Ephemera Festival – nasza relacja

nowamuzyka.pl 1 dzień temu

Siostra Unsoundu skończyła 7 lat, nabierając coraz wyraźniejszego charakteru, choć ten przymiotnik leży daleko od rozmarzonej, roztapiającej się i miękkiej formy, jaką przybrała w 2026 roku.

To tydzień rozwijającego się tempa, uważna rozgrzewka przed upałem pełnoskalowych festiwali. Ephemera nie ma zmieniającego się co roku motywu przewodniego. Jest jeden, chociaż kompleksowy: rytuał. Dyscyplinarnie: muzyka nie stoi samotnie z przodu, ale wspólnie, spleciona za ręce z performansem, teatrem, rzeźbą i obrazem Katarzyny Wyszkowskiej, stanowiącym bazę identyfikacji wizualnej edycji.

Skupienie, subtelne wykraczanie poza kategorie — notuję, łapiąc wrażenia z otwarcia. Ephemera rozpoczęła się w poniedziałek dwoma koncertami rozpoznawalnych i nagradzanych artystek: Hani Rani oraz Arooj Aftab. Wydarzenie wyprzedane, sala pęka w szwach. Wspominam ubiegły rok, kiedy koncerty odbywały się w korytarzach, i myślę o „upgradzie sytuacji”. Wpuścili nas do środka, to coś znaczy — myślę. Obie artystki kroczą muzyczną ścieżką po swojemu, zyskując słuchaczki i słuchaczy na całym świecie.

Hania Rani wraz z Hashtag Ensemble zaprezentowała Shining — drugi raz na świecie — zainspirowane równolegle książką A Shining Jona Fossego oraz twórczością kompozytorów takich jak Reich, Glass, Feldman, Cage czy Riley. Kompozycja o zmiennym tempie, trzymająca w napięciu, wciągnęła jak dobry film (a może bardziej jak wspomniana książka). Ensemble na środku, w minimalnym świetle. Raniszewska lekko skryta przy fortepianie. Rosnące napięcia, warstwy: spektakularnie, narracyjnie, wzruszająco, łamiąc konstrukcję czasu.

Bezpośrednio po koncercie następuje element niezapowiedziany, a szczególny.

Dyrektorka Ephemery, Gosia Płysa, wychodzi na scenę, aby zaprosić Ministrę Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Od razu myślę, jak splata się to z nadchodzącym Unsoundem pod hasłem soft power. Wracając do sedna, Hania Rani zostaje wyróżniona medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Nadaje to nowych znaczeń, a kierunki możecie pewnie dopowiedzieć sobie same. Blisko dwie minuty oklasków dla Raniszewskiej i tak, skromnie, ze świadomością faktoru szczęścia, kończy słowami: „Nie obgadywać, nie robić jakichś dziwnych rzeczy za plecami, tylko wspierać się, bo inaczej wszyscy ludzie będą wyjeżdżać”.

Krótka przerwa i drugi akt to inne, chociaż na swój sposób bliskie wykonanie Arooj Aftab. Tworzy muzykę łączącą pogranicza jazzu i wokalne tradycje południowoazjatyckie z subtelną elektroniką. Dymna, gęsta muzyka, a jednocześnie storytellingowa — choćby jeżeli nie rozumiesz języka, czujesz warstwy narracji. Aftab towarzyszy kameralny skład: perkusja, gitara, kontrabas, elektronika i harfa. Poruszające utwory przeplatają anegdoty i opowiastki.

Na starcie dowiadujemy się, iż cała sytuacja teatralno-operowa jest dla Aftab zaskakująca (choćby ze względu na odległość od publiczności), a także iż po ostatnim koncercie była na epickim afterze na dachu w Rumunii. Pod koniec słyszymy genezę powstania Bolo Na, którą Aftab napisała jako nastolatka, a która na ostatniej płycie zyskała nowe warstwy i znaczenia dzięki Moor Mother.

