Efekt nałożeń. Rozmowa z Arturem Żmijewskim

magazynszum.pl 4 godzin temu

Jakub Banasiak: Wystawa miała nazywać się Kolekcjoner, ale ostatecznie zdecydowałeś się na Naturalistę. Jednak od kolekcjonowania nie uciekniemy. Co kolekcjonujesz? I dlaczego?

Artur Żmijewski: Zbieram tylko książki. Inne obiekty, np. maski, narzędzia medyczne, niektóre albumy, przetwarzam na sztukę. Fotografuję, potem przestają mi być potrzebne. Natomiast książki są fetyszem, lubię ich obecność. W ostatnich latach trudno mi czytać, ale szukam książek z obrazkami. Ilustracje z nich także fotografuję i przetwarzam, sampluję, pasożytuję na nich. I książek nie lubię się pozbywać. Jak pisał Miłosz: „Ale książki będą na półkach, prawdziwe istoty, / Które zjawiły się raz, świeże, jeszcze wilgotne. […] / I dotykane, pieszczone trwać zaczęły […]”.

Na wystawie pokazujemy jednak kolekcje. Jaka jest logika kolekcji? Jej specyfika?

Tak, oprócz rzeczy, książek, kolekcjonuję obrazy – te, które sam wytwarzam. A iż moja wyobraźnia łatwo ulega inercji, nie mogę się zatrzymać w ich produkcji. To jest zresztą najciekawszy czas dla artysty – świat społeczny staje się odległy, zmysły ściszone, percepcja zawęża się do jednego strumienia doznań – tego związanego z powstającymi obrazami. Stan tak frapujący, iż chce się do niego wracać. Nie wiadomo jak, ale obrazy układają się we wzory, w symetrie, nasycają się nowym sensem. To oczywiście uzależnia. Najbardziej niezwykłe momenty to te, gdy mechanizm wygląda jak w tym dialogu: „– Samara, how did you make these pictures? – I don’t make them. I see them. They just are”.

Obrazy z wystawy są zbiorem przetworzonych wizerunków medycznych. Mieszałem je z innymi obrazami, z moimi zdjęciami. Cały materiał układa się w grupy: ręce, głowa i twarz, tors, kwiaty, itd. Wszystkie te zdjęcia – czy kolaże fotograficzne – to wizerunek zdrowego ciała, zmieszany z wizerunkiem ciała chorego lub ciała ukrytego za jakąś patologiczną zmianą. Są też wizerunki kobiet w ciąży. Te wizerunki medyczne są bardzo techniczne, zredukowane do funkcji dokumentującej jakąś zmianę – czy sugerujące sposób terapii. A ja łączę je ze zdrowym ciałem, np. z twarzą żywego, czującego człowieka. Kolekcja obejmuje efekt tych nałożeń.

Artur Żmijewski, „Naturalista”, widok wystawy, Fundacja Alina, fot. Adam Gut
Artur Żmijewski, „Naturalista”, widok wystawy, Fundacja Alina, fot. Adam Gut
Wszystkie te zdjęcia – czy kolaże fotograficzne – to wizerunek zdrowego ciała, zmieszany z wizerunkiem ciała chorego lub ciała ukrytego za jakąś patologiczną zmianą.

Czy ten gest kolekcjonowania – czyli układania obrazów we wzory – można potraktować jako metodę? I to nie nową, ale obecną w twojej twórczości niemal od początku.

To jest poszukiwanie symetrii: na przykład między zdrowym a chorym, pogodnym a cierpiącym, wkluczonym a wykluczonym itp. Zbieram materiał, później wprowadzam go do „systemu” i generuję w głowie coś w rodzaju modelu językowego (tylko iż operującego obrazami), który karmię tym materiałem. I powstaje coś w rodzaju całościowej metody tworzenia: 1. warunki – dystans do świata społecznego, półmrok lub mrok, raczej wieczór niż ranek; 2. szlifowanie algorytmu odpowiedzialnego za pomyślne wykorzystanie materiału wizualnego; 3. filtr, który decyduje o chwili ukończenia pracy, czyli o momencie, w którym mój obraz zaczyna spełniać warunki „matrycy sztuki” czy „matrycy dzieła” – kiedy następuje zgodność między tym, co wytwarzam, a moim wyobrażeniem dzieła. Tylko skąd bierze się to wyobrażenie? Czy mam je z urodzenia, czy to podpowiedzi Dajmoniona? W każdym razie jest to jest metodyczne, przekopuję się przez tematy dość gruntownie – oddzielam je też od siebie. Jeden kończę, a drugi zaczynam. Zbieram informacje, artefakty, książki. Gdy zamykam temat, te wszystkie rzeczy stają się bagażem. Zostawiam z nich tylko książki.

