Jakub Banasiak: Wystawa miała nazywać się Kolekcjoner, ale ostatecznie zdecydowałeś się na Naturalistę. Jednak od kolekcjonowania nie uciekniemy. Co kolekcjonujesz? I dlaczego?
Artur Żmijewski: Zbieram tylko książki. Inne obiekty, np. maski, narzędzia medyczne, niektóre albumy, przetwarzam na sztukę. Fotografuję, potem przestają mi być potrzebne. Natomiast książki są fetyszem, lubię ich obecność. W ostatnich latach trudno mi czytać, ale szukam książek z obrazkami. Ilustracje z nich także fotografuję i przetwarzam, sampluję, pasożytuję na nich. I książek nie lubię się pozbywać. Jak pisał Miłosz: „Ale książki będą na półkach, prawdziwe istoty, / Które zjawiły się raz, świeże, jeszcze wilgotne. […] / I dotykane, pieszczone trwać zaczęły […]”.
Na wystawie pokazujemy jednak kolekcje. Jaka jest logika kolekcji? Jej specyfika?
Tak, oprócz rzeczy, książek, kolekcjonuję obrazy – te, które sam wytwarzam. A iż moja wyobraźnia łatwo ulega inercji, nie mogę się zatrzymać w ich produkcji. To jest zresztą najciekawszy czas dla artysty – świat społeczny staje się odległy, zmysły ściszone, percepcja zawęża się do jednego strumienia doznań – tego związanego z powstającymi obrazami. Stan tak frapujący, iż chce się do niego wracać. Nie wiadomo jak, ale obrazy układają się we wzory, w symetrie, nasycają się nowym sensem. To oczywiście uzależnia. Najbardziej niezwykłe momenty to te, gdy mechanizm wygląda jak w tym dialogu: „– Samara, how did you make these pictures? – I don’t make them. I see them. They just are”.
Obrazy z wystawy są zbiorem przetworzonych wizerunków medycznych. Mieszałem je z innymi obrazami, z moimi zdjęciami. Cały materiał układa się w grupy: ręce, głowa i twarz, tors, kwiaty, itd. Wszystkie te zdjęcia – czy kolaże fotograficzne – to wizerunek zdrowego ciała, zmieszany z wizerunkiem ciała chorego lub ciała ukrytego za jakąś patologiczną zmianą. Są też wizerunki kobiet w ciąży. Te wizerunki medyczne są bardzo techniczne, zredukowane do funkcji dokumentującej jakąś zmianę – czy sugerujące sposób terapii. A ja łączę je ze zdrowym ciałem, np. z twarzą żywego, czującego człowieka. Kolekcja obejmuje efekt tych nałożeń.
Wszystkie te zdjęcia – czy kolaże fotograficzne – to wizerunek zdrowego ciała, zmieszany z wizerunkiem ciała chorego lub ciała ukrytego za jakąś patologiczną zmianą.
Czy ten gest kolekcjonowania – czyli układania obrazów we wzory – można potraktować jako metodę? I to nie nową, ale obecną w twojej twórczości niemal od początku.
To jest poszukiwanie symetrii: na przykład między zdrowym a chorym, pogodnym a cierpiącym, wkluczonym a wykluczonym itp. Zbieram materiał, później wprowadzam go do „systemu” i generuję w głowie coś w rodzaju modelu językowego (tylko iż operującego obrazami), który karmię tym materiałem. I powstaje coś w rodzaju całościowej metody tworzenia: 1. warunki – dystans do świata społecznego, półmrok lub mrok, raczej wieczór niż ranek; 2. szlifowanie algorytmu odpowiedzialnego za pomyślne wykorzystanie materiału wizualnego; 3. filtr, który decyduje o chwili ukończenia pracy, czyli o momencie, w którym mój obraz zaczyna spełniać warunki „matrycy sztuki” czy „matrycy dzieła” – kiedy następuje zgodność między tym, co wytwarzam, a moim wyobrażeniem dzieła. Tylko skąd bierze się to wyobrażenie? Czy mam je z urodzenia, czy to podpowiedzi Dajmoniona? W każdym razie jest to jest metodyczne, przekopuję się przez tematy dość gruntownie – oddzielam je też od siebie. Jeden kończę, a drugi zaczynam. Zbieram informacje, artefakty, książki. Gdy zamykam temat, te wszystkie rzeczy stają się bagażem. Zostawiam z nich tylko książki.