Kolejny muzyczny przystanek w środę to Palladium, a w nim Cabaret Voltaire, świętujący swoje 50-lecie. Jadąc pociągiem, zgłębiam historię zespołu z angielskiego Sheffield. Mimo chwytliwego hasła rocznicy ich działalność można określić jako nierównomierne interwały (’73–’94, ’09–’21, ’25–obecnie). Ephemera części osób przypomina, a części choćby odkrywa ten skład i innowacyjność, jaką niósł przez dekady.

Mallinder, H. Kirk i Watson — trio zainspirowane dadaizmem, elektroniką i kasetami — eksplorowali style i gatunki, nieustannie poszukując. I choć czasowo, geograficznie i scenowo byli blisko Joy Division, w pamięci pozostali bardziej peryferyjni, niszowi. Cabaret Voltaire to nie linearna historia, ale wiele rozejść w indywidualne kierunki. Przed tym symbolicznym reunionem członkiem, który „ciągnął ideę”, był Richard H. Kirk, zmarły kilka lat temu. Ożywił Cabaret Voltaire, grając na Atonalu i Dekmantelu, jednocześnie odmawiając Coachelli występu z „oryginalnym składem zespołu”: „Byłoby smutno zobaczyć występ z sentymentu za przeszłością. Nie da się znów być w tym wieku. Droga naprzód polega na ciągłym próbowaniu nowych rzeczy”. Po śmierci Kirka dwaj pozostali przy życiu członkowie postanowili zamknąć historię zespołu symboliczną trasą, nieco w sprzeczności z wypowiedzianymi przez niego słowami.

Zanim jednak to nastąpi, koncert Olgi Anny Markowskiej, która niedawno wydała intrygujący i poruszający album ISKRA nakładem Miasmah. Markowska, stojąc pośrodku w niebieskim świetle, zaczyna z wiolonczelą, stopniowo budując warstwy, loopując krótkie fragmenty i tworząc unikatowe, efemeryczne kompozycje. Skupienie hipnotyzuje. Czuję, iż tego określenia będę używać często, choć w różnych kontekstach.

Cabaret Voltaire zaczyna z intrem na miarę legend. Na ekranie kwasowe wizualizacje z logotypem, a po chwili stopniowo wchodzą Mallinder, Watson i dwójka muzyków, których — ku mojemu zaskoczeniu — nie mogę odnaleźć z nazwiska. Set rozpościera się przez różne epoki i fazy muzycznych eksploracji. Obrazy migają, co rusz widzimy wpadający w nieskończoną pętlę obraz z kamery skierowanej na zespół, a za chwilę kolaże. Dźwiękowo, od początkowych, osiemdziesiątkowych brzmień, set przeradza się w lekkie acid techno. Głos Mallindera doprawia wszystko. A ja myślę, iż mogłoby się to spokojnie odbyć na main stage’u jakiegoś dużego plenerowego festiwalu. Palladium wypełnia splot fanów Cabsów oraz osób ephemerowych.

Czwartek skoncentrował się wokół innych sztuk, krążących na pograniczu performansu i tańca. Young Boy Dancing Group to multidyscyplinarny kolektyw, który — jak samx się określają — odkrywa warstwy i granice performansu, wokół cielesności, seksualności czy intymności. I tak: taniec i ruch są w centrum, ale w towarzystwie muzyki, częściowo wykonywanej (wokalnie) na żywo. W nieco ukrytym miejscu, przy Mińskiej 65, tłum wchodzi niespiesznie, synchronizując tempo z powoli poruszającymi się osobami performerskimi.