Dlaczego zderzasz – nakładasz na siebie – chore i zdrowe, normę i anomalię, logiczne i pato-logiczne?

Wydaje mi się, iż poprzez te działania artystyczne usiłuję coś przeprocesować – coś, czego nie rozumiem i nie umiem „przeżyć”. Na przykład rozpad ciała, chorobę, starzenie się ciała – ale i powstawanie ciał, rozmnażanie się ciał, przyrost ciała, jego masy, przekształcenia jego formy. Pamiętam, co napisał Janusz Korczak: „W przyszłości nie będziemy dzielili cyklu życia na sztuczne: niemowlę, dziecko, młodzieniec, człowiek dojrzały i starzec, wytyczną dla jego podziału będzie nie wzrost i rozwój zewnętrzny, a te nieznane nam jeszcze głębokie przeobrażenia ustroju, jako całości, […] od kołyski do grobu”. Ciało wychyla się ku przyszłości, a na drodze stać może choroba, zwyrodnienie, jakieś ograniczenie, zaburzenie. Chodzi o przechodzenie przez to – i przechodzenie z tym przez życie.

Czy jest jakiś etyczny wymiar tych operacji?

Etyczny? Nie jestem lekarzem, nie naprawiam ani ciał, ani psyche. Obracam te obrazy jakby w młynku modlitewnym, fiksuję się na nich, i jak zawsze podchodzę zbyt blisko i przyglądam się zbyt natarczywie.

Artur Żmijewski, „Naturalista”, widok wystawy, Fundacja Alina, fot. Adam Gut
Dostarczam brzydoty i mroku, dostarczam zmierzchu w środku dnia. I nie chodzi o usługi dla ludności czy o socrealistyczną powinność – ja tego dostarczam sam sobie.

Porozmawiajmy wobec tego o estetyce. Czym jest naturalizm? Dlaczego tak się definiujesz?

Naturalizm równa się nieufność. Patrzysz, ale nie dowierzasz, wątpisz. Wydaje mi się, iż artysta powstaje wskutek czegoś w rodzaju wczesnego szoku poznawczego, takiego dziecięcego. Dla dziecka świat jest dziwny, tajemniczy, niepojęty. A potem pojawiają się trywialne wyjaśnienia i coś zostaje utracone – ta tajemnica właśnie, tak cenna, iż chce się ją przywoływać. Więc bierze się zwykłe rzeczy, na przykład ilustracje z książek, zdjęcia postaci ludzkiej czy zdjęcia roślin – i mieszając je ze sobą, zamienia się w obiekty niezwykłe, na powrót tajemnicze. A przy okazji zaspokajania tej tęsknoty powstają prace, których sens może daleko wykraczać poza intencję, która powołała je do istnienia. Ja mam bardzo przesunięty próg bólu w reakcji na okrutne obrazy. Muszę więc karmić moją wyobraźnię obrazami trudnymi. W efekcie wydaje się, iż zajmuję się „trudnymi tematami”, ale u podstawy tego wszystkiego leży próg odcięcia, który taki obraz musi przekroczyć, żebym w ogóle go „zobaczył”. To jest chyba jedna z cech naturalizmu – pewna desensytyzacja w zakresie „okrucieństwa” danego przedstawienia.

1
Eseje 12.07.2024

Historia nienaturalna. Na marginesie wystawy „Studium z natury i martwa natura” Artura Żmijewskiego

Jakub Banasiak

W czasach socrealizmu „naturalizm” był epitetem, bo naturaliści przedstawiali rzeczywistość raczej jako biologiczną niż społeczną. Naturalistę interesują tematy trudne, z marginesu, wszelkiego rodzaju ekscesy – traktowane niemal jak laboratoryjne okazy. Mówiłeś, iż nie zajmuje cię perspektywa etyczna. A może to naturalistyczna perspektywa estetyczna – w przeciwieństwie do innych – daje ci dostęp do jakiejś szczególnej prawdy o człowieku?

Dla mnie matrycą może być w tym kontekście Tadeusz Borowski – piszący o człowieku z kacetu jak naturalista i uciekający w niebyt po doświadczeniu socrealizmu. Bliska mi jest „ukryta etyka” Borowskiego – nie pisał kazań, odczytanie etycznego stanowiska zostawiał czytelnikowi. Ja zostawiam to odczytanie widzowi. A czy naturalistyczna perspektywa daje mi szczególny dostęp do prawdy o człowieku? Chyba jest tak, iż ja jestem raczej strażnikiem tajemnicy – zamiast dostarczać prawdę o człowieku, strzegę wieloznaczności, ambiwalencji, niejasności. Dostarczam brzydoty i mroku, dostarczam zmierzchu w środku dnia. I nie chodzi o usługi dla ludności czy o socrealistyczną powinność – ja tego dostarczam sam sobie. Naturalizm nie jest dla mnie wyborem, raczej jest cechą mojego patrzenia. I tak jak turpizm w poezji nie odzierał poezji z tajemnicy, tak naturalizm nie wypłukuje jej ze sztuki. Jakby napisał Grochowiak: „I wówczas niebo ma swe ciemne głębie, / Tak niedoczesne pośród świata tego, / Jakby nad niebem jeszcze było niebo, / A ponad nimi wszechświata przeręble”.