Dlaczego zderzasz – nakładasz na siebie – chore i zdrowe, normę i anomalię, logiczne i pato-logiczne?
Wydaje mi się, iż poprzez te działania artystyczne usiłuję coś przeprocesować – coś, czego nie rozumiem i nie umiem „przeżyć”. Na przykład rozpad ciała, chorobę, starzenie się ciała – ale i powstawanie ciał, rozmnażanie się ciał, przyrost ciała, jego masy, przekształcenia jego formy. Pamiętam, co napisał Janusz Korczak: „W przyszłości nie będziemy dzielili cyklu życia na sztuczne: niemowlę, dziecko, młodzieniec, człowiek dojrzały i starzec, wytyczną dla jego podziału będzie nie wzrost i rozwój zewnętrzny, a te nieznane nam jeszcze głębokie przeobrażenia ustroju, jako całości, […] od kołyski do grobu”. Ciało wychyla się ku przyszłości, a na drodze stać może choroba, zwyrodnienie, jakieś ograniczenie, zaburzenie. Chodzi o przechodzenie przez to – i przechodzenie z tym przez życie.
Czy jest jakiś etyczny wymiar tych operacji?
Etyczny? Nie jestem lekarzem, nie naprawiam ani ciał, ani psyche. Obracam te obrazy jakby w młynku modlitewnym, fiksuję się na nich, i jak zawsze podchodzę zbyt blisko i przyglądam się zbyt natarczywie.
Dostarczam brzydoty i mroku, dostarczam zmierzchu w środku dnia. I nie chodzi o usługi dla ludności czy o socrealistyczną powinność – ja tego dostarczam sam sobie.
Porozmawiajmy wobec tego o estetyce. Czym jest naturalizm? Dlaczego tak się definiujesz?
Naturalizm równa się nieufność. Patrzysz, ale nie dowierzasz, wątpisz. Wydaje mi się, iż artysta powstaje wskutek czegoś w rodzaju wczesnego szoku poznawczego, takiego dziecięcego. Dla dziecka świat jest dziwny, tajemniczy, niepojęty. A potem pojawiają się trywialne wyjaśnienia i coś zostaje utracone – ta tajemnica właśnie, tak cenna, iż chce się ją przywoływać. Więc bierze się zwykłe rzeczy, na przykład ilustracje z książek, zdjęcia postaci ludzkiej czy zdjęcia roślin – i mieszając je ze sobą, zamienia się w obiekty niezwykłe, na powrót tajemnicze. A przy okazji zaspokajania tej tęsknoty powstają prace, których sens może daleko wykraczać poza intencję, która powołała je do istnienia. Ja mam bardzo przesunięty próg bólu w reakcji na okrutne obrazy. Muszę więc karmić moją wyobraźnię obrazami trudnymi. W efekcie wydaje się, iż zajmuję się „trudnymi tematami”, ale u podstawy tego wszystkiego leży próg odcięcia, który taki obraz musi przekroczyć, żebym w ogóle go „zobaczył”. To jest chyba jedna z cech naturalizmu – pewna desensytyzacja w zakresie „okrucieństwa” danego przedstawienia.
Historia nienaturalna. Na marginesie wystawy „Studium z natury i martwa natura” Artura Żmijewskiego
Jakub Banasiak
W czasach socrealizmu „naturalizm” był epitetem, bo naturaliści przedstawiali rzeczywistość raczej jako biologiczną niż społeczną. Naturalistę interesują tematy trudne, z marginesu, wszelkiego rodzaju ekscesy – traktowane niemal jak laboratoryjne okazy. Mówiłeś, iż nie zajmuje cię perspektywa etyczna. A może to naturalistyczna perspektywa estetyczna – w przeciwieństwie do innych – daje ci dostęp do jakiejś szczególnej prawdy o człowieku?