Początek spokojny. W budynku rozpostarte prześcieradło, a na nim osoby performerskie z ikonicznym performansem ze świeczkami. Wosk się leje, igranie z ogniem w dosłownym znaczeniu, gdy na kilka sekund, w ramach powolnych ruchów, jedna osoba przypadkowo podpala drugiej włosy, gwałtownie je gasząc. Części ciała zblokowane przez wosk. Grupa dopełniająca się, yin i yang, połowa na czarno, połowa na biało. Występ rozkręca się i zmienia tempo. Przemieszczamy się wraz z YBDG, jednocześnie nie wiedząc, czego spodziewać się za chwilę ani jaki kierunek (dosłownie) zostanie obrany. Dźwiękowo jest zróżnicowanie: od subtelnych ambientów po mocne trance’owe nuty z nostalgią Y2K. Przekraczanie granic cielesności i konwenansów poprawności. Punkt kulminacyjny z laserami w tyłkach, które można obejrzeć na filmie Madonny. Wielki finał, trampolina, po to, żeby po kulminacji domknąć to grupowe przeżycie.

Po takim natężeniu emocji i wrażeń trzeba ukłonić się ekipie Lado w mieście za warm-up, idealnie wkomponowany imprezą w K-barze na Powiślu. W ramach kolabu: trójmiejski kolektyw POISE oraz gościni domizako. POISE w dwóch duetach: ALLG b2b larissa oraz DIV4 b2b monka. Po rozmowach w zatłoczonym korytarzu wpadam na DIV4 b2b monka. Zabawa trwa w najlepsze, wymianki i muzyczny dialog rozkręcają temperaturę oraz taniec.

domizako reprezentuje praską scenę klubową (w Czechach, nie tę w Warszawie). Poza DJ-ingiem jest producentką, rezydentką FUCHS2 i założycielką kolektywu FINTA+. Set z tych, które zapamiętam na długo i przez które będę wypatrywać jej bookingów. Pozamiatała, bawiąc się gatunkami, zaskakując przejściami i podróżując przez nostalgię zblendowaną ze świeżymi nutami, z niesamowitym wyczuciem. Taki warm-up to ja rozumiem (it was more than just a warm-up). Wieczór kończy b2b2b2b, do składu dobija DJ neurospicy. Lado w mieście niezmiennie zapewniło piękny most do dobrej zabawy.

Piątek. Komuna Warszawa i koncerty stałych bywalczyń oraz bywalców produkcji z ramienia Unsoundu. Trzy rozdziały zupełnie różnych opowieści, choć raczej funkcjonujących osobno. Supergrupy o różnej historii, kontekście, genezie i dynamice.

Na start — najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert — Microplastics, czyli garażowe trio producentów z UK: aya, Jennifer Walton i 96 Back. Na co dzień każde z nich działa solowo, łamiąc schematy i szukając brzmień po różnych szufladach i skrytkach muzycznych. Od pierwszych dźwięków brzmi i wygląda to jak materializacja nastoletnich marzeń o założeniu kapeli emo. aya i Walton wymieniają się graniem na perkusji i gitarze, 96 Back stoi za stołem z elektroniką i laptopem, zasłaniającym części widowni jego twarz. Czyste, surowe, bez pretensji. aya standardowo dorzuca elementy stand-upowe, przez co nie wiem, co jest prawdą, a co żartem. Energia, dramatyzm wokali wkraczających w krzyk, przeplatanych śpiewem.

Czuję się, jakbym miała kilkanaście lat i poszła na DIY HC Punk Fest, a może bardziej pojechała na Fluff Fest (RIP). Utworów mają zaledwie kilka, nic nie zostało jeszcze wydane, przez co skupienie na samym doświadczeniu pozostało większe. Przez cały koncert nie schodzi mi uśmiech z twarzy. Zastanawiałam się wcześniej, co będzie oznaczać „cover band” w opisie. Na szczęście, przy trójce takich producentów, chodzi o sekcję ich własnych utworów. Zespół, o którym nikt nie myślał, ale którego wszyscy potrzebowali. I może choćby lepiej, gdyby nigdy nic nie wydali.

Armand Hammer zaczynają grać. Momentalnie zaczyna padać, tworząc jednocześnie niekomfortową i klimatyczną aurę koncertu. Koncert spędzam, krążąc i przypatrując się z oddali tłumowi. Gratka dla fanów duetu i koneserów produkcji The Alchemista.

