W Wenecji swoją premierę miał najnowszy dokument Alexa Gibneya "Musk". Jak łatwo się domyślić, jego bohaterem jest Elon Musk. Co myśli o filmie najbogatszy człowiek świata? Wczoraj się tego dowiedzieliśmy.
"Musk" to trwający cztery godziny dokument, który nie jest w żadnej mierze laurką dla jednej z najważniejszych osób w świecie nowych technologii. W oficjalnym opisie czytamy m.in.:
Technologiczny magnat Elon Musk, dysponujący globalnymi wpływami gospodarczymi i politycznymi, stał się jego najnowszym i być może najbardziej kontrowersyjnym bohaterem. Dzięki skrupulatnym badaniom i pracy reporterskiej reżyser Alex Gibney przedstawia w nowym świetle wszystko, co wiemy o tym miliarderze, pokazując, iż określany mianem "genialnego wizjonera" Musk jest w rzeczywistości współczesnym wcieleniem klasycznego hochsztaplera.
Nic więc dziwnego, iż Elon Musk zareagował na niego z wściekłością. Poniżej znajdziecie jeden z łagodniejszych tweetów, w którym Musk powiela spiskową teorię, zgodnie z którą Gibney i całe Hollywood są kontrolowani przez Demokratów i związanych z nimi miliarderów:
W innym wpisie wrzucił fotkę reżysera z fotorealistycznym emoji kupy i z podpisem "duża poprawa". W kolejnych wpisach oskarżał Gibneya o brak twórczej integralności, określał go mianem zgorzkniałego starca, który już dawno przestał kontaktować. Sam film określił jako "paszkwil, który nie trafia w cel".
Muska najbardziej zezłościło to, iż w filmie pojawia się Ashley St. Clair, konserwatywna influencerka, która w 2024 roku urodziła mu syna. Kobieta twierdzi, iż Musk chciał ją uciszyć po zakończonym związku, oferując jej 40 milionów dolarów za podpisanie NDA (umowy o zachowaniu poufności).
W filmie pojawia się też sugestia, jakoby Elon Musk wykorzystał Starlink, by wpłynąć na wybory prezydenckie w USA w 2024 roku (wygrał je Donald Trump, który natychmiast po zaprzysiężeniu wprowadził Muska do rządu).
Szef Tesli zapowiedział, iż pozwie reżysera. Kiedy to nastąpi, tego jednak nie ujawnił.
Elon Musk i seria tweetów atakujących dokument "Musk"
"Musk" to trwający cztery godziny dokument, który nie jest w żadnej mierze laurką dla jednej z najważniejszych osób w świecie nowych technologii. W oficjalnym opisie czytamy m.in.:
Technologiczny magnat Elon Musk, dysponujący globalnymi wpływami gospodarczymi i politycznymi, stał się jego najnowszym i być może najbardziej kontrowersyjnym bohaterem. Dzięki skrupulatnym badaniom i pracy reporterskiej reżyser Alex Gibney przedstawia w nowym świetle wszystko, co wiemy o tym miliarderze, pokazując, iż określany mianem "genialnego wizjonera" Musk jest w rzeczywistości współczesnym wcieleniem klasycznego hochsztaplera.
Nic więc dziwnego, iż Elon Musk zareagował na niego z wściekłością. Poniżej znajdziecie jeden z łagodniejszych tweetów, w którym Musk powiela spiskową teorię, zgodnie z którą Gibney i całe Hollywood są kontrolowani przez Demokratów i związanych z nimi miliarderów:
W innym wpisie wrzucił fotkę reżysera z fotorealistycznym emoji kupy i z podpisem "duża poprawa". W kolejnych wpisach oskarżał Gibneya o brak twórczej integralności, określał go mianem zgorzkniałego starca, który już dawno przestał kontaktować. Sam film określił jako "paszkwil, który nie trafia w cel".
Muska najbardziej zezłościło to, iż w filmie pojawia się Ashley St. Clair, konserwatywna influencerka, która w 2024 roku urodziła mu syna. Kobieta twierdzi, iż Musk chciał ją uciszyć po zakończonym związku, oferując jej 40 milionów dolarów za podpisanie NDA (umowy o zachowaniu poufności).
W filmie pojawia się też sugestia, jakoby Elon Musk wykorzystał Starlink, by wpłynąć na wybory prezydenckie w USA w 2024 roku (wygrał je Donald Trump, który natychmiast po zaprzysiężeniu wprowadził Muska do rządu).
Szef Tesli zapowiedział, iż pozwie reżysera. Kiedy to nastąpi, tego jednak nie ujawnił.
Teaser filmu "Musk"










