tle przewijają się znajome warszawskie dzielnice, nieoczekiwane erupcje wulkanów i gęsta energia między dwiema kobietami. Brzmi jak przepis na angażujące kino aktorskie? Niestety, to nie wystarczyło, by „Erupcja” mnie porwała.
„Erupcja” to tytuł dobrze znany fanom współczesnej popkultury, zwłaszcza tych, którzy poprzedniego lata namiętnie zapętlali piosenki „365” czy „Von dutch”. W ostatnim czasie internet obiegł viralowy fragment, w którym Charli xcx wypowiada podstawowe frazy w języku polskim. Był to wycinek z „Erupcji”, pełnometrażowego listu miłosnego do Warszawy, napisanego przez Pete’a Ohsa. Po festiwalowej rundce – film był pokazywany między innymi podczas American Film Festival i Mastercard OFF CAMERA – przyszedł czas na dystrybucję w polskich kinach. Z relacji widzów, mimo ogólnie mieszanego odbioru filmu, wyłaniał się obraz dzieła wywołującego skrajne uczucia. Wreszcie sama mogłam przekonać się na własne oczy, czy ta produkcja faktycznie jest wulkanem emocjonalnym.
Pewnego dnia wybuchła Etna
Lato 2024, duszna, skąpana w słońcu Warszawa. Nel (Lena Góra) układa skromny bukiet dla chłopaka, który odwiedził jej niewielką kwiaciarnię. Odziedziczyła ten biznes po mamie i stara się wiązać koniec z końcem. W tym samym czasie Bethany (Charli xcx), jej wielkie zauroczenie sprzed lat, ląduje na polskiej ziemi ze swoim obecnym partnerem, Robem (Will Madden). Namówiła go do podróży argumentem, iż to miasto o wiele bardziej romantyczne od oklepanego Paryża. Tymczasem zdezorientowany chłopak przyleciał do Polski z bardzo napiętym planem wyjazdu i pierścionkiem zaręczynowym w kieszeni. Sęk w tym, iż dziewczyna znalazła błyskotkę miesiąc wcześniej w ich londyńskim mieszkaniu. I perspektywa ślubu wcale jej nie ekscytuje.
Dlatego, gdy wybucha Etna, a loty powrotne zostają odwołane, Bethany bez wahania korzysta z okazji i biegnie do dobrze znanego miejsca. W końcu to przeznaczenie – wulkany zawsze wybuchają, gdy w jej otoczeniu pojawia się Nel. Rob prędko idzie w odstawkę, a zaplanowany w każdym calu romantyczny wypad zamienia się w chaotyczne imprezowanie do białego rana. Obie dziewczyny rzucają dorosłe zobowiązania na bok. Liczy się fakt, iż są znów razem, a więź między nimi jest równie elektryzująca, jak przed laty.
Dobrze znana Warszawka
Specyficzny klimat „Erupcji” sprawia, iż nie sposób porównać jej do „Prawdziwego bólu”, który również bywa opisywany przez krytyków jako „list miłosny do Polski”. W przeciwieństwie do obrazu Jessego Eisenberga, Pete Ohs nie koncentruje się na historycznym dorobku czy tragicznej przeszłości naszej ojczyzny. Zwiedzanie klasycznego Starego Rynku i Muzeum Narodowego łączy z przejażdżką tramwajem i snuciem się po obdrapanym, osiedlowym podwórku. Na wierzch wychodzą współczesne barwy warszawiaków, a reżyser ukazuje ich podejście do życia z nutką ironii.
Nel wygląda dokładnie tak, jak ta jedna koleżanka ze studiów, która w torebce zawsze trzyma naładowanego Iqosa i czasami zje przepłaconą drożdżówkę z morelą. Z kolei jej obecny obiekt westchnień, Ula (Agata Trzebuchowska), zaprasza ją do teatru bardziej dla podbudowania własnego poczucia „intelektualizmu” niż z głębokiego zamiłowania do Szekspira. Właśnie przez te drobne elementy Polacy mogą docenić Ohsa, który jako obcokrajowiec musiał odrobić lekcję z naszego codziennego życia.
Z kolei Charli xcx ewidentnie wzięła równie solidną lekcję aktorstwa. Jej bohaterka jest zaskakująco wiarygodna na ekranie. Tutaj nie ma koncertowej persony, którą Polacy widzieli na Open’er Festivalu i Orange Warsaw Festival. Po jej wymuszonym uśmiechu widać poczucie dyskomfortu. Choć dokonuje rzeczy moralnie wątpliwych, nie chciałam odrywać od niej wzroku. Podobne odczucia miałam w stosunku do naturalnych kreacji Leny Góry i Willa Maddena.
Zamazany sen
Już w pierwszych minutach seansu wiadomo, iż jako widzowie powinniśmy poczuć specyficzny klimat kina eksperymentalnego. Kwadratowe kadry w formacie 4:3 i rozmyty, ruchomy obraz mają celowo wzmacniać estetykę vintage. Nie jest to wizja, która każdemu przypadnie do gustu, ale przypuszczam, iż w zamierzeniu Ohsa to miało być pretensjonalnie „udziwnione”. Z jednej strony doceniam próbę wyłamania się z kinowych schematów, jednak kolorowe ujęcia wulkanów czy nieostre ujęcia z imprez protagonistek sprawiają wrażenie taniego, nakręconego na siłę filtra. Ostatecznie nie wnoszą zbyt wiele do fabuły. Ohs używa tych narzędzi bez głębszego uzasadnienia.
Kolejnym elementem, który z minuty na minutę coraz bardziej pogłębiał moją irytację, zamiast uwydatniać artyzm, był wszechobecny narrator. W założeniu pełnił on rolę lirycznego dopełnienia historii Bethany i Nel, opowiadając anegdoty sprzed lat. Uważam jednak, iż ten zabieg był zupełnie niepotrzebny. Większość kwestii, które wypowiada ów męski głos, pozbawia obraz subtelności, łopatologicznie tłumacząc emocje bohaterów. Inne jego wtrącenia były z kolei tak losowe, iż wydawały się nieudanym żartem wymyślonym przez amatorskiego stand-upowca.
Choć film ma swoje momenty w postaci kilku ładnych ujęć, tuż po seansie zostawia widza z poczuciem niedosytu. Podczas oglądania nie mogłam pozbyć się wrażenia, iż wplatane między scenami kolorowe wizualizacje – służące za tło pod komentarz narratora – są wygodnym rozwiązaniem wynikającym ze zbyt niskiego budżetu. Co więcej, w kluczowych scenach czuć braki w scenariuszu, który rzekomo powstawał jeszcze w momencie, gdy ruszyły zdjęcia na warszawskich ulicach. Mimo dobrego warsztatu aktorskiego, niekiedy brakuje napięcia w scenach rozgrywanych między Nel a Bethany. Bohaterki snują się od klubu do klubu, a ich relacja nie przechodzi żadnej ewolucji. Obiecana w tytule filmu „erupcja” jest ostatecznie tylko jedną z wielu letnich przygód.
Nie zapadnie w pamięć jak brat summer
Kinową „Erupcję” i głośny album „brat” Charli xcx łączy tylko minimalizm podszyty nutą ekscentryzmu. Niestety – mimo faktu, iż sam tytuł filmowy o wiele bardziej obiecuje fabularne wybuchy – nie sposób znaleźć tu więcej podobieństw. Wizja Pete’a Ohsa nie zasługuje na Złotą Malinę, ale jednocześnie nie jest też godna zapamiętania. To doświadczenie, o którym prawdopodobnie zapomnę niedługo po napisaniu recenzji.
Kaja GRABOWIECKA