Na chwilę przed ostatnim koncertem (2k88, Rainy Miller, Bianca Scout) dowiaduję się, iż Lauren Duffus z nimi nie wystąpi. Później doczytuję, iż w trójkę grali już na Infinite Now. Zamiast kwartetu znanego z Unsoundu ’25 — trio. Inny setup, dopracowany po wspólnej trasie i finiszowaniu albumu. Scena plenerowa zdawała mi się rozrzedzać recepcję projektu, analogicznie do dymu, który gwałtownie ulatniał się ku górze. Jest inaczej.

Po chwili adaptacji pamięć łączy dźwięki ze wspomnieniami, zatracam się w poetyckim, rozmarzonym uniwersum. Czuć ogranie materiału, bez utraty dramatyzmu wykonania Millera i Scout oraz skupionego, wczutego Jankowiaka. Od październikowego test ride’u grupa dotarła się, zmaterializowała wspólną koncepcję, pełną basu, warstw i dramatyzmu.

Sobota to punkt kulminacyjny, główny moment przesilenia i zróżnicowanych tkanek rytuału.

W ramach multidyscyplinarnych projektów specjalnych w centrum tej edycji znalazła się twórczość Magdaleny Abakanowicz, w dialogu z dwiema świetnymi kompozytorkami: Teoniką Rożynek, grającą w ogrodzie pracowni, oraz Joanną Dudą, improwizującą do 16-mm filmów z prywatnego archiwum rzeźbiarki. Duda wraz ze wsparciem Marty Kowalewskiej (z Fundacji Abakanowicz) wyselekcjonowały podróżnicze materiały wideo rzeźbiarki z Australii i Nowej Gwinei.

Nieustanny ruch i przemieszanie były autonomicznym, równoległym światem, stanowiącym punkt wyjścia do improwizacji z przygotowanej wcześniej palety brzmień. Długie fragmenty, bez montażu. Wizualny ambient, podróż przez struktury równolegle przeskakujące na osiach natura–kultura, w obu wymiarach: audiowizualnym i znaczeniowym.

Sobota rozpędza się wraz ze stałą już dla festiwalu lokalną kolaboracją: DRAGANA BAR by KEM. KEM to warszawska inicjatywa queerowo-feministyczna, skupiająca się na choreografii, performansie i dźwięku na styku z praktyką społeczną. Dragana to wieczorna esencja, wyłapująca rytualne i ulotne tony w gęstej klubowej formie. Docieram wcześnie, zaczynając od Kitty Sarcasm, która przeplata remiksowane hity coraz mocniejszym bitem i basem. Room 2 na parterze przypomina saunę, zwłaszcza przy takiej aurze i takim selekcie. Jest zabawnie, jest różnorodnie, skacząc między gatunkami.

Wskakuję na górę, na DJ neurospicy. Początek seta spokojny, początkowo eklektyczny i eksperymentalny. Oświetlenie i klimatyzacja dają chłód, zimny okład po rozgrzanych i migoczących tanecznych chwilach na dole. Kitty Sarcasm enjoyer club — wracam na dół. Żonglerka trwa, rozkoszuję się swobodą poruszania, myśląc o czekającym wszystkich niedługo tłoku. Stopniowo wracam do Roomu 1, gdzie DJ neurospicy podkręca tempo z prędkością światła — trochę deconstructed club, trochę kosmos.

Pora na pierwsze perfo. Głosy, nie wiadomo skąd. Wszystko jest jak najlepszy fever dream. Nie wiesz, o co chodzi, ale siedzi. androgienia w jednym rogu sali, w drugim Małga Kubiak.

— Ty jesteś Małgo czy Stefa?

Głosy odbijają się, nakładają. Na koniec świeczki (tym razem w menu: ledowe).

— Zanim powiecie, iż to zrzyna z YBDG, Małga robiła to długo przed nimi.

Czy świeczki to iconic move tej edycji? Finalnie hipoteza o gorączkowym śnie zostaje zdemaskowana opowieścią o LSD. No cóż, jakie doświadczenia, takie skojarzenia.