Artur Żmijewski, „Naturalista”, widok wystawy, Fundacja Alina, fot. Adam Gut
Artur Żmijewski, „Naturalista”, widok wystawy, Fundacja Alina, fot. Adam Gut

Naturalizm radykalnie odczarowuje świat, a jednak ty mówisz o tajemnicy. Może więc twój naturalizm – twoje prace – można czytać jako freudowskie Niesamowite czy też „dziwaczne” w rozumieniu Marka Fishera – to znaczy jako fenomeny rozrywające tkankę rzeczywistości, wrzucające w zastany porządek coś, co wyparliśmy, o czym nie chcemy pamiętać, ale co może fascynować, magnetycznie przyciągać?

Działam w mikroskali pojedynczego człowieka. jeżeli choćby rozerwę w jakimś miejscu tkankę rzeczywistości, to i tak zaraz się zabliźni. Można by te moje kolaże opisywać jako „wyjęcie” z mojej głowy zdumienia formami, jakie może przyjąć ciało. I to zdumienie staje się wobec mnie zewnętrzne. I staje się obrazem, który inni też mogą oglądać. Te wszystkie fantastyczne formy, jakie przyjąć może ciało noworodka, jeżeli poplączą się geny, te głowy niesamowite, te członki powyginane, skrócone. A co z miłością do dziecka, które cały czas zmienia formę, bo rośnie – czy tak samo się kocha kilkuletniego syna i tak samo takiego, który już codziennie się goli? Czy tak samo się kocha bliską osobę zdrową i taką, w której ciele rozrasta się przedziwny w formach nowotwór? A ktoś z pląsawicą Huntingtona, która się uruchamia koło czterdziestego roku życia, a SM i generowane tym przemiany? Mnie pasuje tutaj kategoria obcości. Gdy spotykam osoby kiedyś mi znane, ale dawno nie widziane, widzę obcych w dziwnie zmienionych ciałach, z inną już psyche, a bywa, iż i poglądy takiej osoby zmieniły się w fantastyczny sposób. A starość? To chyba spotkanie z obcością własnej przemiany lub przemiany innych. Często patrząc na ludzi, czuję się jak w gabinecie osobliwości, wyławiam tiki, dziwne kroki. Bywa, iż na poczciwej ulicy czuję się jak Stalker z powieści braci Strugackich, który przeniknął do Strefy, gdzie obca cywilizacja zaprowadziła swoje prawa i wygenerowała swoje formy życia.

Artur Żmijewski, „Naturalista”, widok wystawy, Fundacja Alina, fot. Adam Gut
Artur Żmijewski, „Naturalista”, widok wystawy, Fundacja Alina, fot. Adam Gut
Często patrząc na ludzi, czuję się jak w gabinecie osobliwości, wyławiam tiki, dziwne kroki.

Masz odpowiedzi na te pytania czy tylko je stawiasz?

Na te pytania odpowiada czas, biologia, emocje. Fenomeny i procesy autonomiczne wobec mnie. Tracę kontrolę, przekraczam horyzont zdarzeń, „jedna po drugiej filozofie gasną”. Zostaje to, co zawsze mi towarzyszyło – sztuka – moja strategia przetrwania.

Jak w tym wszystkim lokujesz twórczość i biografię Aliny Szapocznikow? Czujesz z nią powinowactwo? Czy Szapocznikow była naturalistką?

Czuję powinowactwo z tymi, którzy chcieli się różnych rzeczy dowiedzieć, których dręczyła ciekawość i nieufność wobec zastanego. Szapocznikow w jakiś sposób współczuję, jej życie było w pewnej mierze tragiczne – i sympatyzuję z tym, w jaki sposób starała się tą tragiczność znormalizować – i iż używała do tego sztuki. Jej prace, zwłaszcza te z użyciem tworzyw sztucznych, zgniecione ciała, odciski ciał, są poruszające, bo są literalne – można je traktować jak metafory, ale można na nie patrzeć jak na literalne odwzorowanie zniszczenia ciała, jego rozpadu. W tych pracach Szapocznikow prawdopodobnie była naturalistką, a może choćby chirurgiem — patrzącym na ciało bez strachu i bez znieczulenia.

Idź do oryginalnego materiału