Dla mnie matrycą może być w tym kontekście Tadeusz Borowski – piszący o człowieku z kacetu jak naturalista i uciekający w niebyt po doświadczeniu socrealizmu. Bliska mi jest „ukryta etyka” Borowskiego – nie pisał kazań, odczytanie etycznego stanowiska zostawiał czytelnikowi. Ja zostawiam to odczytanie widzowi. A czy naturalistyczna perspektywa daje mi szczególny dostęp do prawdy o człowieku? Chyba jest tak, iż ja jestem raczej strażnikiem tajemnicy – zamiast dostarczać prawdę o człowieku, strzegę wieloznaczności, ambiwalencji, niejasności. Dostarczam brzydoty i mroku, dostarczam zmierzchu w środku dnia. I nie chodzi o usługi dla ludności czy o socrealistyczną powinność – ja tego dostarczam sam sobie. Naturalizm nie jest dla mnie wyborem, raczej jest cechą mojego patrzenia. I tak jak turpizm w poezji nie odzierał poezji z tajemnicy, tak naturalizm nie wypłukuje jej ze sztuki. Jakby napisał Grochowiak: „I wówczas niebo ma swe ciemne głębie, / Tak niedoczesne pośród świata tego, / Jakby nad niebem jeszcze było niebo, / A ponad nimi wszechświata przeręble”.
Naturalizm radykalnie odczarowuje świat, a jednak ty mówisz o tajemnicy. Może więc twój naturalizm – twoje prace – można czytać jako freudowskie Niesamowite czy też „dziwaczne” w rozumieniu Marka Fishera – to znaczy jako fenomeny rozrywające tkankę rzeczywistości, wrzucające w zastany porządek coś, co wyparliśmy, o czym nie chcemy pamiętać, ale co może fascynować, magnetycznie przyciągać?
Działam w mikroskali pojedynczego człowieka. jeżeli choćby rozerwę w jakimś miejscu tkankę rzeczywistości, to i tak zaraz się zabliźni. Można by te moje kolaże opisywać jako „wyjęcie” z mojej głowy zdumienia formami, jakie może przyjąć ciało. I to zdumienie staje się wobec mnie zewnętrzne. I staje się obrazem, który inni też mogą oglądać. Te wszystkie fantastyczne formy, jakie przyjąć może ciało noworodka, jeżeli poplączą się geny, te głowy niesamowite, te członki powyginane, skrócone. A co z miłością do dziecka, które cały czas zmienia formę, bo rośnie – czy tak samo się kocha kilkuletniego syna i tak samo takiego, który już codziennie się goli? Czy tak samo się kocha bliską osobę zdrową i taką, w której ciele rozrasta się przedziwny w formach nowotwór? A ktoś z pląsawicą Huntingtona, która się uruchamia koło czterdziestego roku życia, a SM i generowane tym przemiany? Mnie pasuje tutaj kategoria obcości. Gdy spotykam osoby kiedyś mi znane, ale dawno nie widziane, widzę obcych w dziwnie zmienionych ciałach, z inną już psyche, a bywa, iż i poglądy takiej osoby zmieniły się w fantastyczny sposób. A starość? To chyba spotkanie z obcością własnej przemiany lub przemiany innych. Często patrząc na ludzi, czuję się jak w gabinecie osobliwości, wyławiam tiki, dziwne kroki. Bywa, iż na poczciwej ulicy czuję się jak Stalker z powieści braci Strugackich, który przeniknął do Strefy, gdzie obca cywilizacja zaprowadziła swoje prawa i wygenerowała swoje formy życia.
Często patrząc na ludzi, czuję się jak w gabinecie osobliwości, wyławiam tiki, dziwne kroki.
Masz odpowiedzi na te pytania czy tylko je stawiasz?
Na te pytania odpowiada czas, biologia, emocje. Fenomeny i procesy autonomiczne wobec mnie. Tracę kontrolę, przekraczam horyzont zdarzeń, „jedna po drugiej filozofie gasną”. Zostaje to, co zawsze mi towarzyszyło – sztuka – moja strategia przetrwania.
Jak w tym wszystkim lokujesz twórczość i biografię Aliny Szapocznikow? Czujesz z nią powinowactwo? Czy Szapocznikow była naturalistką?
Czuję powinowactwo z tymi, którzy chcieli się różnych rzeczy dowiedzieć, których dręczyła ciekawość i nieufność wobec zastanego. Szapocznikow w jakiś sposób współczuję, jej życie było w pewnej mierze tragiczne – i sympatyzuję z tym, w jaki sposób starała się tą tragiczność znormalizować – i iż używała do tego sztuki. Jej prace, zwłaszcza te z użyciem tworzyw sztucznych, zgniecione ciała, odciski ciał, są poruszające, bo są literalne – można je traktować jak metafory, ale można na nie patrzeć jak na literalne odwzorowanie zniszczenia ciała, jego rozpadu. W tych pracach Szapocznikow prawdopodobnie była naturalistką, a może choćby chirurgiem — patrzącym na ciało bez strachu i bez znieczulenia.