Na scenie płynnie zaczyna Oli XL. DJ seta rozpoczyna swoim HOODIE MUSIC. Set rozwija się w zdekonstruowane, hyperowe rejony. Audiosfera dźwięków starego internetu, pecetów i glitchów. Wszystko pomieszane z kawałkami, których można było słuchać w radiu gdzieś około 2010 roku, choć nie brakuje nowości, jak NEW YORK czy Ninajirachi. Porywające, świeże, dźwięk internetu po modemie w balonowym pejzażu dźwięków i rytmów.

Obrót o 180 stopni i stopniowo rozkręca się tajemnicze rybio-policyjne perfo Schengen Pussy. MSZ MSZ MSZ można dostrzec na gazecie z otworem na oczy, jak w starych filmach detektywistycznych. Czy to ryba? Kosmita? Policja z radarem na czubku głowy? Zostaję prześwietlona lewym okiem zza gazety. Nie wiem, jak odbije się to na mnie i na przebiegu tej nocy.

Nadchodzi moment najszczególniejszy — światowa premiera projektu meksykańskiej producentki i DJ-ki Rosy Pistoli, prezentującej Tribal Sound System: Incorregible. Sama Pistola opisuje go tak: „To dźwiękowa podróż, której celem jest nawiązanie kontaktu z uniwersalnymi rytmami i dźwiękami życia. Dzięki perkusji, śpiewom rdzennych mieszkańców, instrumentom andyjskim oraz muzyce elektronicznej sesja ma na celu wprowadzenie uczestników w stan zbiorowego transu poprzez taniec i muzykę”.

I ja tego lepiej nie uchwycę. Niech nie zwiedzie przedrostek „DJ”, bo Tribal Sound System to performance kompletny. Całość jest w zasadzie multidyscyplinarnym zespołem. Poza Rosą Pistolą za deckami na scenie pojawiają się trzy osoby taneczne/performerskie (Munir Arreola, Yui Hirabayashi, Ehab Suwwan), całość dopełniają zaś opracowane wizualizacje autorstwa Iana DaniBoia, [RFLGNT] i Oscara Rodrígueza Amado.

Podróż przez rytmy i warstwy korzystające z cumbii, reggaetonu i dembow — wszystko w unikatowym splocie. Kompletne, kompleksowe, wielobarwne. Rozpoczyna się powoli. Do Pistoli dołącza tancerz odziany we frędzlowaty, beżowy kostium z kominiarką z dzierganych sznurków. Po chwili pojawia się tancerka w stroju trudnym do sklasyfikowania, ale w pewien sposób przywodzącym na myśl ludowość.

Wszystko dopełniają wciągające, symboliczne wizualizacje, morfujące z postaci w góry, rzeki i zwierzęta. Nawiązania do natury i rytualności. Set nabiera tempa i można usłyszeć kolejne utwory z Incorregible — w tłumaczeniu: „niepoprawne”, w najlepszym możliwym znaczeniu. Chwila solo na dokładne wpatrzenie się w wizualizacje za Pistolą. Na dłuższą chwilę można zanurzyć się i wchłonąć trójwymiarowe uniwersa złotych piramid, zagadkowych postaci i morfujących kształtów. Następnie na scenę wchodzi tancerz w kowbojkach z bardzo długimi czubami. Jasne światła sprawiają, iż robi się bardziej teatralnie. Kompletne, świetne, przekminione.

Nkisi, eksperymentująca producentka czerpiąca z różnych gatunków i tradycji, wchodzi po Pistoli, wracając do klubowego rytmu. Scena w dymie i chłodnym, niebieskim świetle pozwala wejść na kolejny poziom. Set z tych pełnych zaskoczeń, eksperymentów i przeskoków. Sama swoją muzykę określa jako „mikrokosmiczną esencję transu melodyczno-rytmicznego”.

