Artyści zwykle nie są etatowcami, wykonują pracę projektową, przestoje to ich chleb powszedni. Szacuje się, iż 10 proc. osób wykonujących w Polsce zawody artystyczne nie ma żadnego ubezpieczenia, a 15 proc. wykonuje pracę bez żadnej umowy. Wsparcie mają otrzymywać ci, którzy go realnie potrzebują: średni dochód z trzech ostatnich lat nie może przekroczyć 125 proc. dwunastokrotności minimalnego wynagrodzenia. W tym roku – jak liczy OKO.press – byłoby to 72 090 zł. O tym, kto ma prawo z dopłat skorzystać, czyli nazywać się artystą, decydowałoby Centrum Edukacji i Pracy Artystycznej (dziś to jeszcze Centrum Edukacji Artystycznej) na podstawie opinii specjalnej komisji złożonej ze 145 ekspertów. Program ma obsłużyć ZUS i nie obejmuje samozatrudnionych. Resort opiera się na badaniach „Policzone i policzeni” prowadzonych na Uniwersytecie SWPS pod wodzą Doroty Ilczuk i Anny Karpińskiej. Wynika z nich, iż ustawa dotyczy – to też szacunki OKO.press – ok. 20 tys. osób.
Nastroje mamy w kraju konfederackie, więc prędko podniosło się larum. „Jeżeli artysta nie potrafi na siebie zarobić, to nie jest artystą, tylko hobbystą. Nie tworzy sztuki, tylko badziew – stwierdził Sławomir Mentzen. – STOP finansowaniu nierobów, beztalenci i darmozjadów z naszych pieniędzy!”. „Oni [resort kultury] wydają pieniądze na jakieś bzdury, pogięte blachy, które nazywają rzeźbą” – dodał Krzysztof Bosak.



