Chwila, kiedy odnajdujemy w literach obrazy,
podważa oczywistość czytania. Wybija nas z rytmu.
Wyłącza mechanicznego lektora. Pokazuje dziwaczność pisma
i uwalnia aktywność słów.
Marcin Wicha, Piktowie (2017)
Choć grafomania oznacza dosłownie „manię pisania”, może – jeżeli tylko wczytać się w słowo – wskazywać także na przymus malowania obrazów. Grecki termin graphein odnosi się bowiem zarówno do zapisywania słów, jak i tworzenia przedstawień wizualnych. Etymologia pokazuje, iż także w innych językach pokrewieństwo pisania i malowania daje o sobie znać, zwłaszcza iż i jedno, i drugie wywodzi się od rytowania bądź kreślenia znaków.
Współcześnie zostało ono, jak się zdaje, w dużej mierze zapomniane. Powody są rozliczne. Trzymając się obszaru sztuki, można wskazać m.in. na przekonanie o tym, iż wbrew wcześniejszej tradycji związanej z toposem ut pictura poesis, pozwalającej, a wręcz nakazującej, porównywać malowane przedstawienia z językowymi opisami, w XX w. zaczęto dostrzegać przede wszystkim ich odrębność i niewspółmierność. Wizualność i językowość są traktowane jako wzajemnie nieprzekładalne i niezastępowalne, czego nie zmieniają projekty spod znaku poezji wizualnej czy intermedialności. Także próby rozpatrywania malarstwa jako języka – nie tylko w sensie szczególnego medium komunikacji, ale także w kontekście jego strukturalnej „językopodobności” – okazały się mało przekonujące i w zasadzie należą już do dziejów historii sztuki i estetyki.
Fakt, iż praktyka umieszczania w obrazach napisów jest znana od dawna, kilka zmienia. Mieczysław Wallis, historyk sztuki i estetyk, zainteresowany m.in. dziełami sztuki jako znakami, odnotowuje, iż w XX w. jedni napisy wprowadzają do świata przedstawionego jako pojedyncze słowa lub całe inskrypcje namalowane bądź wklejone na zasadzie kolaży, inni zaś czynią je celowo nieczytelnymi, przez co na pierwszy plan wychodzi ich wymiar graficzny, podobnie jak w przypadku „pseudonapisów”[ref]Mieczysław Wallis, Napisy w obrazach, w: tegoż, Sztuki i znaki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1983, s. 217. Fragmenty esejów M. Wichy cytowane za: M. Wicha, Gościnne występy. Kawałki o projektowaniu. Kraków: Karakter 2024.[/ref].
W zaproponowanej przez Wallisa typologii najciekawszy wydaje się, o dziwo, przypadek najbardziej banalny, tzn. czytelnie oddane litery czy słowa. To one bowiem, tak jak ich rozmaite historyczne poprzedniki, choćby renesansowe cartellini, podważają logikę obrazowania. A być może także coś więcej.
Epigrafika to nauka o napisach umieszczanych w różnych celach na twardych podłożach, np. rytych w kamieniu albo umieszczanych na metalowych szyldach, nazywanych epigrafami. Napisami namalowanymi na obrazach nauka ta się nie zajmuje, właśnie dlatego, iż należą do dziedziny sztuk wizualnych. Choć sporządzony w sposób analogiczny do „zwykłej” inskrypcji i wyglądający czasem łudząco podobnie, malarski epigraf jest zarazem czymś innym: „zaledwie” obrazem napisu. Paradoksalnie jednak, namalowane słowo jest zarazem napisane, co zarówno podważa zasadę mimesis, zgodnie z którą obraz różni się od swego modelu, jak i stanowi spełnienie ideału naśladownictwa – oto powstaje wizerunek tożsamy ze swoim pierwowzorem: namalowany epigraf jest epigrafem.
Pokrewieństwo pisania i malowania nie ma swojego odpowiednika w bliskości czytania i oglądania – to dwie różne czynności. Napisy zwykle po prostu czytamy – chyba iż uprawiamy epigrafikę – a jeżeli ich nie rozumiemy, to przeważnie z powodu nieznajomości języka, w którym je sporządzono. Z kolei obrazy oglądamy, a co za tym idzie oglądamy także umieszczone na nich udawane (ponieważ nieczytelne) inskrypcje lub pseudonapisy, bo co innego możemy robić, skoro nie da się ich przeczytać? Ale czy gdy mamy przed sobą wyraźnie namalowany napis, np. zajmujący całą powierzchnię płótna, będący de facto jedynym elementem, motywem, tematem obrazu, dodatkowo ukazanym iluzjonistycznie (nawiasem mówiąc, takiego rozwiązania Wallis nie uwzględnił), tylko go oglądamy czy zarazem odczytujemy? A może odczytujemy, ale jakoś inaczej niż byśmy to czynili, gdyby ów napis nie był „zaledwie” swoim obrazem?
Nie ma jednej odpowiedzi. Musimy się więc jako odbiorcy i odbiorczynie pogodzić z tą percepcyjną i pojęciową nierozstrzygalnością i uznać, iż doprowadzając do niej, sztuka – jak w tym wypadku „epigrafomańskie” obrazy Arkadiusza Karapudy, ale także jako instytucja – po raz kolejny dowodzi, iż jest w stanie podważać oczywistość naszych przekonań i zmieniać nasze nawyki. Bo to, czy „zwykłe” napisy będziemy zawsze po prostu odczytywać, czy też czasem także je oglądać, zależy wyłącznie od naszego nastawienia.
Dostrzeżenie w napisach obrazów może mieć konsekwencje daleko wykraczające poza świat sztuki i galaktykę Gutenberga: skoro ani obrazy, ani napisy nie muszą być oczywiste, to tym bardziej oczywista nie musi być ani wizualność, ani język, leżące u ich podstaw. Podważanie bezdyskusyjności zmysłów i pojęć nie jest jednak proste, bo przecież ich potrzebujemy. Warto jednak stale zdawać sobie sprawę, iż mogą być pułapką, w którą mimowolnie wpadamy.
A czemuż państwo czytają, zamiast patrzeć na litery?
M. Wicha, Wzorniki pisma (2022)
Mateusz Salwa