Przed festiwalem nie zakładałam, iż dotrwam do jej seta, a jednak wszystkie znaki na niebie (i w OCZKI, i tym ogólnym, niezbyt łaskawym w kontekście temperatury oraz kłębiących się chmur) wskazały na dłuższą eksplorację. Zaskakujące zwroty, gęsta, rytmiczna selekta doprawiona cyfrowym werblem. Proto techno, trance — jak złoto, szczególnie o tej porze, kiedy ciało odczuwa już przeciążenie i zmęczenie poprzednimi godzinami na parkiecie.

Po nocy przychodzi dzień, a z nim ephemerowa edycja W Brzask. Najbardziej intrygującym jej elementem była dla mnie Marta Salogni — inżynierka dźwięku, producentka i realizatorka pracująca we własnym Studio Zona w Londynie (polecam przejrzeć portfolio).

Kiedy osoby od technikaliów wychodzą ze swoją twórczością, rodzi się z tego coś niesamowitego. Salogni swoim spokojem i aurą przyciąga. Tajemnicza, lekko mroczna. Gra na rozstawionych magnetofonach i taśmach, których obracanie się hipnotyzuje, tworząc subtelny drone. Taśma powiewa na lekkim, chłodnym wietrze. Salogni przestawia, zwalnia i przyspiesza magnetofony, doglądając każdego z urządzeń ze skupieniem i czułością. Kończę ten skraj nocy i dnia początkiem setu Martyny Basty. Jej głos rozpościera się po parku wraz z przebijającymi się promieniami słońca.

Ostatnim punktem festiwalu był koncert w ramach cyklu i działań wokół SEPR (Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia) w MSN: Yannis Patoukas & Mathijs Leeuwis. Komfortowe fotele sali Kinomuzeum MSN otulają zmęczone ciała. Całość rozpoczyna wywiad — trochę jak radio na żywo. „Kiedy pracujemy na urządzeniach i instrumentach analogowych, to one w jakiś sposób dyktują nam swoją wolę. Mogę sobie zaplanować, których chwytów użyję podczas pracy, ale czy faktycznie z nich skorzystam teraz, podczas tego wykonania? Nie wiem. Dopiero w tym konkretnym momencie poczuję, czy będę chciał dotknąć struny, czy nie”.

Odwrócona kolejność — rozmowa o graniu przed samym graniem. Podczas koncertu na ekranie za muzykami możemy podejrzeć historyczne urządzenia w ruchu. Jest elektroakustycznie, eksperymentalnie, nostalgicznie, w swój sposób nawiązując do tradycji SEPR, jednocześnie ją reinterpretując i działając we własnym stylu.

Rytuał z taśmą i świeczką

Ephemera to stopniowo rozwijający się rytuał, raz do roku kształtujący wielogłos kilku dopełniających się wzajemnie dyscyplin. Powoli, kolektywnie budowane tempo dało przestrzeń na wielość i łagodne wkroczenie w pełnię lata. Doceniam podejście kuratorskie do samego natężenia, choć logistycznie, z perspektywy osoby spoza Warszawy, czuję ambiwalencję.

Punkty styczne festiwalu i poszczególnych artystek/x budowały unikatowość zarówno w swoich kategoriach, jak i poza nimi. Idąc własnym szlakiem, który nie jest ani kanoniczny, ani przewidywalny. Łamiąc wyobrażenia, z konsekwencją i wiarą w budowanie własnych koncepcji — niezależnie od tego, czy dotyczy to historii jednostki, czy transformującego się organizmu festiwalowego.

Ephemera wymyka się dominującym tendencjom, narracjom i — co ważne — przeróżnym -izmom. To budująca i wspierająca przestrzeń, w której lineup obejmuje szerokie spektrum twórczości, w innych okolicznościach spychanej na margines. W czerwcu, w tęczy, brokacie, ale też w czerni i granacie, Ephemera dała wycinek rzeczywistości pełnej bliskości, koncentracji i docenienia.

Zdjęcia: Michał Murawski, Pat Pawlicki, Mattia Spich, Zuza Sosnowska

Idź do oryginalnego materiału